
Czas przedświąteczny. To wyjątkowy czas. Wszystko spowalnia. Wszystko odpoczywa. Mniej pracy. Nawet nasz mózg przestaje tak intensywnie pracować. Dlatego też postanowiłam nie poruszać tym razem żadnych technicznych tematów związanych z pielęgnacją kamienia. Dzisiejsza tematyka nie dotyczy świąt, choinki ani świętego Mikołaja. No, może jakiegoś Mikołaja jednak tak…
W poprzednich artykułach zdarzyło mi się zwracać uwagę na typowo męski świat kamieniarski. Jednak temat ten pojawiał się jedynie jako wtrącenie, jeden akapit lub też jedno zdanie. Tym razem chciałabym poruszyć go nieco mocniej, konkretniej i odważniej. Wiem, że pewnie narażę się dużej grupie odbiorców, ponieważ „Kuriera” czytają głównie mężczyźni. Ale może o to właśnie chodzi, aby tego typu teksty pojawiały się np. w „Muratorze”, a nie w „Pani domu”.
Niestety (NIESTETY!) – w dzisiejszych czasach, w XXI wieku – nadal da się odczuć pewną dyskryminację kobiet w niektórych kręgach społecznych i zawodowych. Ośmielę się powiedzieć, że często kobiety zarabiają mniej od mężczyzn, mimo że pracują na tych samych stanowiskach. Porównywarki zarobków i różne zestawienia można znaleźć na portalu pracuj.pl.
Wszystko się jednak zmienia. Kiedyś kobiety nie miały prawa do głosowania, do udzielania się w otwartych, społecznych dyskusjach, nie mogły zajmować się polityką ani medycyną. Na szczęście historia i świat mogą poszczycić się wieloma kobietami, które przełamywały stereotypy. Silne przedstawicielki płci żeńskiej zamiast długich spódnic zakładały spodnie i odważnie wyrażały swoje zdanie, często budząc falę krytyki. Wielki szacunek dla nich za to.
Medycyna, prawo, architektura, polityka, to dziedziny, w których już teraz nikt się nie dziwi, widząc panią podejmującą ważne decyzje.
Wracając do tematu tu i teraz. Faktem jest, że kobietom od pewnego czasu zaczął imponować kamieniarski świat. Zaczęły się nim interesować. Zaczęły wnosić do niego swoje opinie i poglądy. Co więcej – zaczęły go zmieniać. Kobiece oko potrafi nieco inaczej spojrzeć na kawałek skały. Widzi w nim ukryte piękno i końcowy produkt.
Od pewnego czasu zaczęły powstawać biżuterie, małe dodatki robione przez kobiety. Niektóre Panie potrafią lepiej obrabiać kamień niż mężczyźni. Zdają kamieniarskie egzaminy. Potrafią mądrze wypowiedzieć się na „kamienne” tematy. Można by wymieniać w nieskończoność. Ale czy aby na pewno mężczyźni chętnie wpuszczają kobiety w swój kamieniarski świat? Czy otwierają im drzwi i zapraszają do środka czy raczej mówią, że mają iść inną drogą?
Jestem założycielką grupy związanej z pielęgnacją kamienia na jednym z portali społecznościowych. Bardzo często można tam zobaczyć zapytania zaczynające się od słów: „Panowie, czy wiecie może…”; „Witam kolegów,…”; „Koledzy, jak…” Często znam odpowiedzi na zadawane pytania, ale… Szczerze mówiąc odechciewa się jakiegokolwiek zabierania głosu.
Panowie, kobiety mogą naprawdę wiele wnieść do waszego zawodowego życia. Nie muszą być księgowymi lub asystentkami prezesów. Może chcą biegać po budowach z dalmierzem i czyścić szorowarką kamienne posadzki. Nie bądźcie tylko jak Równy z Równym, ale też jak Równy z Równą.
Wesołych Świąt i powodzenia w otwieraniu umysłu.

DNA to według pełnej nazwy kwas dezoksyrybonukleinowy. Jego najważniejszą cechą jest to, że jest nośnikiem informacji genetycznych. Łańcuch DNA zawiera informacje o budowie i funkcjonowaniu organizmu. To, że człowiek rodzi się w formie, jaką znamy, jest właśnie zasługą DNA. Dziedziczymy też dzięki niemu niektóre cechy przodków. Reszta nas, jako jednostek, to już nasza nauka i praca nad swoją osobowością, wiedzą i umiejętnościami. O zakresie przenoszonych w DNA informacji dyskutują naukowcy, ale w tym felietonie nie o naukowe dywagacje chodzi.
Wszyscy bolejemy nad powszechnymi opiniami o kamieniarstwie i kamieniarzach. Tytuł jest pewnym odniesieniem do zagadnienia cech, jakie prawdziwy kamieniarz powinien mieć, aby upowszechniać dobry wizerunek zawodu. Powiedzenie „jak nie będziesz się uczył, to będziesz pracował w kamieniołomach” pomimo upływu lat nadal w społeczeństwie funkcjonuje.
