
Gdyby ktoś zapytał o jedno słowo, które określa moją pracę, byłoby to słowo „szacunek”.
Wyświechtane dziś słowo kojarzy się chociażby z szacunkiem na dzielni – przydatny element po zmroku w szemranych okolicach. Jesteś swój ziom, masz szacunek. Zdobywasz go na przykład sikając po pijaku na radiowóz (najlepiej wypełniony policjantami) lub innymi wybitnie durnymi zasługami, które potrzebne są ludzkości jak siódma fala covida. Przyznam, że do pewnego wieku swojej egzystencji też tak myślałem. Ale kiedyś dojrzałem i dorosłem. Czyli tak koło 30 roku życia... No może trochę wcześniej.
Właściwie mogę powiedzieć śmiało, że narodziłem się w momencie, kiedy zacząłem rzeźbić w kamieniu.
Początki były bardzo trudne. Czegoś mi brakowało... No właśnie... szacunku.
Szacunku do materiału. Od tego trzeba by zacząć. Jakoś się trzeba zabrać do tego kamienia. Na pewno nie siłą. Choć trzeba przyznać, że kamień wzmacnia i siły dodaje. Szacunku do narzędzia, którym pracujesz. Narzędzia, które wpływa na jakość pracy i przyjemność z niej płynącą.
Pamiętam, że kilka ładnych lat temu, Pan Kazimierz – mistrz kamieniarstwa – bacznie przyglądał się mojej pracy. Dał mi kilka bezcennych uwag dotyczących pracy w granicie. Nie miałem o nich pojęcia. Po kilku dniach przyszedł do mnie i dał mi w prezencie swoje stare, piękne dłuto. Zapewne sam je kiedyś wykonał.
To był mój prywatny czarny pas w sztuce obróbki. Chyba obaj mieliśmy wtedy zaszklone oczy. Ja na pewno.
Wielki wpływ na moją pracę miała lektura żywotów artystów, w tym Giorgio Vasariego. Pozwoliły mi one poznać dawnych mistrzów kamienia. Zagłębiając się w ich pracę, nabrałem olbrzymiego szacunku. Dziś, dysponując elektronarzędziami i młotkami pneumatycznymi, nie sięgam im do pięt. Prostymi narzędziami, szpicami, gradzinami, świdrami obrabiali kamień po mistrzowsku. Uczę się od nich od lat i nigdy tej nauki nie ukończę.
Wspaniała jest opisana przez Vasariego historia konkursu na płaskorzeźby w brązie do Baptysterium Florenckiego. Gdy inni artyści biorący udział w konkursie zauważyli, że praca Lorenza Ghibertiego jest najlepsza, udali się do zleceniodawców, aby jemu oddali to zlecenie. Wiedzieli, że Ghiberti wykona ją najlepiej, mimo że pośród nich nie brakowało wspaniałych rzeźbiarzy takich jak Donatello. Co za szacunek do pracy kolegi!
Czy wyobrażamy sobie podobną sytuację dzisiaj? Czy możliwe jest, że współcześni kamieniarze, rzeźbiarze odnoszą się do siebie z szacunkiem, sympatią? Jestem naiwny, staroświecki i wierzę, że tak.
To co wiem i potrafię jest wynikiem wielu godzin pracy oraz pełnych szacunku spotkań osób, których nie wstydzę się nazywać moimi mistrzami. Mam to szczęście, że są to również moi przyjaciele.

Stojąc na balkonie któregoś wieczoru, przypomniałem sobie, że kiedy byłem młody, pasjonowała mnie astronomia. Starałem się przypomnieć sobie, co pamiętam z tych odległych czasów i okazało się, że nawet coś zostało w pamięci. Odnalazłem kilka obiektów na niebie. Gwiazdozbiór Oriona z Pasem Oriona i należącą do tego układu gwiazdę Betelgeza.
