
Cienkie porcelanki rozgościły się już na rynku na dobre. Klienci coraz chętniej po nie sięgają, doceniając prostotę, elegancję i nowoczesność tego rozwiązania. Początkowe obawy o trwałość tak cienkich produktów zostały rozwiane, a łatwy montaż przy pomocy taśmy odpornej na warunki atmosferyczne jeszcze bardziej przyczynił się do rosnącej popularności tych płytek.
Rysujący się trend w estetyce nie tylko nagrobnej skłania do zastanowienia się nad przyszłością decyzji konsumentów. Na rynku trwa rewolucja, firmy skupiają się nie tylko nad użytecznością swoich produktów, ale także ich designem. Z czasem coraz więcej przedsiębiorstw rozumie konieczność dostosowania się do rosnących oczekiwań klientów. Już nie tylko technologia, czy sam produkt mają znaczenie. Równie ważna jest obsługa klienta, opakowanie, czy spójność wizualna firmy. Branża fotografii nagrobkowej jest dość konserwatywna, klienci wciąż wybierają przede wszystkim rozwiązania klasyczne.

Porcelanka cienka grubości zaledwie 1 mm
Standardowe porcelanki prostokątne
Standardowe płytki owalne są zdecydowanym liderem wśród ogółu zdjęć nagrobkowych. Widać natomiast coraz większe zainteresowanie płytkami i kryształami o nieco bardziej nowoczesnej formie. Z roku na rok prostokątne porcelanki, kryształy proste, czy też ostatnio cienkie płytki, są coraz częściej wybierane przez klientów.

Cienki kryształ o grubości 5 mm
Klienci, przyzwyczajeni już do lżejszych wizualnie brył, zaczęli interesować się także kryształami cienkimi. Obecne możliwości technologiczne jak najbardziej pozwalają na spełnienie oczekiwań klientów. Kryształy o grubości 5 mm są wystarczająco trwałe i odporne na warunki atmosferyczne, a zarazem nadają fotografii lekkości i nowoczesności. Cienkie kryształy są dobrym rozwiązaniem dla klientów, którzy szukają mniej tradycyjnych rozwiązań oraz cenią sobie świeży design.
www.opal.lublin.pl

Zabawę w układanie puzzli znają wszyscy. Nic dziwnego – to bardzo stara rozrywka. W encyklopediach podaje się, że pierwsze puzzle stworzył angielski grawer i kartograf, John Spilsbury, już w 1783 roku. Aby ułatwić dzieciom naukę geografii, Spilsbury naklejał drukowane mapy na cienkie mahoniowe deski i rozcinał całość wzdłuż granic państw.
Poza Anglią puzzle upowszechniły się w XIX wieku, wtedy też zaczęto ciąć obrazki w kawałki nieodnoszące się do obrazka. W XX wieku zaczęto do wycinania puzzli używać matryc, co wydatnie zwiększyło produkcję i popularność układanek.
Na pewno puzzle uczą cierpliwości, rozwijają pamięć i spostrzegawczość.
Ostatnio byłem u znajomego, którego czteroletnie dziecko układało puzzle. Jak na wiek dziecka było dość skomplikowane i młody człowiek miał problemy.
W pewnym momencie wykazał się pomysłowością – zakręcił się i zauważyliśmy, że w rękach ma nożyczki. Cóż, skoro elementy nie pasują, trzeba je dociąć. Nie pozostawało nic innego, tylko wytłumaczyć młodemu, że to nie jest metoda.
O ile dziecku trudno się dziwić, to popularność „metody na nożyczki” w układaniu zupełnie poważnych elementów zadziwia. Niestety metoda z nożyczkami w roli głównej jest również spotykana w życiu zawodowym.
Na nową boczkarkę może i jest w hali sensowne miejsce, ale trzeba by dodatkowej inwestycji związane z przestawieniem 2 innych maszyn. Szkoda pieniędzy – boczkarkę ustawiono bokiem i co prawda zmieściła się w hali, ale operator musi się nieźle nagimnastykować przy obsłudze. Na dodatek przeszkadza innemu pracownikowi przy polerce.
Elementów w układance – „Nasz zakład” – jest dużo więcej. System wynagrodzeń to delikatny instrument – trzeba go dobrze przymierzyć. O ile więcej powinien zarabiać doświadczony pracownik w stosunku do młodego; jak wynagrodzić młodego, ale bardzo chętnego do nauki i pracy?
Jakie powinny być uprawnienia handlowców w zakresie ustalania cen? Ile zadań i jakie można powierzyć Pani Zosi w biurze? Czy dwie brygady montażowe mogą podzielić się samochodem? Czy w brygadzie potrzebne są dwie ręczne szlifierki, czy wystarczy jedna.
Pytania można mnożyć. Umiejętność zadawania sobie takich pytań i podejmowanie dobrych decyzji to właśnie umiejętność układania puzzli „Nasz Zakład”. Niestety często podejmujemy decyzję w pośpiechu i na skróty. Pracownicy potrzebują nowych ubrań roboczych? – może w następnym kwartale, teraz oszczędzamy. Operator widlaka zgłasza, że cieknie z przekładni – niech jakoś uszczelni. I tak dopasowując nie do końca pasujące elementy, tworzymy faktyczny poziom zakładu. Niestety nie będzie finalnie taki jak na obrazku wzorcowym.
Produkcja jakoś jest realizowana, ale wykonany blat kuchenny będzie miał niedopolerowane boczki, schody będą miały delikatnie różną wysokość stopni, a parapet różną grubość na końcach.
Na dodatek klienci odwiedzający zakład i chcący zlecić wykonanie posadzki z drogiego materiału, na placu zobaczą ciągnący się przez plac ślad wycieku widlaka, pracowników w zniszczonych ubraniach roboczych, a handlowiec ich obsługujący będzie się zmagał przy wyliczaniu ceny z uszkodzoną myszką do komputera.
Aby uniknąć takiego efektu, warto codziennie przypominać sobie dziecko, które usiłuje ułożyć puzzle z nożyczkami w rączkach.

