
Dla wielu osób własny dom to rzecz nie do przecenienia. Jak to kiedyś powiedziano: prawdziwy mężczyzna powinien posadzić drzewo, spłodzić syna i wybudować dom. O ile syn i posadzenie drzewa nie stanowią problemu, to budowa domu jest sporym wyzwaniem, zwłaszcza od strony finansowej. Jak rozwiązać ten problem – otóż ostatnio usłyszałem historię pracownika w naszej branży, który podszedł do tematu bardzo kreatywnie.
Zacznijmy jednak od początku. Dwadzieścia kilka lat temu do dużej dobrze funkcjonującej firmy kamieniarskiej ze stolicy przyjął się młody człowiek (nazwijmy go „X”). Nie miał wykształcenia ani doświadczenia, ale miał dobre chęci. Był bystry i szybko się uczył. Dzięki tym predyspozycjom kariera w firmie rozwijała się szybko. Od pomocnika pilarza, przez kilka kolejnych stanowisk, aż do szefa produkcji i „prawej ręki” szefa. Zyskiwał ogromne zaufanie, a co za tym idzie uprawnienia i decyzyjność.
Zarabiał zupełnie godnie, ale miał poczucie konieczności zostania prawdziwym mężczyzną – syn, drzewo, dom. Żona też chciała mieć u boku prawdziwego mężczyznę, ale zwykłe mieszkanie kłóciło się ze wspomnianym wizerunkiem.
Ostatnimi czasy właściciel firmy miał sporo problemów zdrowotnych, co spowodowało, że często nie było go w firmie. Nie martwił się o firmę. Wszystko był dobrze zorganizowane, a „X” zastępował szefa bez zarzutu.
Niestety, myśli o godnym życiu w nowym domu zaczęły przeważać nad zwykłym uczciwym realizowaniem służbowych zadań. Był na tyle bystry, że zbudował system, który pozwalał na okradanie firmy w taki sposób, że nie było widać, jak firmowe pieniądze wyparowują. W sumie można powiedzieć, że założył spółdzielnię. Wszedł w porozumienie z szefem sprzedaży oraz firmą, która na co dzień realizowała montaże dla macierzystej organizacji.
Układ wpiął się w normalne funkcjonowanie zakładu. Handlowiec, kiedy trafił na odpowiedniego klienta, proponował zrealizowanie zamówienia bez niepotrzebnych kwitów. Zlecenie wykonania elementów trafiało na produkcję, gdzie rządził „X” – szef produkcji. Wykonywano potrzebne elementy z materiałów organizacji – po latach istnienia firmy w magazynie były spore zapasy, więc nie było problemów z materiałami.
Klient płacił firmie zaliczkę, na podstawie której w zgodzie z zamówieniem wykonywano elementy. Zlecenie było realizowane przez firmę współpracującą ze „spółdzielnią”. Ta wystawiała jak zwykle fakturę za montaż, a organizacja – po zatwierdzeniu faktury przez „X” – płaciła za robotę. Klient natomiast za całość płacił gotówką panu „X”.
Sztuczka „spółdzielni” polegała na tym, że zleceń tak realizowanych poza firmą nie było dużo i nie były to wielkie zlecenia w odniesieniu do normalnych obrotów firmy. Ot, na przestrzeni roku około 5%. Niby niedużo, ale przy rocznych obrotach sięgających 15 milionów, to kwota „ledwie” 750 tysięcy złotych. Proceder trwał 2 lata.
Był jeszcze jeden problem. Co rok przeprowadzano inwentaryzację magazynu. Tyle, że głównym jej realizatorem był „X” i szef działu handlowego. Jak łatwo przewidzieć, inwentaryzacje nie wykazywały żadnych nieprawidłowości. Wszystko grało. „X” budował dom.
Ciekawe, że zwykle w firmach o zakupie nowego auta przez pracownika, czy budowie domu, zwykle wszyscy wiedzą. W tym przypadku o inwestycji pana „X” nie wiedział nikt. Dom powstał.
