
Dla wielu osób własny dom to rzecz nie do przecenienia. Jak to kiedyś powiedziano: prawdziwy mężczyzna powinien posadzić drzewo, spłodzić syna i wybudować dom. O ile syn i posadzenie drzewa nie stanowią problemu, to budowa domu jest sporym wyzwaniem, zwłaszcza od strony finansowej. Jak rozwiązać ten problem – otóż ostatnio usłyszałem historię pracownika w naszej branży, który podszedł do tematu bardzo kreatywnie.
Zacznijmy jednak od początku. Dwadzieścia kilka lat temu do dużej dobrze funkcjonującej firmy kamieniarskiej ze stolicy przyjął się młody człowiek (nazwijmy go „X”). Nie miał wykształcenia ani doświadczenia, ale miał dobre chęci. Był bystry i szybko się uczył. Dzięki tym predyspozycjom kariera w firmie rozwijała się szybko. Od pomocnika pilarza, przez kilka kolejnych stanowisk, aż do szefa produkcji i „prawej ręki” szefa. Zyskiwał ogromne zaufanie, a co za tym idzie uprawnienia i decyzyjność.
Zarabiał zupełnie godnie, ale miał poczucie konieczności zostania prawdziwym mężczyzną – syn, drzewo, dom. Żona też chciała mieć u boku prawdziwego mężczyznę, ale zwykłe mieszkanie kłóciło się ze wspomnianym wizerunkiem.
Ostatnimi czasy właściciel firmy miał sporo problemów zdrowotnych, co spowodowało, że często nie było go w firmie. Nie martwił się o firmę. Wszystko był dobrze zorganizowane, a „X” zastępował szefa bez zarzutu.
Niestety, myśli o godnym życiu w nowym domu zaczęły przeważać nad zwykłym uczciwym realizowaniem służbowych zadań. Był na tyle bystry, że zbudował system, który pozwalał na okradanie firmy w taki sposób, że nie było widać, jak firmowe pieniądze wyparowują. W sumie można powiedzieć, że założył spółdzielnię. Wszedł w porozumienie z szefem sprzedaży oraz firmą, która na co dzień realizowała montaże dla macierzystej organizacji.
Układ wpiął się w normalne funkcjonowanie zakładu. Handlowiec, kiedy trafił na odpowiedniego klienta, proponował zrealizowanie zamówienia bez niepotrzebnych kwitów. Zlecenie wykonania elementów trafiało na produkcję, gdzie rządził „X” – szef produkcji. Wykonywano potrzebne elementy z materiałów organizacji – po latach istnienia firmy w magazynie były spore zapasy, więc nie było problemów z materiałami.
Klient płacił firmie zaliczkę, na podstawie której w zgodzie z zamówieniem wykonywano elementy. Zlecenie było realizowane przez firmę współpracującą ze „spółdzielnią”. Ta wystawiała jak zwykle fakturę za montaż, a organizacja – po zatwierdzeniu faktury przez „X” – płaciła za robotę. Klient natomiast za całość płacił gotówką panu „X”.
Sztuczka „spółdzielni” polegała na tym, że zleceń tak realizowanych poza firmą nie było dużo i nie były to wielkie zlecenia w odniesieniu do normalnych obrotów firmy. Ot, na przestrzeni roku około 5%. Niby niedużo, ale przy rocznych obrotach sięgających 15 milionów, to kwota „ledwie” 750 tysięcy złotych. Proceder trwał 2 lata.
Był jeszcze jeden problem. Co rok przeprowadzano inwentaryzację magazynu. Tyle, że głównym jej realizatorem był „X” i szef działu handlowego. Jak łatwo przewidzieć, inwentaryzacje nie wykazywały żadnych nieprawidłowości. Wszystko grało. „X” budował dom.
Ciekawe, że zwykle w firmach o zakupie nowego auta przez pracownika, czy budowie domu, zwykle wszyscy wiedzą. W tym przypadku o inwestycji pana „X” nie wiedział nikt. Dom powstał.