Jak to Zenon mówi: „bierz to, co masz odkryte w danym miejscu, zapomnij o tym, co już urobiłeś i musisz wiedzieć co dalej, gdzie i jak musisz pójść, żeby zachować ciągłość produkcyjną – bo bez tego nie będzie sprzedaży, bez sprzedaży nie będzie kasy, a bez kasy nie będzie firmy!”
Jak w każdym kamieniołomie niepomijalne są prace przygotowawcze – bez nich zapomnij, że będziesz miał ciągłość produkcyjną! Cały kwiecień i maj tego roku poświęciliśmy na otwarcie middle section – lub jak kto woli drugiej góry. A tam otworzyliśmy kolejny poziom, na którym uruchomiliśmy wydobycie i teraz praca trwa równocześnie na dwóch poziomach na middle section.
Zapytacie: co z tego? No właśnie są to prace przygotowawcze, które pomogły nam zwiększyć produkcję, która w czerwcu dała nam już 300 m3 eksportu, a w lipiec i sierpień patrzymy z jeszcze większym optymizmem. Po cichu liczymy, że do końca roku będziemy w stanie osiągnąć nasz upragniony i długo wyczekiwany cel, czyli że w każdym miesiacu będziemy mogli wysłać do Polski 500 kubików kamienia!
Jednak do tego droga jest bardzo daleka i kręta, ale nie niemożliwa. Często powtarzam, że próbujemy polskie myślenie, polskie sposoby urabiania przenosić na Czarny Ląd. Nie zawsze to się sprawdza, bo różnic jest od groma – zaczynając od mentalności ludzi, a kończąc na tym, jaki produkt jesteśmy w stanie wydobyć z kopalni i co można z tego sprzedać. W Polsce praktycznie wszystko, co wydobędziesz ze swojego dołka, jesteś w stanie sprzedać – zaczynając od bloków, brył, kostki, buców, płytek, kończąc na kruszywie różnej frakcji. W RPA w sumie jedynym produktem, który możesz sprzedać, są to bloki. Brył nie ma, o kostce zapomnij, a kruszywa są zbyt drogie w porównaniu do produktów poprodukcyjnych z kopalni chromu, niklu czy innych podziemnych surowców mineralnych.
Dlatego jedynym produktem, na którym trzeba się skupić, są bloki. Wiadomo: pierwszy gatunek czy drugi są towarem najbardziej chodliwym, za którym każdy lata i chce go wydobyć, a później sprzedać. Zostaje oczywiście jeszcze ten trzeci lub czwarty gatunek, które mają za dużo wad, by wysłać na rynek europejski, ale dobrze spaserowane schodzą jeszcze na rynku lokalnym. Tylko, mówiąc szczerze, nie są to duże pieniądze – choć przynajmniej pokrywają koszty wydobycia.
Często zastanawiało nas – oczywiście to był nasz punkt widzenia – dlaczego menadżerowie kopalni w RPA prowadzili swoje wyrobiska dosłownie w sposób szabrowniczy: szli tam gdzie był czysty materiał, często prowadzili wąski kamieniołom i szybko schodzili w dół idąc wyłącznie za czystym materiałem. Dziwiło nas to bardzo mocno, bo to ograniczało możliwości wyrobiska, ale… No właśnie. Czy nie ma to jednak sensu? Czy nie mając odejścia na różnego rodzaju produkty i półprodukty ze swojego wyrobiska nie lepiej jest się skupić na blokach, na czystym materiale?
Z początkiem roku 2023 Zenon z powodów zdrowotnych musiał ograniczyć swoje podróże do RPA, na polu bitwy zostałem ja i nasz niezastąpiony Mietek. Rynek Impali w Polsce jest nienasycony i cały czas jest gdzie sprzedawać. Podjąłem decyzje o zatrzymaniu sekcji, z których nie wychodził nam w żaden sposób czysty materiał. Owszem, prace pozwalały się przesuwać głębiej w monolit i rozszerzać wyrobisko, ale nie dawały nawet kawałka bloku na eksport – tylko „local market”. Więc postanowiłem szerzej wejść w nowo otwarty poziom, z którego braliśmy czysty materiał, aby zwiększyć produkcję czystego i ciemnego materiału. To okazało się to strzałem w przysłowiową dziesiątkę!
Podjąłem decyzję o strzelaniu w dwóch płaszczyznach w miejscach, gdzie jest dużo wad, żył i natur. To pozwala szybko się przesunąć w głąb monolitu, a po odwróceniu się o 90° możemy szybko zacząć urabiać czysty materiał!
Dokładniej wygląda to tak: w jednym czasie strzelamy w pionie i poziomie – ściany boczne są odcięte za pomocą liny diamentowej – a w momencie strzelania materiał jest uwolniony do przodu, ponieważ boki nie są równoległe do siebie i materiał się nie klinuje. Ściany tworzą kąt rozwarty i siły, które działają, pozwalają na wypchnięcie urobku plus rozbicie go na drobniejsze kawałki.
Podjęliśmy decyzję, że może jednak ci Burowie trochę więcej wiedzą, niż nam się wydawało i można trochę zaczerpnąć ich wiedzy, techniki urabiania. Może ta metoda podążania za czystym materiałem nie jest taka zła, bo przy produkcji na eksport powyżej 250 m3 kopalnia zaczyna zarabiać, a to pozwala na inwestowanie w prace przygotowawcze. Nie możemy myśleć schematami z Polski, gdzie urabiamy po kolei wszystko, nie zostawiając nic z tyłu ani na „kiedyś do tego wrócimy”. Jest coś w tym, co nam powtarzają Burowie: od każdego większego nagromadzenia natur lub żył po 7 metrach materiał zmienia się na lepsze aż do następnego większego zaburzenia. Niewiadome jest tylko jak szeroki jest ten pas i czy pozwoli na efektywne urabianie materiału.
Nasz pas na tę chwilę ma około 250-300 metrów szerokości i chyba kliknęło nam to właściwe miejsce do pracy! Jest nowe otwarcie jest przełom? TIA – this is Africa!!!.
TIA – This is Africa – to najczęściej powtarzany przeze mnie zwrot w odniesieniu do RPA. Przez ostatnie kilkanaście lat powtórzyłem go tysiące razy. Na głos i w myślach.