Po wyjściu na jaw procederu członkowie „spółdzielni” zostali zwolnieni, a wnikliwa inwentaryzacja wykazała, że w magazynie brakuje materiału za ponad pół miliona złotych. Kiedyś było takie powiedzenie, że w biznesie pierwszy milion trzeba ukraść. No cóż, pan „X” – po zwolnieniu – założył własną firmę z kolegami ze „spółdzielni”. Nie wiem, czy posadził drzewo, czy ma syna, ale najtrudniejsze, czyli wybudowanie domu, ma za sobą.
Zastanawia mnie tylko, czy żona uważa, że jej mąż to prawdziwy mężczyzna. Trudno chwalić się, że to oszust i złodziej, nawet jeśli wybudował dom, za którego oknem wyrośnie drzewo przez niego posadzone.

Początek października 2023 roku. Pojawiam się w RPA z Bartkiem. Za dwa tygodnie ma dotrzeć do nas Mietek. Zastaję kopalnie i Zenon Granite (jak pamiętacie, to firma-córka, która zajmuje się cięciem i paserowaniem bloków) z dobrym otwarciem i dużą ilością bloków do cięcia pod suwnicą! Czy jestem w szoku? No pewno!
Ale cóż, idziemy dalej w ten młyn. Problemy mniejsze, większe, ale da się je rozwiązać. No może coś, czego dawno u nas nie było: włamanie i splądrowanie biura plus kradzież wszystkich kluczy i narzędzi do pracy. Szkody spore, ale ważne, że nikt nie został ranny, bo napad był z bronią w ręku.
Sześciu czarnych wjechało na kamieniołom jak do siebie. Kamery uchwyciły ich w trakcie włamania. Dwóch z tej szóstki to nasi byli pracownicy. Zemsta? Wiedza co gdzie jest? Chęć szybkiego zarobku? Pewnie wszystkiego po trochu. No trudno. Nasze szpice w Oukasie zaczęły działać i w przeciągu tygodnia część skradzionych przedmiotów udało się odzyskać – powiedzmy 30% tego, co zniknęło z kopalni.
Wrócimy jednak do tych milszych rzeczy. Podsumowując tydzień za tygodniem zamykam produkcję na eksport na poziomie 100 m3 czystego bloku na Polskę. Celujemy, że w październiku rozmienimy na mniejsze ponad 400 m3 bloków eksportowych. Sprawdzam w notatkach – ostatni taki miesiąc, z taką produkcją, był w 2019 roku. Wow! To jeszcze przed covidem! Gdzie wtedy była kopalnia? Z jakimi się wówczas mierzyliśmy trudnościami? Kto nam już pomagał, a kogo jeszcze nie było nawet w planach wpuszczać na Czarny Ląd? Szybka refleksja sprowadziła mnie na ziemię. No spoko, mamy 400 m3 bloku na eksport. Tylko, że jest październik i w Polsce ten materiał będzie w grudniu. Przy odrobinie szczęścia może przed Świętami Bożego Narodzenia. Trochę wszystko późno, tym materiałem już nie pohandluję w tym roku.
Kopalnia jest na tyle dobrze otwarta, że następne miesiące mogą przynieść taką samą produkcję na eksport.
I wtedy naszła mnie chęć sprawdzenia rynku wewnętrznego na czysty materiał. No przecież 50 m3 bloku sprzedać w RPA, to nie będzie problemu. Są jeszcze bloki po 35 ton, które niestety muszę rozcinać na mniejsze, bo z takim ładunkiem nie puszczą nas po niemieckich autostradach z portu do Strzegomia. Chwila zastanowienia i mówię do Bartka: „Dobra, dzwonię do Rudiego. Niech szuka klientów, niech przyjadą na inspekcję i zobaczymy, co z tego będzie.”
Niestety znowu wróciły demony z przeszłości. Sam do siebie mówię, że już raz pozwoliliśmy otworzyć tę furtkę z tabliczką „sprzedaż na rynku lokalnym bloków na eksport” i skończyło się to katastrofalnie. Czy jestem w stanie to mieć tym razem pod kontrolą i nie popełnić błędów z przeszłości? Niedaleka przyszłość pokaże, że nawet gdybym chciał, to nie będzie miało to najmniejszego sensu!