O Betelgezie przeczytałem ostatnio informację, że ten czerwony nadolbrzym – około 1000 razy większy od Słońca i 105 tysięcy razy jaśniejszy – przez 2 lata miał okres przygaśnięcia, co świadczy o niedługiej jego zmianie w supernową na drodze eksplozji. Wtedy jego jasność widziana z Ziemi będzie porównywalna z księżycem. Z tym, że „niedługo” w przypadku gwiazd to mogą być tysiące lat. Te rozważania astronomiczne skłoniły mnie do uświadomienia sobie, jak względne są określenia wielkości.
O postaciach ze świata filmu czy muzyki mówi się często „gwiazda”. Kiedyś w jednym z wywiadów Bogusław Linda na hasło, że jest gwiazdą powiedział: „Wyobraź sobie, że ten stół, to mapa świata, a ja jestem aktorem cenionym w naszym kraju, który na tym stole to malutki wycinek. Jaka gwiazda?”
W branży kamieniarskiej też niektórzy uważają się za asy, największe z największych, i często ich przekonanie podkreślane jest na każdym kroku. Lokalnie to działa – tak są postrzegani. Realia są nie do końca takie, jak przedstawiają. Wystarczy pooglądać ich realizacje – w myśl dewizy „po owocach ich poznacie”.
Mało tego. Nie tak dawno upubliczniono wykaz najpopularniejszych kamieniarzy – w domyśle gwiazd zawodu. Podobno według ankiety. Czy ta zabawa miała sens? Kilka lat temu powstał medal „Zasłużony dla kamieniarstwa RP”. Wręczono wtedy sporo medali, z których część budziła spore zastrzeżenia co do faktycznych zasług dla branży. Całe szczęście, że w obydwu przypadkach odzew branży był niewielki.
Myślę, że nasza branża jest poważna i nie potrzebujemy takiego sztucznego kreowania postaci i wizerunków gwiazd kamieniarstwa, zostawmy to telewizyjnym celebrytom.
Do realnej oceny przyczynią się dokumenty posiadania uprawnień mistrzowskich, wykonane realizacje i opinie klientów. Tak możemy stać się kamieniarskimi gwiazdami – czasem lokalnymi, czasem ogólnokrajowymi.
Warto znowu spojrzeć w niebo. Wspominana Betelgeza świeci na niebie podobnie do gwiazdy Syriusz. Różnica polega na tym, że Syriusz oddalony jest od nas o 8,6 roku świetlnego, a Betelgeza o 460 lat świetlnych. Ta różnica odległości powoduje, że dla obserwatora z Ziemi są podobne, chociaż wielkością bardzo się różnią.
Z tego widać jak mylące może być porównywanie firm i wyłanianie w jakikolwiek sposób tych naj. Na dodatek – w przypadku Betelgezy – obraz, który widzimy, pochodzi sprzed blisko 500 lat. Obecnie tej gwiazdy może już nie być.
W miejscowości „X” Pan Marek jest największą gwiazdą – jest mistrzem kamieniarskim, a w okolicy jest pełno ludzi, którym zrobił roboty kamieniarskie na mistrzowskim poziomie.
Jest też firma „Y”, która układa tysiące metrów kwadratowych kamienia w całej Polsce. Również prowadzona przez mistrza kamieniarskiego i też wysoko oceniana na rynku za rzetelność i jakość.
Obie firmy to wzór, prawdziwe gwiazdy kamieniarstwa. I obydwu należy się szacunek, bo obie budują wspaniały wizerunek zawodu kamieniarskiego. To konkretne, istniejące firmy. Ale ani Pan Marek, ani szef firmy „Y” nie mają medalu i nie znaleźli się w wykazie tych najpopularniejszych.
Pewnie zamiast zabiegać o popularność, zrealizowali rzetelnie kilka wspaniałych realizacji.
Chęć bycia gwiazdą może być niebezpieczna. Betelgeza w końcu eksploduje, stanie się supernową, a potem zgaśnie. Takiego losu w kamieniarskiej działalności chyba nikt sobie nie życzy.

Prawie wszyscy pasjonujemy się sportem. Dyscypliny lubimy różne, ale zwykle którąś z nich śledzimy. Jedna z nich gromadzi szczególnie wielu pasjonatów, chociaż to sport raczej niszowy. Mówię tu o skokach narciarskich. Pewnie to za sprawą sukcesów, jakie polscy skoczkowie odnosili na przestrzeni kilkunastu lat.