Po wyjściu na jaw procederu członkowie „spółdzielni” zostali zwolnieni, a wnikliwa inwentaryzacja wykazała, że w magazynie brakuje materiału za ponad pół miliona złotych. Kiedyś było takie powiedzenie, że w biznesie pierwszy milion trzeba ukraść. No cóż, pan „X” – po zwolnieniu – założył własną firmę z kolegami ze „spółdzielni”. Nie wiem, czy posadził drzewo, czy ma syna, ale najtrudniejsze, czyli wybudowanie domu, ma za sobą.
Zastanawia mnie tylko, czy żona uważa, że jej mąż to prawdziwy mężczyzna. Trudno chwalić się, że to oszust i złodziej, nawet jeśli wybudował dom, za którego oknem wyrośnie drzewo przez niego posadzone.

W trakcie normalnej pracy, nawet jeśli przestrzegamy wszystkich możliwych zasad, wypadki i tak się zdarzają. Potem – wiadomo – komisja powypadkowa, sprawdzanie BHP, czasem kontrole zewnętrzne, jeśli wypadek był poważny.
I tu zwykle nie ma zabawnych sytuacji. Potem jednak chcemy uzyskać jakieś odszkodowanie od ubezpieczyciela. I konieczne jest wtedy opisanie wypadku w dokumentach dla towarzystwa ubezpieczeniowego. A to czasem bywa naprawdę śmieszne.
W tym momencie wielu ubezpieczonych rozkwita literacko, chcąc oddalić od siebie podejrzenie celowości działań lub zaniedbań i uzyskać odszkodowanie. Jeden ze słynniejszych zapisów w protokołach dla ubezpieczycieli to: „Siedziałem z zaparkowanym aucie kiedy zauważyłem, że z przeciwka nadjeżdża kiosk z warzywami.”
Rozmawiałem ze znajomym ubezpieczycielem i ten znalazł dla mnie kilka perełek tego gatunku literatury w kamieniarstwie.
Na budowie pracownik montujący kamienną elewację z rusztowania: „Deska będąca elementem rusztowania od zewnętrznej strony, bardzo mi przeszkadzała w odbieraniu podawanych wciągarką płyt. Postanowiłem ją oderwać. Ciągnąłem kilka razy, ale nie chciała puścić. Postanowiłem, że będzie łatwiej, jeśli będę ją pchał. Wyszedłem na zewnątrz rusztowania i stojąc na nim pchałem z całej siły. Zgiąłem tą deskę mocno, ale trzymała. W końcu zabrakło mi siły i puściłem. Zgięta deska wracając uderzyła mnie i zrzuciła z rusztowania. Spadłem z poziomu 1-go piętra i złamałem rękę.”
Inna sytuacja na budowie: „Postanowiłem poprawić jedną płytę na elewacji z drabiny. Przystawiłem drabinę do ściany, ale ta odsunęła się o dobry metr. W wyniku upadku stłukłem bark.”
Następny przypadek to nieszczęśliwy wypadek na placu z płytami. Suwnica miała podnieść płytę ze stojaka. W momencie opuszczania haka ten osunął się gwałtownie o około metr i uderzył w płytę. W rezultacie zniszczeniu uległo 5 płyt. Uzasadnienie: „Tak wiem, że suwnica nie ma aktualnego badania UDT (Urząd Dozoru Technicznego) i było uszkodzone opuszczanie haka, ale mechanik od suwnicy miał się zjawić za dwa dni, a dozór był umówiony na następny tydzień.”
Przy montażu blatu kuchennego montujący, wkładając blat na górę mebli, uderzyli blatem w szafki bardzo drogiej zabudowy. Uległy zniszczeniu trzy szafki. Zeznający pracownicy napisali: „przy wkładaniu blatu na górę „wyspy”, okazało się, że szafki są wyżej, niż zakładaliśmy”. Komentarz likwidatora szkody: „pewnie urosły”.
Teraz znowu praca na rusztowaniu. „Demontowałem rusztowanie. Chcąc zdjąć jeden z elementów nie zauważyłem, że jeśli go zdemontuję, to deska, na której siedzę, straci podparcie. Mimo trudności udało mi się odczepić ten element. W wyniku upadku złamałem nogę.”
