
Sporo osób mających ogródek doskonale zna problem kretów. To nie złośliwość tych stworzeń, tylko ich natura sprawia, że tam, gdzie się znajdą, powstają kopce. Właściciele trawników dostają białej gorączki, gdy widzą, jak ich zadbany trawnik z dnia na dzień jest coraz bardziej zdewastowany. Problem jest spory, bowiem krety są pod ochroną, i nie można wobec nich zastosować bardziej radyklanych metod.
Poza tym są bardzo pożyteczne - zjadają larwy ogrodowych szkodników, więc są naszymi sprzymierzeńcami w walce z nimi. Tyle, że niestety cierpi nasz trawnik. Z tego powodu pytanie, jak pozbyć się kreta z naszego ogrodu, jest jednym z najczęściej pojawiających się zapytań w Internecie.
Ale nie o krecie chciałem pisać.
Firmy to przede wszystkim ludzie - nasi pracownicy, kontrahenci i konkurenci, a wszyscy oni są bardzo różni. Mają swoje zalety, mają i wady. Oczywiście o kopanie dołków najłatwiej podejrzewać konkurencję. Bywają jednak tacy konkurenci, którzy potrafią wspomóc kawałkiem brakującego materiału, czy pomóc przy transporcie. Oczywiście bywają też tacy, którzy wzywają policję i ludzi z organizacji ochrony zwierząt - pod pretekstem, że pies, który w nocy pilnuje naszego zakładu, ma za mały wybieg.
Ciekawe, że zdarzają się sytuacje, w których to klientów odbieramy jako tych, co właśnie zniszczyli nasz piękny trawnik. „Są roszczeniowi, chcą jakichś cudów, a płacić chcą jak najmniej!”. No i czepiają się przy odbiorach wszystkiego. Tego nie rozumiem – oczywiście zawsze zdarzają się klienci bardziej wymagający, ale to jest rynek, i może właśnie dzięki tym bardziej wymagającym klientom podnosimy poziom pracy naszego zakładu i jakość produkcji.
Wymogi klientów są motorem rozwoju firmy – chcąc im sprostać, staramy się o jak najlepszych pracowników, których wyposażamy w coraz lepszy park maszynowy.
Jeszcze gorzej, gdy o krecią robotę oskarżamy własnych pracowników. Oni są bardzo różni. Ideałów nie ma – jeden jest biegły w obsłudze CNC, lecz nie radzi sobie z obróbką ręczną. Za to wybitny fachowiec od ręcznej obróbki często spóźnia się do pracy, i ma skłonności do zapominania. Zresztą o zaletach i wadach pracowników można by napisać książkę.
Jednak, jak mawia stare hasło - nikt nie jest doskonały. Jeśli nawet pozbędziemy się kogoś z załogi, kogo wady bardzo nam przeszkadzają, to ktoś, kto przyjdzie na jego miejsce, też będzie miał swoje zalety i wady. Może się okazać, że w naszych oczach będzie bardziej niszczył nasz wymuskany trawnik niż jego poprzednik.
A my sami? Czy nie popełniamy błędów, czy nie podejmujemy błędnych decyzji? Problem w tym, że prawie nikt nie potrafi przed samym sobą się do nich przyznać.
Wszystkie te krecie kopce to realia funkcjonowania firmy. Skarbówka, ZUS, Inspekcja Pracy, działają w określonych celach i mają swoje zasady. I chociaż często bardzo nam utrudniają życie, to trzeba się z tym pogodzić.
Wracając do naszego trawnika, to też mam ogródek, i szukałem w Internecie porad, jak się skutecznie pozbyć kreta. Była ich ogromna ilość. Od opcji delikatnych, typu przepłaszania kreta urządzeniami emitującym ultradźwięki, czy zapachami, których nie znoszą, po opcje „atomowe” typu karbid.
Próbowałem kilku z nich. Po zainstalowaniu emitera ultradźwięków na drugi dzień dookoła urządzenia były cztery kopce.
W końcu znalazłem w Internecie poradę: Jak denerwuje cię kret i jego kopce – wyprowadź się do miasta - temat zniknie.
To absolutnie najlepsza rada - i dotyczy również naszych problemów w firmie.
Konkurencja, klienci, pracownicy, urzędnicy czy obowiązujące prawo to normalne otoczenie rynkowe (wewnętrzne i zewnętrzne). Jeśli te elementy powodują twoje nerwowe działania, to „wyprowadź się do miasta”, czyli zlikwiduj firmę. A jeśli nie chcesz, to pogódź się z realiami.