Też oglądam skoki, ale coś, co mnie od jakiegoś czasu drażni, to wypowiedzi aktualnych polskich reprezentantów, podkreślających, że to praca i starają się ją wykonywać dobrze.
To prawda, że współczesny sport jest zawodowy. To znaczy, że zawodnicy utrzymują się ze swojego w nim udziału. Tyle, że dla mnie – a myślę, że dla wielu innych osób również – to coś więcej niż praca. Brakuje jeszcze tylko stwierdzeń: „ to były dobre zawody – zarobiłem 50 tysięcy euro”. A gdzie idea Pierre’a de Coubertina, duch rywalizacji, chęć bycia najlepszym?
Jakoś trudno mi zestawić dyscypliny sportowe z hasłem praca, i bez wewnętrznego zgrzytu napisać zawód tenisista, alpinista, biegacz. Dla mnie to jednak sportowcy, nie pracownicy. Moje dywagacje o sportowcach dotyczą również naszego kamieniarskiego podwórka. Konkretnie rzeźby.
Rzeźbiarz to w powszechnym odbiorze artysta. Lepszy lub gorszy, ale jednak artysta. Tu podobnie jak w przypadku sportowców działalność jest zawodowa. Za określone dzieło artyście należy się gratyfikacja. Trzymajmy się tego określenia – gratyfikacja, nie wynagrodzenie.
Niestety, część rzeźbiarzy chce być uznawana, zgodnie z odbiorem powszechnym, za artystów, ale ich „dzieła” bliższe są krasnalom ogrodowym niż Wenus z Milo.
Rozmawiam z wieloma rzeźbiarzami i część z nich, nawet wykonując zlecenie dotyczące rzeźby nagrobnej, pochyla się nad tym, co ma zrobić i dla kogo. Stara się dowiedzieć, kim była osoba, której nagrobek ma wzbogacić rzeźba. Jakoś nie wyobrażam sobie rzeźby pucołowatego aniołka na nagrobku muzyka rockowego czy wilka morskiego. Zdaję sobie jednak sprawę, że zleceniodawca ma decydujący głos, ale przecież można mu coś zasugerować, do czegoś przekonać.
Nie tylko w rzeźbie nagrobnej można zobaczyć dziwne koncepcje. Są przecież inne zlecenia. Te pozyskane od fundacji czy zarządzających miastami, zwykle mają kogoś lub coś upamiętnić. Takie zlecenia kończą się zwykle na realizacji jakiegoś popiersia lub postaci na cokole. Łatwo prześledzić to korzystając z sieci – wpiszcie w wyszukiwarkę choćby „pomnik Sienkiewicza”. Trudno odnaleźć realizację inną niż postać na cokole czy popiersie. Niestety króluje lepsza lub gorsza dosłowność.
Inny temat to zlecenia od Kościoła. Tu już dochodzi do szaleństwa. Ilość pomników Jana Pawła II czy Kardynała Wyszyńskiego jest absurdalna. Jakość większości tych pomników przyprawia o ból głowy. Oczywiście w tych pracach też dosłowność jest podstawą.
Zawsze nurtuje mnie pytanie, co rzeźbiarz – artysta miał na myśli, rzeźbiąc lepszą lub gorszą podobiznę. Niestety podejrzewam, że wyłącznie zarobek. Kiedyś w rozmowie z jednym z rzeźbiarzy usłyszałem, że rok był dobry – postawił dziewięć pomników Jana Pawła II i trzech Wyszyńskich. Trudno po takim oświadczeniu mówić o rzeźbiarzu – artyście.
To rzeźbiarz-rzemieślnik. I to nie taki, który ma to coś, co było nazywane honorem rzemieślnika. Prawdziwy rzemieślnik, jak ja to rozumiem, nie kopiuje – nawet samego siebie. Niestety, jak zauważamy w ostatnich czasach, rzemieślników z honorem jest coraz mniej, a na przykład kopiowanie nagrobków stało się powszechną praktyką.