Klienci też są pomysłowi. Jeden z nich przyjechał po zakupione dwie grube płyty samochodem osobowym kombi. Sprzedający mówili, że to zły pomysł. Klient twierdził, że pomierzył i się zmieści, a on już tak woził płyty. Jak się okazało, ciężar był zdecydowanie za duży i zawieszenie auta z hukiem się rozleciało. W zgłoszeniu do ubezpieczyciela napisał: „Załadunek materiałów do samochodu osobowego z przestrzenią do przewozu materiałów, przebiegł bez problemu. Okazało się jednak, że zawieszenie uległo uszkodzeniu.”
„Nasz pracownik, chociaż nie ma uprawnień elektryka, wielokrotnie udowadniał, że zna się na instalacjach elektrycznych. Dlatego kiedy zaproponował, że przełączy na inny obwód zasilanie boczkarki, pozwoliliśmy mu to zrobić. W trakcie pracy doprowadził do zwarcia w wyniku, którego uszkodzeniu uległa tablica sterująca. To był po prostu nieszczęśliwy wypadek.”
Rozumiem, że w naszej tradycji mamy wpisane radzenie sobie w każdej sytuacji. Czasem jednak lepiej by było działać tak, jak jest opisane w zasadach i zachować zdrowy rozsądek. Żeby nie pisać potem, że z przeciwka nadjechał kiosk z warzywami.

Zabawę w układanie puzzli znają wszyscy. Nic dziwnego – to bardzo stara rozrywka. W encyklopediach podaje się, że pierwsze puzzle stworzył angielski grawer i kartograf, John Spilsbury, już w 1783 roku. Aby ułatwić dzieciom naukę geografii, Spilsbury naklejał drukowane mapy na cienkie mahoniowe deski i rozcinał całość wzdłuż granic państw.
Poza Anglią puzzle upowszechniły się w XIX wieku, wtedy też zaczęto ciąć obrazki w kawałki nieodnoszące się do obrazka. W XX wieku zaczęto do wycinania puzzli używać matryc, co wydatnie zwiększyło produkcję i popularność układanek.
Na pewno puzzle uczą cierpliwości, rozwijają pamięć i spostrzegawczość.
Ostatnio byłem u znajomego, którego czteroletnie dziecko układało puzzle. Jak na wiek dziecka było dość skomplikowane i młody człowiek miał problemy.
W pewnym momencie wykazał się pomysłowością – zakręcił się i zauważyliśmy, że w rękach ma nożyczki. Cóż, skoro elementy nie pasują, trzeba je dociąć. Nie pozostawało nic innego, tylko wytłumaczyć młodemu, że to nie jest metoda.
O ile dziecku trudno się dziwić, to popularność „metody na nożyczki” w układaniu zupełnie poważnych elementów zadziwia. Niestety metoda z nożyczkami w roli głównej jest również spotykana w życiu zawodowym.
Na nową boczkarkę może i jest w hali sensowne miejsce, ale trzeba by dodatkowej inwestycji związane z przestawieniem 2 innych maszyn. Szkoda pieniędzy – boczkarkę ustawiono bokiem i co prawda zmieściła się w hali, ale operator musi się nieźle nagimnastykować przy obsłudze. Na dodatek przeszkadza innemu pracownikowi przy polerce.
Elementów w układance – „Nasz zakład” – jest dużo więcej. System wynagrodzeń to delikatny instrument – trzeba go dobrze przymierzyć. O ile więcej powinien zarabiać doświadczony pracownik w stosunku do młodego; jak wynagrodzić młodego, ale bardzo chętnego do nauki i pracy?
Jakie powinny być uprawnienia handlowców w zakresie ustalania cen? Ile zadań i jakie można powierzyć Pani Zosi w biurze? Czy dwie brygady montażowe mogą podzielić się samochodem? Czy w brygadzie potrzebne są dwie ręczne szlifierki, czy wystarczy jedna.