Czerwcowy, XVIII Walny Zjazd Polskiego Związku Kamieniarstwa we Wrocławiu przeszedł do historii, ale wiele z tego, co z niego wynika, jest znacznie trwalsze od trzydniowego wydarzenia. Rozwinę więc w tym tekście kilka powiązanych z naszym spotkaniem myśli, które doprowadzą do może nie oczywistego, ale ważnego wniosku.
Przede wszystkim ponad setka uczestników to radość, że jest nas tak wielu, którzy decydujemy się razem spędzić czas. Brawa dla nas, że coraz liczniej przełamujemy marazm i stereotyp kamieniarzy, którzy nie widzą dalej niż plac przed własnym zakładem. Program oficjalny i ten poza grafikiem to praktycznie 24h/24h spotkań, obrad, poznawania, rozmów, nauki, biesiadowania, zabawy, integracji i rekreacji przeplatanych ze sobą na wszelkie możliwe sposoby i w najróżniejszych konfiguracjach. Obraz nas na zjeździe najlepiej ilustruje powiedzenie „przyjemne z pożytecznym”. Choć organizacyjnie tak duża impreza to spore, z roku na rok coraz większe, wyzwanie, cieszę się, że nasz Dyrektor Biura ogarnia wszystkie szczegóły i dopina ostatni guzik na czas. Również zaangażowanie władz Związku w przygotowanie Zjazdu zarówno od strony formalnej i merytorycznej, jak i praktycznej jest nie do przecenienia. Dziękuję Wszystkim!
Nie można zapomnieć o firmach i osobach, inwestujących (czasami czas, często pieniądze, a bywa, że jedno i drugie) w nasz, uczestników Zjazdu, rozwój. Prezentacje, pokazy, prelekcje, wycieczki, warsztat, które dla nas przygotowali, to unikatowa szansa poszerzenia wiedzy i rozwoju. Mogę w tym miejscu jeszcze raz podziękować firmom OPTOLITH, INTERSTONE, Cms Polska, MCS TECHNO, KARATEK za wasz merytoryczny i techniczny wysoki poziom przekazywanych informacji i ich praktyczny wymiar. Wielkie podziękowania dla Pana profesora dr. hab. Marka Lorenca i Pana dr. hab. Pawła Zagożdżona za pełen pasji i szalenie ciekawy „kamienny” spacer po Starym Mieście. Na koniec dziękuję za wielką pomoc i serdeczne przyjęcie naszym partnerom z Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta we Wrocławiu.
Rosnąca z każdym spotkaniem frekwencja, a także coraz wyższy poziom zajęć, to dobry prognostyk na przyszłość, a właśnie jej – PRZYSZŁOŚCI – poświęcam ostatnie akapity.
Ta najbliższa, to już wstępnie przygotowywane wydarzenia, spotkania i pomysły na nowe działania po wakacjach. Chcemy być aktywni w środowisku kamieniarskim organizując warsztaty, kursy, egzaminy i spotkania integracyjne. Chcemy też wychodzić z informacją o wielkim potencjale branży do innych grup, które są dla nas cenne dla rozwoju i wzrostu udziału kamienia i kamieniarstwa na rynku odbiorców.
Ponieważ zaczął się właśnie ósmy rok trwającej już drugą kadencję mojej prezesury w PZK, zwracam się do Koleżanek i Kolegów: mamy rok na przygotowanie się do wyborów. Bycie w Zarządzie tej organizacji to dla mnie zaszczyt i honor, ale jestem pewien, że świeże spojrzenie i nowa energia pozwolą Związkowi jeszcze bardziej rozwinąć skrzydła. Są wśród nas świetni kandydaci do przejęcia sterów i jestem przekonany, że zarówno PZK, jak i cała branża na tym skorzysta. Rok szybko zleci, myślcie o tym już teraz!