Od Rudiego dostaję telefon: „Są zainteresowani Chińczycy”. „OK, dawaj ich. Umów ich na rano – pogadamy, może coś z tego wypali.” Następnego dnia o 8.00 spotkaliśmy się pod suwnicą – dzień wcześniej kazałem przygotować 6 bloków do inspekcji: ładnie spaserowane, umyte i ułożone w oddzielnym rzędzie, gotowe do załadunku. Lui – tak miał na imię nasz nowy przyjaciel – przeglądnął bloki, polał wodą, wymiary spisał, zapisał cenę za 1 m3 bloku i powiedział, że na koniec dnia wróci do nas po rozmowie z szefem. Po spotkaniu stwierdziłem, że cudów nie będzie, ale może zaproponują swoją cenę i po negocjacjach dopniemy sprzedaż. Wróciłem na kopalnie i zająłem się swoimi sprawami.
Pod koniec dnia dostaję informację od Rudiego, że Lui nie jest zainteresowany blokami. Ale jak? Jeśli chodzi o cenę, to możemy negocjować. „Jacek. Nie. On nie jest w ogóle zainteresowany.” Czemu? Odpowiedź była prosta i brutalna: „W Europie jest taki kryzys z zapotrzebowaniem na materiał z RPA, że dzisiaj kilometrami zalegają bloki u konkurencji.”
Że co??? Zalegają? Kilometrami? Koszty wysyłki, odprawy i transportu bloków do portu są na tyle wysokie, że producenci bloków nie są już tacy chętni wysyłać kamień w tysiącach kubików do Europy. Lepiej wysłać pod danego klienta materiał, na który zostawił zaliczkę, niż pchać na składy w portach bloki, które kiedyś tam może zostaną sprzedane. Po wysłuchaniu tego wziąłem kalkulator i zacząłem liczyć. Z prostej matematyki wyszło, że w cenie 1 m3 bloku 70% to są koszty transportu.
Proste? Dzisiaj, mając blok Impali CB w Polsce, 30% kosztów to wartość materiału, a reszta to koszty dodatkowe. Więc nie dziwi fakt, że zanim cokolwiek się wyśle do Europy każdy chce mieć pewność, że to czysty i dobry materiał. I – co ważniejsze – że na ten materiał klient już tam czeka. Już pomijam, że na rynku dowozowców z RPA jest monopol i rządzi jedna firma, która dyktuje takie warunki, że każdy łapie się za kieszeń. Po dłuższej refleksji nie dziwi więc fakt, że rynek jest tak rozhuśtany i niestety nieprzewidywalny w swoim działaniu.
Popatrzyłem na te bloki, które chciałem sprzedać na rynku lokalnym i mówię do Bartka: „To jest zaje...y materiał! Potniemy go w slaby – na piątki i szóstki – i w lutym sprzedamy w Polsce. Nadawaj blokom numery i wyciągaj wagę – pakujemy je do Durbanu!”
Nasze położenie jest inne. W teorii sam sobie sprzedaję materiał, więc on, leżąc na magazynie w Polsce, jest w innej cenie liczony, niż gdyby był sprzedawany w RPA. I w ten oto prosty sposób sprawdziłem sobie rynek i de facto wiem, co się dzieje. A te bloki – prędzej czy później – i tak sprzedamy. TIA – This is Africa.

Administrator odpowiada za przetwarzanie danych osobowych. Czyli za wszystko, co się z nimi dzieje na komputerze, na biurku, w biurze, w chmurze, w których znajdują się dane, które zgromadził. Naruszenie ich ochrony rodzić może obowiązek zgłoszenia tego faktu Prezesowi Urzędu Ochrony Danych Osobowych. W sytuacjach szczególnych wymagane jest także powiadomienie o tym fakcie osoby, których dane dotyczą. Jednak to nie wszystko. Na administratorze ciąży obowiązek udokumentowania naruszenia, w którym przedstawić należy m.in. środki, jakie zostały zastosowane do ochrony przetwarzania.