Zaczyna się już od dziecka, które nie może pogodzić się z decyzją matki, że nocowanie w ogrodzie w namiocie, gdy jest zimno i leje deszcz, nie jest dobrym pomysłem, i nie pozwala. Zwykle taki młody gniewny szuka wsparcia, i rusza do ojca, który ma rozstrzygnąć spór. W oczach młodego ojciec jest wybitnym fachowcem i uzna wbrew rozsądkowi, że można.
Realia są jednak takie, że ojciec może mieć wystarczającą wiedzę oraz wyobraźnię, i potwierdzi decyzję matki. Jeśli jednak ich nie ma, to zabawa w biwakowanie może skończyć się chorobą młodego miłośnika surwiwalu.
W praktyce nigdy nie jest tak, że spory są jednoznaczne do oceny. Na naszym kamieniarskim podwórku też. Klienci mają czasem zastrzeżenie do wykonanych przez nas robót, a my z tymi zastrzeżeniami się nie zgadzamy. Pozostaje rozstrzygnięcie sporu przez osoby niezaangażowane w umowę. Potrzebna jest ocena rzeczoznawcy. Dobrze, jeśli strony umowy zgodzą się na konkretną osobę i pogodzą się z jej opinią. Warto w takich sprawach zaproponować rzeczoznawcę z list związków kamieniarskich. Zarówno Polski Związek Kamieniarstwa, jak i Ogólnopolskie Stowarzyszenie Producentów Wyrobów z Kamienia mają swoich rzeczoznawców, którzy prezentują odpowiednie kwalifikacje do rozstrzygania sporów.
Niestety czasem sprawy trafiają do sądów. Tu zaś sprawy oceniają biegli sądowi. Niestety nie zawsze ocena jest merytorycznie poprawna. Wprawdzie biegli, aby być zaprzysiężeni, muszą spełniać określone prawnie warunki, ale… Jednym z warunków jest poświadczenie swoich kwalifikacji przez organizacje, związki, stowarzyszenia, uczelnie, i temu podobne, ale bez wskazania konkretnych. I tak niektóre sądy faktycznie zwracają się do związków kamieniarskich o potwierdzenie kwalifikacji konkretnego kandydata na biegłego, ale są też takie, dla których wystarczająca jest opinia potwierdzająca kwalifikacje wydana przez organizacje ogólne (przykładowo izbę rzemieślniczą, NOT, czy stowarzyszenia budowlane).
W rezultacie niektórzy mocno dziwią się, czytając opinię „biegłego”. Przykładów nie brakuje.
W jednej z opinii dotyczącej pęknięcia płyty kamiennej „biegły” napisał, że płyta była płomieniowana w piecu w wysokiej temperaturze, a to mocno osłabia strukturę kamienia.
W innej sprawie sąd do oceny kwestionowanego koloru kamienia powołał biegłego z drugiego końca Polski. Ten stwierdził, że to za daleko i opinię napisał na podstawie zdjęć!
Czy poważnie można traktować opinię biegłego, który napisał w opinii – „Nie uzyskał efektu WOW”. Albo – „ inaczej mówiąc gdyby było inaczej, to byłoby inaczej”. Inny biegły ocenił, czy płyty elewacyjne były dobre, na podstawie oględzin płyt zdemontowanych z elewacji.
Czasem sami tworzymy sobie problemy. Jeden z kamieniarzy wpisał w umowie dożywotnią gwarancję na wykonany nagrobek. Kiedy okazało się, że kamień na tym nagrobku ma swoje wady, sprawa trafiła do sądu, który na podstawie opinii biegłego w zakresie umów cywilno-prawnych stwierdził, że nagrobek ma być naprawiany do końca życia.
W części sądów przyszły biegły musi w sposób bezdyskusyjny udowodnić swoje kwalifikacje do wydawania opinii. Niestety, są też takie, w których merytoryczna wiedza oceniana jest na podstawie faktu długoletniej pracy w kamieniarstwie. I tak biegłym oceniającym wykonanie elewacji zostaje mistrz kamieniarski, który wykazał się wieloletnią pracą w zakładzie kamieniarskim, tyle, że wykonującym wyłącznie roboty nagrobkarskie. Aż prosi się, aby biegli z dziedziny kamieniarstwa mieli jeszcze przypisane konkretne kwalifikacje. Czym innym jest ocena materiału, czym innym montaż posadzki, a czym innym montaż nagrobka.
Opinie biegłych powinny być niepodważalne ze względów merytorycznych. Procesy sądowe i tak toczą się długo. Wadliwe opinie to kolejne wnioski do sądu, a to jeszcze bardziej wydłuża procesy.