I tak jak sportowcy, którzy nie współzawodniczą, tylko wykonują pracę, tak artyści czy rzemieślnicy, często nie prezentują siebie w swojej aktywności, tylko zarabiają pieniądze.

Czas przedświąteczny. To wyjątkowy czas. Wszystko spowalnia. Wszystko odpoczywa. Mniej pracy. Nawet nasz mózg przestaje tak intensywnie pracować. Dlatego też postanowiłam nie poruszać tym razem żadnych technicznych tematów związanych z pielęgnacją kamienia. Dzisiejsza tematyka nie dotyczy świąt, choinki ani świętego Mikołaja. No, może jakiegoś Mikołaja jednak tak…
W poprzednich artykułach zdarzyło mi się zwracać uwagę na typowo męski świat kamieniarski. Jednak temat ten pojawiał się jedynie jako wtrącenie, jeden akapit lub też jedno zdanie. Tym razem chciałabym poruszyć go nieco mocniej, konkretniej i odważniej. Wiem, że pewnie narażę się dużej grupie odbiorców, ponieważ „Kuriera” czytają głównie mężczyźni. Ale może o to właśnie chodzi, aby tego typu teksty pojawiały się np. w „Muratorze”, a nie w „Pani domu”.
Niestety (NIESTETY!) – w dzisiejszych czasach, w XXI wieku – nadal da się odczuć pewną dyskryminację kobiet w niektórych kręgach społecznych i zawodowych. Ośmielę się powiedzieć, że często kobiety zarabiają mniej od mężczyzn, mimo że pracują na tych samych stanowiskach. Porównywarki zarobków i różne zestawienia można znaleźć na portalu pracuj.pl.
Wszystko się jednak zmienia. Kiedyś kobiety nie miały prawa do głosowania, do udzielania się w otwartych, społecznych dyskusjach, nie mogły zajmować się polityką ani medycyną. Na szczęście historia i świat mogą poszczycić się wieloma kobietami, które przełamywały stereotypy. Silne przedstawicielki płci żeńskiej zamiast długich spódnic zakładały spodnie i odważnie wyrażały swoje zdanie, często budząc falę krytyki. Wielki szacunek dla nich za to.
Medycyna, prawo, architektura, polityka, to dziedziny, w których już teraz nikt się nie dziwi, widząc panią podejmującą ważne decyzje.
Wracając do tematu tu i teraz. Faktem jest, że kobietom od pewnego czasu zaczął imponować kamieniarski świat. Zaczęły się nim interesować. Zaczęły wnosić do niego swoje opinie i poglądy. Co więcej – zaczęły go zmieniać. Kobiece oko potrafi nieco inaczej spojrzeć na kawałek skały. Widzi w nim ukryte piękno i końcowy produkt.
Od pewnego czasu zaczęły powstawać biżuterie, małe dodatki robione przez kobiety. Niektóre Panie potrafią lepiej obrabiać kamień niż mężczyźni. Zdają kamieniarskie egzaminy. Potrafią mądrze wypowiedzieć się na „kamienne” tematy. Można by wymieniać w nieskończoność. Ale czy aby na pewno mężczyźni chętnie wpuszczają kobiety w swój kamieniarski świat? Czy otwierają im drzwi i zapraszają do środka czy raczej mówią, że mają iść inną drogą?
Jestem założycielką grupy związanej z pielęgnacją kamienia na jednym z portali społecznościowych. Bardzo często można tam zobaczyć zapytania zaczynające się od słów: „Panowie, czy wiecie może…”; „Witam kolegów,…”; „Koledzy, jak…” Często znam odpowiedzi na zadawane pytania, ale… Szczerze mówiąc odechciewa się jakiegokolwiek zabierania głosu.
Panowie, kobiety mogą naprawdę wiele wnieść do waszego zawodowego życia. Nie muszą być księgowymi lub asystentkami prezesów. Może chcą biegać po budowach z dalmierzem i czyścić szorowarką kamienne posadzki. Nie bądźcie tylko jak Równy z Równym, ale też jak Równy z Równą.
Wesołych Świąt i powodzenia w otwieraniu umysłu.