Czym jest naruszenie?
W rozporządzeniu naruszenie zdefiniowane jest jako przypadkowe lub niezgodne z przepisami prawa działanie polegające na: modyfikacji, nieuprawnionym ujawnieniu, nieuprawnionym dostępie, naruszeniu integralności, utracie lub zniszczeniu.
Niewdrożenie odpowiednich środków technicznych i organizacyjnych może być powodem naruszenia ochrony danych osobowych. Brak regularnego oceniania skuteczności zastosowanych środków było jednym z powodów nałożenia przez UODO administracyjnej kary pieniężnej w wysokości 47 tys. zł. na podmiot, który utracił – w wyniku działania wirusa – dane pracowników oraz umów cywilnoprawnych.
Zgodnie z przepisami RODO – reguła rozliczalności, administrator musi być w stanie przedstawić, że:
1. przeprowadził ocenę naruszenia ochrony danych osobowych,
2. na podstawie powyższej oceny zdecydował o niedokonywaniu zgłoszenia do PUODO.
Prowadzenie dokumentacji stosowanych środków bezpieczeństwa przez administratora ma na celu zabezpieczenie go na wypadek kontroli UODO, ponieważ organ nadzorczy (UODO) będzie badał w pierwszej kolejności, czy administrator zrezygnował z zawiadomienia PUODO na podstawie uzasadnionych i słusznych przesłanek.
Należy nadmienić, że przepisy RODO nie wskazują, jak konkretnie powinna wyglądać dokumentacja naruszeń ochrony danych. W praktyce najczęściej stosuje się raporty z naruszeń oraz rejestry naruszeń. Nie oznacza to, że każdy administrator powinien posiadać takie dokumenty, równie dobrze dokumentowanie incydentów może odbywać się w inny sposób.
UODO przysługują liczne uprawnienia, w tym prawo dostępu do wszelkich danych osobowych niezbędnych dla danej kontroli u administratora lub podmiotu przetwarzającego, w tym dostępu do wszystkich pomieszczeń, sprzętu i środków służących do przetwarzania danych osobowych. Utrudnianie inspektorom UODO wykonywanie swoich obowiązków mogące powodować nadmierne oraz nieuzasadnione wydłużenie prowadzonych postępowań, wymusza na inspektorach do sięgnięcia po instrumenty prawne, jakim jest nałożenie kary administracyjnej za brak współpracy. Sytuacji takich jest kilka. M.in. niepodjęcie w terminie korespondencji, brak reakcji na pismo czy lekceważenia swoich obowiązków.
UODO podejmuje swoje decyzje według wagi konkretnego naruszenia, korzystając z uprawnień, jakie przysługuje mu na podstawie przepisów RODO.
Nigdy nie mamy pewności, kiedy może nastąpić tytułowe naruszenie danych. Jedno za to jest pewne: zaczną się pytania od UODO. Aby uniknąć nerwowości, najlepiej zawczasu przejrzeć segregator z dokumentacją RODO i utrzymywać jego aktualność. Samodzielnie lub z pomocą wybranego Inspektora Ochrony Danych.
Artur Majchrzycki – Inspektor Ochrony Danych, jest ekspertem ds. ochrony danych osobowych. Specjalizuje się w problemach związanych z wdrażaniem przepisów ochrony danych osobowych. Posiada wieloletnie doświadczenie związane z zabezpieczeniami informatycznymi w ochronie danych. Audytor Wewnętrzny Systemów Zarządzania Bezpieczeństwem
Informacji zgodnego z ISO/IEC 27001.
Kontakt do autora:
tel. 501 15 11 15
email: a.majchrzycki@moment24.pl

To jedna z maksym, które przyświecają mediacji. Ta szczególnie w sprawach sporów sąsiedzkich.
Mediacja jest alternatywną dla sądu metodą rozwiązywania sporów – rozwiązywania, a nie rozstrzygania.
Z mediacji obie strony wychodzą „wygrane”, bo wspólnie wypracowały rozwiązanie, a nie dostały rozstrzygnięcie narzucone przez sąd.