Wszyscy popełniamy błędy, więc co jakiś czas spotyka nas konieczność poddania się weryfikacji naszej pracy przez rzeczoznawcę lub biegłego sądowego. Niech takie opinie wydają ludzie posiadający niezaprzeczalne kompetencje, których żadna ze stron nie będzie mogła podważać.

- Jagnięcina z tortellini i pomidorami à la italiana
- Wołowina po prowansalsku z ziemniakami i warzywami ratatouille
- Kurczak z ryżem na paellę i warzywami
Brzmi smakowicie i mogłoby się wydawać, że to fragment menu dobrej restauracji. Nic bardziej mylnego. To są nazwy saszetek z karmą dla psa. Coś w tym musi chyba musi być, bo mojemu psu bardzo smakują.
Te nazwy karmy dla pupila rozbawiły mnie bardzo, ale też sprowokowały do przemyśleń nad nazewnictwem. A to już temat bardziej ogólny i znany również w naszej branży.
Chińskie kamienie mają w Chinach dość klarowny system nazewnictwa katalogowego. Jest po prostu G603, G654 i tym podobnie. Ale to wydawało się firmom handlującym kamieniem mało atrakcyjne ze względu na klientów. I nagle pojawiły się przykładowo: Brąz królewski, Brąz wschodu, Srebrny księżyc, czy Biały łabędź.
Te wszystkie atrakcyjne nazwy powstają nie tylko u chińskich producentów, ale również dystrybutorów. Pamiętam, że była kiedyś polska firma handlowa, która sama nadawała oryginalne nazwy importowanym ze wschodu materiałom. W ofercie była między innymi Minnesota i Las Vegas.
Ale atrakcyjne nazwy spotykamy też na co dzień. Przykładem może być mania, jaką widać na wizytówkach. Prawie nie ma handlowców – za to „Account Manager” to popularne stanowisko. Nie ma zaopatrzeniowców – tylko General Supplier. W dwuosobowej firmie jest Dyrektor Naczelny i Dyrektor Handlowy. Jak zatrudnią kierowcę, pewnie zostanie dyrektorem transportu.
Wszędzie pełno prezesów, zastępców prezesów, dyrektorów i managerów. Sekretarka jest dyrektorem biura, a zamiast recepcjonisty spotykamy Guest Relations Manager’a. Przed biurem małej firmy często widzimy napis „Office”. Nie ma już spawacza, tylko metal fixed destination manager, a osoba sprzątająca to Cleaning Staff.
Zastanawiam się skąd to się bierze? Próżność, chęć podbudowania ego czy może uleganie powszechnej modzie używania angielskich nazw.
W zasadzie można powiedzieć, że to taka śmiesznostka i nie należy się nią przejmować. Tyle, że ostatnio czytałem w sieci tekst specjalisty od zatrudnienia, który zwrócił uwagę, że część kandydatów do pracy przegląda ogłoszenia o pracę nie wnikając w szczegóły i oferty z takimi nazwami stanowisk omija, zakładając, że to nie dla nich. A przecież w naszej branży istnieją niedobory pracowników.
Wbrew pozorom kilka takich dziwnych nazw i tytułów jest zainstalowanych w naszej świadomości od lat. Lekarza tytułujemy doktor – chociaż to tytuł naukowy i większość lekarzy nawet się o niego nie otarła. Cóż, to środowisko bardzo chce być traktowane wyjątkowo.
Równie wiele dziwnych określeń można usłyszeć w rozmowach z klientami. Handlowiec starający się błyszczeć przed klientem, też rozkwita. Sam słyszałem – nie do końca prawdziwy – wywód, że „ten kamień, to nie granit, tylko gabro, a to zupełnie co innego”, i że „Orion to egzotyczny unikatowy kamień z Indii i musi kosztować”.
A jeśli ktoś trafi do mnie w porze obiadowej, nie zaproponuję mu dymiącej wieprzowiny w chrupiącej panierce na puree ziemniaczanym zdobionym koperkiem z dodatkiem duszonej bajkowej kapusty po warszawsku, tylko po prostu zaproszę na schabowego z ziemniakami i kapustą.

W zasadzie wszyscy to mamy. Czasem podejmujemy złe decyzje wbrew oczywistym faktom. Wbijamy sobie w głowę jakąś koncepcję i pomimo oczywistych argumentów, że pomysł jest zły – realizujemy go. To tak, jakby w naszej głowie był chomik ze swoim kołowrotkiem – karuzelą. Dla chomików to świetna zabawka zapewniająca solidną porcję rozrywki i ruchu, ale one mają swój rozum i potrafią wycofać się z biegania w kołowrotku.