Są na świecie miejsca tak nieodkryte, że trudno nawet znaleźć informacje w sieci. Czasem to dziwi, bo ludzie mają naturalne skłonności do podróżowania. Tym razem znaleźliśmy dla Was miasto Aszchabad w Turkmenistanie.
Historia tego miejsca jest zadziwiająca. Aszchabad był ośrodkiem Aułu Tekińskiego – ówczesnej jednostki społecznej na tych terenach – i w 1881 roku został przejęty przez Imperium Rosyjskie podczas podboju Oazy Achałtekińskiej. Od 1897 roku Aszchabad był głównym miastem obwodu zakaspijskiego generalnego gubernatorstwa turkiestańskiego. Podczas wojny domowej w Rosji, w lipcu 1918 roku, miasto przeszło w ręce Białych Rosjan, którzy utracili kontrolę nad miastem w kwietniu 1919 roku na rzecz bolszewików. W 1921 roku zmienionu mu nazwę na Połtorack i ogłoszono stolicą Turkmeńskiej SRR. Dawną nazwę przywrócono w 1927 roku.
W 1948 roku Aszchabad padł ofiarą silnego trzęsienia ziemi, które całkowicie zniszczyło miasto. Nieoficjalnie uważa się, że zginęło 176 tysięcy ludzi. Jednym z uratowanych z zagłady był ośmioletni Saparmurat Nijazow, który 40 lat później najpierw został pierwszym sekretarzem Komunistycznej Partii Turkmeńskiej SRR, a po rozpadzie ZSRR, w 1991 roku zamienił Turkmenię w Turkmenistan ogłaszając ją niepodległym państwem, a siebie jej pierwszym prezydentem. Nijazow wygrywał kolejne wybory prezydenckie, a kraj pod względem wolności słowa i swobód obywatelskich był lokowany tuż za Koreą Północną.
Nijazow był oceniany w świecie jako dyktator i megaloman. Kazał się tytułować Turkmenbaszą. Podjął też decyzję o wybudowaniu miasta od nowa. I to w zasadzie w całości z białego marmuru. Jest go tyle, że Aszchabad został wpisany do Księgi rekordów Guinnesa.

W sumie zabudowano 4,5 miliona metrów kwadratowych marmuru na 543 budynkach. Nadmienić można, że siłę ekonomiczną kraju stanowią złoża gazu i ropy naftowej.
Po śmierci Nijazowa władzę objął Gurbanguly Berdimuhamedow, który podtrzymał dekret poprzedniego przywódcy, że w Aszchabadzie nawet krawężniki muszą być wykonane z białego marmuru. Co ciekawe cały marmur pochodzi z importu z Włoch, Wietnamu i Turcji.
Idea białego miasta jest tak ściśle przestrzegana, że w mieście zakazane są auta w ciemnych kolorach.