Mediacja jest dobrowolna – strony mogą nie wyrazić zgody na mediację, jak również w każdej chwili mogą z niej zrezygnować.
Mediator nie narzuca rozwiązań, nie ocenia propozycji stron ani nie staje po żadnej ze stron – jest bezstronny i neutralny.
Mediacja jest poufna – mediator i strony są związane tajemnicą; mediator nie może być przesłuchany przez sąd co do faktów i okoliczności, o których dowiedział się w trakcie mediacji.
Mediacja jest procesem niesformalizowanym – można o nią wnioskować na każdym etapie postępowania sądowego, a także przed skierowaniem sprawy na drogę sądową, w każdej chwili można z niej zrezygnować, jak również wrócić do niej, z tym że w przypadku mediacji ze skierowania sądu winno to nastąpić przed wydaniem orzeczenia końcowego.
Powody konfliktów mogą niektórym wydawać się błahe, chociażby brak pielęgnacji trawnika na działce sąsiada skutkujący zachwaszczaniem naszego wypielęgnowanego i pięknie przystrzyżonego. Uważamy, że nasza praca niweczona jest przez lenistwo sąsiada. Ale przecież to wcale nie musi być lenistwo, powodów może być wiele. I warto o nie zapytać. Bo może się okazać, że sąsiad zachorował i nie ma siły, aby dbać o swój trawnik, bo miał na głowie problemy w pracy, bo jego dorosłe dzieci potrzebowały pomocy i na tym się skupił. Znając powody będziemy mogli wspólnie z sąsiadem znaleźć rozwiązanie. Może się też okazać, że na naszej działce rozsiały się polne kwiaty, które zaczęły pięknie kwitnąć i spodobały nam się tak bardzo, że już mniej zależy nam na wypielęgnowanym, równo przystrzyżonym trawniku. Rozmowa z sąsiadem może dać nam możliwość popatrzenia na sprawę z jego strony, a także rozważenie czy wolimy mieć rację i piękny trawnik, czy poprawne – a może nawet przyjacielskie – relacje z sąsiadem.
Do sądów trafiają spory o trawnik, o niewłaściwe korzystanie z nieruchomości, o odprowadzenie wód opadowych czy zanieczyszczanie nieruchomości, a także te związane z mieszkaniem w sąsiedztwie zakładu kamieniarskiego i uciążliwościami z tym związanymi.
W jednym z pozwów, który trafił w 2014 roku do Sądu Okręgowego w Gliwicach – Ośrodka Zamiejscowego w Rybniku, powodowie domagali się nakazanie pozwanemu prowadzącemu zakład kamieniarski na nieruchomości sąsiadującej z ich nieruchomością, zaniechania działań zakłócających korzystanie z ich nieruchomości ponad przeciętną miarę i zaniechanie naruszeń w przyszłości, między innymi, poprzez zakazanie pracy zakładu w godzinach wieczornych i nocnych od 18.00 do 7.00 rano następnego dnia, od godziny 12.00 w sobotę do 7.00 rano w poniedziałek, nakazania mu postawienia wyższego ekranu akustycznego na granicy nieruchomości w miejscu, gdzie znajduje się hala z piłami oraz gęste obsadzenie tego terenu na całej długości wysokimi roślinami iglastymi, nakazania zamykania bram i drzwi do hal produkcyjnych w trakcie pracy urządzeń oraz zakazanie otwierania tych bram i drzwi w trakcie pracy maszyn. Wskazywali, że zakład kamieniarski posadowiony na nieruchomości sąsiadującej z ich posesją zabudowaną domem mieszkalnym, emituje w ciągu całej doby (z niewielkimi przerwami) hałas, który uniemożliwia im w pełni korzystać z nieruchomości, w szczególności z przydomowego ogródka, nie pozwala na odpoczynek i relaks.