Niestety, nasz mózg może aktywować się w tryb karuzeli, bez refleksji i szans na rezygnację z biegania w kółko. W życiu przykładów jest wiele. Kiedyś miałem szefa, który był typem naukowca, który ciągle szuka lepszych rozwiązań. Pamiętam, jak kiedyś, po głębszych studiach literatury naukowej, wymyślił nowy system wynagradzania pracowników, którzy mi podlegali.
Wyglądało to nieźle, więc zacząłem wdrażać nowy system. Jak łatwo się domyślić, ludzie nie byli zadowoleni. Podejrzewali, że nowy system będzie dla nich niekorzystny i zarobią mniej. Tak nie było, ale kilka dni rozmawiałem z całą grupą – oraz z każdym z osobna – aż w końcu ich przekonałem. Czekałem na koniec miesiąca, żeby po nowemu rozliczyć ludzi. Nagle wzywa mnie szef i mówi, że poczytał i ma nowy pomysł na liczenie wynagrodzeń. Chomik ruszył.
Wśród firm kamieniarskich też nie brakuje przykładów.
Dość typowe jest usiłowanie za wszelką cenę stworzenie w firmie – jak to się nazywa w marketingu – nowej jednostki biznesu. To cenna koncepcja, ale ta nowa działalność powinna opierać się – jak każda – na racjonalnych przesłankach: wiedzy o tej działalności, możliwości pozyskania pracowników, wiedzy o rynku w wybranej branży, czy konkurencji jaką spotkamy. Niestety dość często sam pomysł powstający w głowie przedsiębiorcy jest wystarczający, aby chomik w głowie wszedł na karuzelę.
Znam przynajmniej kilka przykładów, gdy właściciel firmy kamieniarskiej powołał nową działalność w postaci, na przykład, restauracji. Byłem w takiej. Nieduża miejscowość, miejsce dość przypadkowe. Spora restauracja, raczej odległa od centrum czy jakiejś trasy przelotowej. Byłem tam około 16 – zamówiłem kawę i okazało się, że personel ma problem z wydaniem reszty z 50 zł. Miły kelner stwierdził, że do teraz ma utarg 20 zł i nie ma jak wydać.
Chomik w głowie nie wchodzi na karuzelę tylko u szefów firm.
W jednej z firm kamieniarskich nowy magazynier wbrew narzuconym zasadom postanowił zmodyfikować system składowania narzędzi. Ponieważ nie orientował się w samej kamieniarskiej robocie, to chomik w głowie podpowiedział mu ciekawe rozwiązanie. Przeorganizował magazyn. Po robocie uznał, że jest pięknie. Lokalizacja była według kolorów opakowań – i tak na jednej półce znalazły się niebieskie rzepy, tubki kleju w niebieskich opakowaniach oraz wiertła – jak łatwo zgadnąć – w niebieskich pudełkach. Starzy pracownicy mówili mu, że to głupie, ale on uważał, że tylko szef może mu coś polecić – a on ma ważniejsze sprawy i nie będzie z nim takich spraw uzgadniał.
Inwestycje to też pole do popisów z chomikiem w głowie. W firmie potrzebna jest nowa wydajniejsza maszyna do polerowania. Oczywiście to poważna decyzja, więc szef sporo o niej myśli. No i rusza chomik w głowie. Leasing czy kredyt? Dwa razy wydajniejsza od tej co mamy, czy może jeszcze większa, bardzo wydajna? Jakoś chomik podpowiada „większa” i myśli skupiają się na finansowaniu. Damy radę! I tak w zakładzie staje maszyna wielokrotnie przewymiarowana – za to kredyt do płacenia jest ogromny. Na dodatek rynek, który obsługujemy, jest znacznie mniejszy od możliwości nowej zabawki.
Podsumowując, jeśli dopadnie nas jakiś genialny pomysł, nie analizujcie go samodzielnie. Pytajcie, rozmawiajcie z fachowcami i pracownikami. Nigdy w samotności. Pamiętajcie, gdzieś w głowie może być chomik ze swoją karuzelą.

Są słowa, które mają co prawda wiele znaczeń lub używane być mogą w różnych kontekstach, ale w społecznym odbiorze utrwaliło się ich jedno konkretne znaczenie.
Ostatnio w wielu rozmowach – zarówno wśród znajomych niezwiązanych z kamieniarstwem, jak i branżystów – zadawałem pytanie o to, jak kojarzą słowo kumulacja. Ta moja mała ankieta przyniosła ciekawy wynik.