DNA to według pełnej nazwy kwas dezoksyrybonukleinowy. Jego najważniejszą cechą jest to, że jest nośnikiem informacji genetycznych. Łańcuch DNA zawiera informacje o budowie i funkcjonowaniu organizmu. To, że człowiek rodzi się w formie, jaką znamy, jest właśnie zasługą DNA. Dziedziczymy też dzięki niemu niektóre cechy przodków. Reszta nas, jako jednostek, to już nasza nauka i praca nad swoją osobowością, wiedzą i umiejętnościami. O zakresie przenoszonych w DNA informacji dyskutują naukowcy, ale w tym felietonie nie o naukowe dywagacje chodzi.
Wszyscy bolejemy nad powszechnymi opiniami o kamieniarstwie i kamieniarzach. Tytuł jest pewnym odniesieniem do zagadnienia cech, jakie prawdziwy kamieniarz powinien mieć, aby upowszechniać dobry wizerunek zawodu. Powiedzenie „jak nie będziesz się uczył, to będziesz pracował w kamieniołomach” pomimo upływu lat nadal w społeczeństwie funkcjonuje.
Chcielibyśmy, aby ten wizerunek był zupełnie inny. Do tego jednak potrzebna jest zmiana postępowania i zachowań, jakie mamy, oraz prezentowania jak najszerzej wiedzy o kamieniarskim fachu i jego nowoczesności. Marzyłoby się, żeby tak jak jest oczywiste, że człowiek ma dwie nogi, dwie ręce, zdolność widzenia i inteligencję, czywiste były pewne cechy kamieniarza. Wiedza o materiale, umiejętność jego obróbki czy pomysłowość w jego stosowaniu. Do tego solidność, uczciwość, terminowość. Zresztą pożądanych cech można wymienić dużo więcej.
Wiadomo, że statystycznie w normalnym DNA pojawiają się błędy. Stąd choroby genetyczne i nie zawsze człowiek jest idealny. Mimo to większość nas mieści się w jakiejś normie i nie mamy problemów z uznaniem, że to człowiek. Po prostu widząc określony zespół cech, wiemy to.
Żeby zatem w powszechnej opinii „kamieniarz” brzmiało dumnie, sami musimy kształcić w sobie pożądane cechy i umiejętności, a przede wszystkim przekazywać je naszym uczniom. To wcale nie jest trudne. Wystarczy czasem zatrzymać się i ocenić, czy wszystko robimy tak, jak powinno się robić.
Oczywiście nikt nie jest idealny. Błędów nie popełnia tylko ten, kto nic nie robi. Rzecz w tym, aby było ich jak najmniej, a te, które popełniamy, trzeba „brać na klatę”, poprawić i uczciwie o nich mówić. Klejenie uszczerbionego blatu wcześniej czy później inwestor zauważy. O nierówności posadzki też szybko się przekona – wystarczy, że wyleje przypadkiem wodę.
Marzy mi się tylko, aby błędy nie miały swojego źródła w niewiedzy czy nieumiejętności.
Od jakiegoś czasu wzrasta ilość osób zainteresowanych egzaminami mistrzowskimi i czeladniczymi. To bardzo optymistyczne. Oznacza, że branżyści chcą sprawdzić swoją wiedzę i umiejętności. Odbywający się przy okazji kurs, z którego część zdających korzysta, to nabycie wiedzy lub jej przypomnienie będące podstawowym elementem wzbogacającym nasze kamieniarskie DNA.
Inna sprawa to rzetelność – w wykonawstwie i poza nim. Uczciwie wyliczona cena, zmieszczenie się w terminie realizacji, szybkie reagowanie na reklamacje. Proste? Jeśli większość branżystów będzie starała się stosować do tych zasad, to jest szansa, że w końcu stwierdzenie „jestem kamieniarzem”, nie będzie wywoływało uśmieszków wśród ludzi, a szacunek i chęć dowiedzenia się czegoś o tajemniczej – w powszechnej opinii – wiedzy o naturalnych skarbach, jakie mogą umieścić w swoim otoczeniu.
Niech w 2022 roku w kamieniarstwie króluje takie kamieniarskie DNA, z jak najmniejszą liczbą tych, co mają dwie lewe ręce.