W odpowiedzi właściciel zakładu wniósł o oddalenie powództwa wskazując, że jego zakład kamieniarski prowadzony jest z uwzględnieniem wszelkich wymogów prawnych i zgodnie z wydanymi w tym przedmiocie decyzjami administracyjnymi uwzględniającymi uwarunkowania przestrzenne i miejscowe terenu, także w zakresie rozbudowy zakładu, wskazywał, że żaden z sąsiadów – poza powodami – nie uskarżał się na nadmierny hałas, a nadto, że dom powodów został wybudowany dużo później niż działający zakład kamieniarski. Zakład został rozbudowany, jednak powodowie niejako zgadzali się na rozbudowę zakładu, bowiem wynajmowali pozwanemu część nieruchomości, a następnie odsprzedali mu tę część, mając wiedzę, że jest ona przeznaczona na rozbudowę zakładu. Pozwany podniósł ponadto, że podjął działania ograniczające emisję hałasu, dokonał dodatkowej izolacji ścian, wykonał tynki zewnętrzne budynku zakładu i wytłumienie instalacji wentylacyjnej oraz wymienił okna na dźwiękoszczelne.
Sąd nakazał pozwanemu zaniechania działań zakłócających korzystanie przez powodów z ich nieruchomości polegających na emitowaniu hałasu w czasie pracy maszyn i urządzeń wykorzystywanych przez pozwanego w ramach prowadzonej przez niego działalności poprzez: zakazanie pracy urządzeń i maszyn w halach zakładu w porze nocnej od godziny 22.00 do 6.00 – do czasu zwiększenia izolacyjności drzwi i bram w halach poprzez zbudowanie drzwi dźwiękoszczelnych oraz zastosowanie bram podwójnych, zakazanie wykonywania prac związanych z działalnością zakładu przy wykorzystaniu maszyn i urządzeń poza terenem hal w godzinach od 21.00 do 7.00 w ciągu tygodnia od poniedziałku do piątku oraz od godziny 16.00 w soboty do 7.00 w poniedziałek, a także nakazanie rozbudowy i podwyższenia ogrodzenia wzdłuż granicy z południową i południowo-zachodnią częścią nieruchomości powodów, w terminie 2 lat. Powodowie nie byli zadowoleni z takiego orzeczenia i złożyli apelację. Po niemalże roku od wydania postanowienia w I instancji, Sąd Apelacyjny w Katowicach oddalił apelację.
To kolejny przykład, gdy obie strony były niezadowolone z rozstrzygnięcia sądu. Czy sprawa ta mogła potoczyć się inaczej? Pewności nie ma, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że mogła.
Co można było zrobić?
Zaczynając od początku – nie sporu, ale sprawy. Podczas wstępnych ustaleń w kwestii zakupu działki od sąsiada, mimo przeświadczenia, że sprzedający są świadomi, iż działka jest nabywana w celu rozbudowy zakładu, upewnienie się, że tak jest. Przedstawienie planów rozbudowy zakładu, przedstawienie czy i jak wpłynie to na komfort korzystania z domu i ogrodu oraz ewentualnych pomysłów na zmniejszenie uciążliwości. W wyżej przytoczonej sprawie z uzasadnienia orzeczenia można wnioskować, że właściciel zakładu podjął kroki w celu zmniejszenia uciążliwości, jednak nie wiadomo, na którym etapie. Czy nastąpiło to jeszcze przed złożeniem pozwu czy już po. Oczywiście można argumentować, że nawet postronny obserwator nie miałby wątpliwości w jakim celu nabywana jest działka, a sprzedający są „sobie sami winni”. Jednak rozmowa na etapie zakupu i – dodatkowo – wpisanie ustaleń do umowy sprzedaży pomogłoby zapobiec nieporozumieniom, a ponadto pozwoliłoby na ugodowe rozstrzyganie kwestii spornych mogących powstać w przyszłości.
Czy można było coś zrobić już po otrzymaniu pozwu?