Otóż pierwsze skojarzenie przeważającej ilości rozmówców, to był „totolotek”. O czym to świadczy? O naszym optymizmie. Bo przecież wygrana na loterii, na dodatek ze skumulowaną nagrodą, to oczekiwanie szczęśliwych zdarzeń.
A przecież według słownika kumulacja to nagromadzenie lub skupienie się czegoś w jednym miejscu lub czasie; też: sumowanie się jakichś działań, doświadczeń itp.
Kończy się rok, który w opinii wielu branżystów był bardzo trudny. Niepewna sytuacja gospodarcza związana z wydarzeniami politycznymi w kraju i za granicami. Niepewny kurs walut, ograniczenie inwestycji, ograniczenie dofinansowań nie tylko w kamieniarstwie, ale przede wszystkim na rynku budowlanym. Wszystko to spowodowało spłycenie rynku i trudności z utrzymaniem normalnego poziomu produkcji. Medale należą się tym, którzy dali radę w takich warunkach przetrwać, a czasem nawet rozwijać swoje firmy.
Niezależnie, jak wam się udało poradzić sobie z problemami, nadal kumulacja kojarzy się z wygraną. Nawet wtedy, gdy w konkretnym dniu kumulacja to awaria maszyny, choroba najlepszego pracownika i wycofanie się inwestora z dużego zlecenia.
Optymizm jest jednym z najważniejszych elementów w budowaniu sukcesu firmy. Oczywiście tylko taki, który opiera się na racjonalnych przesłankach i aktywnym przemyślanym działaniu. Trudne czasy to właśnie ten moment, w którym aktywne działanie, mądre inwestycje i sensowne zmiany w organizacji firmy, dają świetne efekty.
Przeraża mnie, kiedy słyszę, że firmy rezygnują z działań marketingowych, niezbędnych inwestycji czy zmniejszają zatrudnienie. Redukcja kosztów za wszelką cenę to droga, która nie rozwiązuje problemów. Wręcz tworzy nowe. Jeśli w nowym roku rynek ulegnie poprawie, to ze zredukowanym zatrudnieniem nie będzie możliwości realizowania większej ilości zleceń. A chyba wszyscy przekonali się już, że o pracowników na rynku trwa walka. Jeśli redukcja dotyczyła inwestycji sprzętowych, to spadnie wydajność i jakość. Redukcja kosztów marketingowych to też droga w dół.
Jeśli mamy konkretne, atrakcyjne w naszym mniemaniu, propozycje dla rynku, ale ich nie zaprezentujemy potencjalnym klientom, to ich sprzedaż będzie prawdopodobnie niższa, niż to wynika z jej atrakcyjności. Firma z dobrym wizerunkiem, na którym zbudowała swoją pozycję na rynku, powoli zacznie tracić, jeśli nie będzie tego wizerunku podtrzymywać. Problem jest taki, że w pierwszym momencie zmiana będzie niezauważalna. Zwykle, jeśli po jakimś czasie odczujemy, że jest mniej zleceń, obarczymy winą wszystko, tylko nie zaniechania w podtrzymywanie dobrego wizerunku firmy.
Zauważcie, że tytułowe słowo „kumulacja” ma taki odbiór przez stałą promocję lotto.
Oczywiście rozumiem firmy, które szukają możliwości zmniejszenia kosztów. Patrząc w excelowe tabelki widzimy dokładne kwoty, w tym te wydatkowane na marketing. To są konkretne kwoty. Wykreślenie ich to redukcja kosztów, na której nam zależy. Ale w tych tabelkach nie widać kosztów złej organizacji pracy, nadmiaru odpadów produkcyjnych czy kosztów paliwa zużytego na źle zaplanowane wyjazdy lub montaże, na których zabrakło jednej tubki silikonu albo kleju.
Wydaje się, że największe rezerwy w kamieniarstwie to pozyskiwanie zleceń, które trafiają do branży ceramicznej. To ogromny rynek, w którym drzemią wielkie rezerwy dla naszej branży. Ale niestety to wymaga inwestycji marketingowych. Tworzenia luksusowych ekspozycji, prezentowania kamienia w bardzo wielu miejscach i udziału w różnych imprezach targowych. Za chwilę nadejdzie nowy rok, nowy sezon i nowe wyzwania. Zadbajmy w tym nowym sezonie, żeby słowo „kamień” stało się jak „kumulacja” i miało same pozytywne skojarzenia – luksus, piękno, łazienka, parapety, posadzki. Bo na razie, dla większości ludzi, to po prostu coś, co leży na ich drodze.