Pytania można mnożyć. Umiejętność zadawania sobie takich pytań i podejmowanie dobrych decyzji to właśnie umiejętność układania puzzli „Nasz Zakład”. Niestety często podejmujemy decyzję w pośpiechu i na skróty. Pracownicy potrzebują nowych ubrań roboczych? – może w następnym kwartale, teraz oszczędzamy. Operator widlaka zgłasza, że cieknie z przekładni – niech jakoś uszczelni. I tak dopasowując nie do końca pasujące elementy, tworzymy faktyczny poziom zakładu. Niestety nie będzie finalnie taki jak na obrazku wzorcowym.
Produkcja jakoś jest realizowana, ale wykonany blat kuchenny będzie miał niedopolerowane boczki, schody będą miały delikatnie różną wysokość stopni, a parapet różną grubość na końcach.
Na dodatek klienci odwiedzający zakład i chcący zlecić wykonanie posadzki z drogiego materiału, na placu zobaczą ciągnący się przez plac ślad wycieku widlaka, pracowników w zniszczonych ubraniach roboczych, a handlowiec ich obsługujący będzie się zmagał przy wyliczaniu ceny z uszkodzoną myszką do komputera.
Aby uniknąć takiego efektu, warto codziennie przypominać sobie dziecko, które usiłuje ułożyć puzzle z nożyczkami w rączkach.
Mam znajomego, który zajmuje się witrażami. Kiedyś, podczas spotkania towarzyskiego u niego w domu, zaciągnął mnie do warsztatu i pokazał swoją najnowszą pracę. Z zaangażowaniem gładził szkło i rozpływał się nad delikatnym turkusowym blaskiem. Wyjaśnił, że ten blask to wynik dodania specjalnego barwnika, po który jechał specjalnie na południe Francji. Oczywiście chciał od mnie usłyszeć uznanie dla pracy, ale odniosłem wrażenie, że to był tylko pretekst, by mógł kolejny raz popatrzeć na swoje dzieło.
Ostatnimi czasy miałem konieczność kilku kontaktów z fachowcami. Ot, normalne życie. Awaria laptopa, hydraulik, stolarz, mechanik samochodowy i kilku innych.
W tych domowych problemach zwróciłem uwagę na ciekawy aspekt. Oceniając po czasie, na zimno, spotkanie z fachowcami zrozumiałem, co mnie finalnie przekonało do zawarcia umowy z konkretnym specjalistą. Wierzcie, lub nie, ale nie była to ani uznana na rynku marka, ani cena, ani poziom rozreklamowania firmy. Większość ludzi przekonuje wrażenie, że człowiek, z którym rozmawiają, wie wszystko na temat swojego fachu. A jeśli nie wie, to jest skłonny się dowiedzieć. Po prostu wyczuwamy, czy jego zawód to też życiowa pasja. To bardzo często – nawet jeśli nieświadomie – klienci odbierają jako najważniejszy argument w wyborze oferty.
Jakiś czas temu byłem w zakładzie kamieniarskim, a że właściciel miał jakiś pilny telefon, zostałem w hali sam i przyglądałem się pracy. Jeden z pracowników podszedł do mnie i zaproponował obejrzenie jednego z gotowych blatów kuchennych z kwarcytu brazylijskiego.
Faktycznie, to był piękny materiał, a jakość wykonania roboty była doskonała. Przetarł element i pokazywał piękny wzór materiału oraz szczegóły świadczące o jakości wykonanej przez siebie obróbki. W pewnym momencie zauważyłem, że w zasadzie przestał mnie zauważać – tak bardzo zachwycał się materiałem i jakością swojej roboty. Ewidentnie to był pasjonat kamienia i kamieniarstwa.
Znam też przypadek, gdy szef dużej firmy przyjął zlecenie wykonania dużej, skomplikowanej mozaiki na posadzce w restauracji. Mimo że był już typowym „garniturowcem” uznał, że zrobi to lepiej niż podwładni. Popołudniami przebierał się w robocze ubranie i sam zrealizował mozaikę. Chciał po latach szefowania znowu poczuć radość z realizacji kamieniarskiego dzieła.