Każdy ma prawo korzystać ze swojej nieruchomości zgodnie z jej przeznaczeniem, a dom, ogród czy zakład kamieniarski to nie są klocki, które z łatwością możemy przestawić z jednego miejsca na inne. Dlatego na pewno warto byłoby podjąć próbę znalezienia rozwiązania akceptowalnego przez obie strony, które pozwoliłoby im zachować sąsiedzkie relacje. Wydaje się, że gdyby strony podjęły próbę rozmowy, to ustalenia co do pracy zakładu i ograniczenia hałasu dotyczyłyby podobnych kwestii jak w rozstrzygnięciu sądu. Jednak w mediacji często padają propozycje, o których wcześniej nikt nie pomyślał. Nie dlatego, że nie chciał. Dlatego, że ich nie widział, bo patrzył ze swojej strony i swojego interesu. W mediacji ujrzał sprawę z innej perspektywy, a od interesu przeszedł do swoich potrzeb. Jednakże nawet gdyby ustalenia były zbieżne z rozstrzygnięciem sądu, byłyby to ustalenia, na które strony się ZGODZIŁY. Nie byłyby to zakazy, nakazy i działania narzucone przez sąd, z których żadna ze stron nie była zadowolona.
W przytoczonej sprawie spór został ROZSTRZYGNIĘTY przez sąd, a mógł zostać ROZWIĄZANY przez strony. Rozstrzygnięcie sądu nie rozwiązuje konfliktu i nie zapobiega konfliktom na przyszłość. Natomiast rozwiązanie konfliktu pozwala na zachowanie relacji, a w przypadku pojawienia się kolejnych kwestii spornych, na rozwiązanie ich na drodze polubownej, bez niepotrzebnych nerwów, straty czasu i pieniędzy.
mgr inż. Monika Hernik-Oko
prawnik, mediator, Członek Zarządu Stowarzyszenia #wartomediować
tel. 661 860 393
www.wartomediowac.pl
39 mediatorów w całej Polsce: www.wartomediowac.pl/znajdz-mediatora/

W historii budownictwa znajdziemy wiele nietypowych obiektów. Ciekawymi budowlami były studnie schodkowe rozpowszechnione w Indiach. Miały one duże znaczenie w rozwoju cywilizacyjnym na Półwyspie Indyjskim jako całoroczne źródło wody.
Pierwsze takie budowle powstawały w trzecim tysiącleciu p.n.e. Z czasem ich architektura stawała się coraz bardziej rozbudowana, a do podstawowej funkcji gromadzenia wody zaczęły dochodzić funkcje społeczne i religijne. Z pierwotnej prostej konstrukcji – jakby odwróconej piramidy zagłębionej w terenie – stały się obiektami skomplikowanym, pełnymi rzeźb.

Jedną z ciekawszych budowli w tej kategorii jest Rani ki vav – „Studnia Królowej” – znajdująca się w Patan, w indyjskiej prowincji Gujarat.
Budowę tej studni zleciła w 1063 roku królowa Udajamati dla upamiętnienia męża Bhimdeva I, założyciela dynastii Solanki. Prawdopodobnie jeszcze przed ukończeniem budowy studnię zalały wody Saraswati. Rzeka zalewała obiekt regularnie, nanosząc muł i szlam, tak, że w XIX wieku bogata struktura architektoniczna nie była w ogóle widoczna.

Jednak dzięki temu szlamowi płaskorzeźby obiektu świetnie się zachowały. Prace archeologiczne rozpoczęto w latach trzydziestych XX wieku, ale dopiero w latach osiemdziesiątych udało się odsłonić całość budowli. W 2014 roku obiekt został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Rani ki vav to siedem bogato rzeźbionych kondygnacji i schodów, na których znajduje się ponad 1500 płaskorzeźb o motywach religijnych, mitologicznych i świeckich. Każdą kondygnację i wnętrze studni obiega horyzontalny fryz. Większość z rzeźb poświęconych jest hinduskiemu bogu Wisznu i jego różnym inkarnacjom. Jest to jedyna znana studnia wodna będąca zarazem miejscem kultu tego bóstwa.
Obiekt ma 20 metrów szerokości, 64 metry długości i sięga na głębokość 27 metrów. Na dnie budowli znajduje się zbiornik o wymiarach 9,5 na 9,4 m i głębokości 23 m, mający kompensować ewentualny nadmiar wody w studni. Głęboka na 30 m studnia właściwa, o średnicy 10 m, znajduje się w części zachodniej budowli.