W kamieniarstwie nie tylko pasja do kamienia może być bardzo oczekiwaną cechą pracownika. Istnieje również szereg zadań, w których hobbyści wygrywają nawet z najsolidniejszymi konkurentami. W zakładach coraz więcej mamy maszyn zaawansowanych technicznie. Ich obsługa musi dobrze je znać. Pasjonaci potrafią zabierać instrukcję maszyny do domu, aby zrozumieć i nauczyć się, jak można wykorzystać jej możliwości. Sam widziałem, jak pracownik operator CNC kłócił się z szefem, że zadaną pracę można zrealizować szybciej, tylko trzeba pozmieniać pewne parametry. Wie na pewno, bo wziął do domu instrukcję i czytał po nocy.
Rozmawiałem o pracownikach z pasją z kilkoma szefami firm kamieniarskich. Wszyscy przyznali, że tacy ludzie nie należą do tych najbardziej roszczeniowych. Mało tego, zwykle też nie są skorzy do szukania innego pracodawcy i zmiany pracy. W większym zespole pracowników o podwyżki i wyższy status w firmie hałaśliwie zabiegają – nie dając o sobie zapomnieć – ci najbardziej roszczeniowi (co nie oznacza, że najlepsi). A w odróżnieniu od nich, ludzie z kamieniarską duszą zwykle odczuwają satysfakcję już z wykonywanej pracy, a sprawa wynagrodzenia czy pozycji w firmie nie jest dla nich najważniejsza.
O takich ludzi trzeba zadbać, nie czekając, aż skusi ich konkurencja. Pamiętajcie: jeden pasjonat to jak dwóch przeciętnych pracowników.
Czy zauważyliście, jak bardzo nasze rozumienie przedmiotów, zwierząt czy zjawisk może się różnić? Przykładowo: mam kolegę, który kilka lat temu miał sklep z parasolkami. Cieszył się jak dziecko z nowej zabawki, kiedy zapowiadali deszcz. Proste: przy słonecznej pogodzie miał jednego-dwóch klientów przez cały dzień. Co innego, gdy lało... Klienci tego kolegi pewnie zupełnie inaczej oceniali pogodę.
Dla nominalnych klientów naszej branży kamień może być widziany w bardzo wieloraki sposób. Pozytywy? Trwałość, elegancja, piękno. Ale z drugiej strony według powszechnej opinii kamień jest drogi, ciężki, kłopotliwy w montażu. Kamienia nie zabuduje płytkarz, trzeba znaleźć kamieniarza. Do tego niska wiedza klientów o dostępnych kolorach. Powszechnie utarło się, że kolorowe są marmury, a te nie są tak trwałe jak granity. W powszechnej opinii granit jest szary albo czarny.
Sklepów z ceramiką jest pełno i w nich czasem można zobaczyć naturalny kamień. Tyle, że asortymentowo jest to dosłownie kilka wzorów. Za to asortyment ceramiki jest ogromny i jest ona prezentowana we wzorcowy sposób. W boksach urządzone łazienki, korytarze i inne propozycje zastosowania i połączenia kolorów i wzorów. A kamień? Jeśli jest, to na topornym stojaku jakieś przykładowe płytki – zwykle któraś odmiana szarego chińskiego (bo nie straszy ceną) lub Star Galaxy (bo efektowny).
Ta pozycja kamienia to nie przypadek. Rozmawiałem ze znajomą właścicielką salonu z płytkami. Ona ma nawet nieco więcej wzorów kamienia. Ale stoją na stojaku z boku. Pytałem, dlaczego w takim miejscu. Bo jeśli znajdzie się klient na ceramikę, to ma kilka namiarów na wykonawców. Kamień, nawet w płytce modularnej, to zupełnie inny temat. Ma, co prawda, jakieś namiary na firmy kamieniarskie, ale współpraca nie jest najlepsza.
Podobnie jest z firmami oferującymi okna. To wbrew pozorom ogromny rynek. Tu także oferta kamiennych parapetów jest mało promująca kamień – zwykle gdzieś na samym dole stojaka z przykładowymi parapetami. Dlaczego? Otóż montujący potrafią osadzić parapet kamienny, ale potrzebnych jest do tego trzech ludzi, a zwykle na montaż jedzie dwóch. Poza tym wnoszenie parapetu kamiennego na 3 piętro, to już spore wyzwanie, a i ryzyko uszkodzenia jest niemałe.