Chcielibyśmy, aby ten wizerunek był zupełnie inny. Do tego jednak potrzebna jest zmiana postępowania i zachowań, jakie mamy, oraz prezentowania jak najszerzej wiedzy o kamieniarskim fachu i jego nowoczesności. Marzyłoby się, żeby tak jak jest oczywiste, że człowiek ma dwie nogi, dwie ręce, zdolność widzenia i inteligencję, czywiste były pewne cechy kamieniarza. Wiedza o materiale, umiejętność jego obróbki czy pomysłowość w jego stosowaniu. Do tego solidność, uczciwość, terminowość. Zresztą pożądanych cech można wymienić dużo więcej.
Wiadomo, że statystycznie w normalnym DNA pojawiają się błędy. Stąd choroby genetyczne i nie zawsze człowiek jest idealny. Mimo to większość nas mieści się w jakiejś normie i nie mamy problemów z uznaniem, że to człowiek. Po prostu widząc określony zespół cech, wiemy to.
Żeby zatem w powszechnej opinii „kamieniarz” brzmiało dumnie, sami musimy kształcić w sobie pożądane cechy i umiejętności, a przede wszystkim przekazywać je naszym uczniom. To wcale nie jest trudne. Wystarczy czasem zatrzymać się i ocenić, czy wszystko robimy tak, jak powinno się robić.
Oczywiście nikt nie jest idealny. Błędów nie popełnia tylko ten, kto nic nie robi. Rzecz w tym, aby było ich jak najmniej, a te, które popełniamy, trzeba „brać na klatę”, poprawić i uczciwie o nich mówić. Klejenie uszczerbionego blatu wcześniej czy później inwestor zauważy. O nierówności posadzki też szybko się przekona – wystarczy, że wyleje przypadkiem wodę.
Marzy mi się tylko, aby błędy nie miały swojego źródła w niewiedzy czy nieumiejętności.
Od jakiegoś czasu wzrasta ilość osób zainteresowanych egzaminami mistrzowskimi i czeladniczymi. To bardzo optymistyczne. Oznacza, że branżyści chcą sprawdzić swoją wiedzę i umiejętności. Odbywający się przy okazji kurs, z którego część zdających korzysta, to nabycie wiedzy lub jej przypomnienie będące podstawowym elementem wzbogacającym nasze kamieniarskie DNA.
Inna sprawa to rzetelność – w wykonawstwie i poza nim. Uczciwie wyliczona cena, zmieszczenie się w terminie realizacji, szybkie reagowanie na reklamacje. Proste? Jeśli większość branżystów będzie starała się stosować do tych zasad, to jest szansa, że w końcu stwierdzenie „jestem kamieniarzem”, nie będzie wywoływało uśmieszków wśród ludzi, a szacunek i chęć dowiedzenia się czegoś o tajemniczej – w powszechnej opinii – wiedzy o naturalnych skarbach, jakie mogą umieścić w swoim otoczeniu.
Niech w 2022 roku w kamieniarstwie króluje takie kamieniarskie DNA, z jak najmniejszą liczbą tych, co mają dwie lewe ręce.

Na moim podwórku ostatnio utarł się zwyczaj, że pod wieczór, około 19, na jeden z trawników przychodzą okoliczni właściciele psów ze swoimi pupilami. Spuszczamy psy ze smyczy i dla naszych ulubieńców zabawa jest rewelacyjna. Wreszcie mogą pobiegać.
Zróżnicowanie jest spore. Przychodzą między innymi: pitbull, cocker spaniel, owczarek niemiecki, terier tybetański, jamnik czy york. Ciekawe, że pomimo sporego zróżnicowania ras, konfliktów między nimi nie ma. Miałem okazję zobaczyć jak szybko, mimo różnic wielkości, tworzy się stado.
Jak się okazało, szefem stada wcale nie został największy pies. Czworonożną ekipą rządzi średniej wielkości suczka. To ona interweniuje, gdy powstaje jakiś konflikt w stadzie.
Także z jej decyzji stado gwałtownie reaguje na otoczenie. Całość funkcjonuje wzorcowo.
Każdy zna swoją pozycję, podporządkowuje się zasadom. Natomiast właściciele czworonogów mają słaby wpływ na funkcjonowanie grupy psiaków – wyłącznie wpływanie na suczkę, która w nim rządzi, daje rezultaty.
Każda firma to przede wszystkim ludzie. Oczywiście ważne są maszyny (ale nimi też zajmują się ludzie), ważne są zlecenia (te też pozyskuje i obsługuje personel), ważne są materiały, jakimi dysponujemy (ale ich pozyskiwanie, dbałość o nie, to również efekt pracy pracowników).
Osobom zatrudniającym pracowników, często wydaje się, że jeśli stworzymy określone zasady i warunki pracy, to wszystko będzie działało rewelacyjnie. Jeśli by tak było, to znakomita większość firm radziłaby sobie na rynku genialnie i nie miałaby nigdy problemów.
Niestety tak nie jest. Każda grupa ludzi wytwarza swoje zasady, niezależnie o tych, które ma narzucone. Podobnie jak w stadzie psów. I tak naprawdę to te relacje są wewnętrzną siłą – lub słabością – firmy.
Kierowanie firmą to nie tylko decyzje inwestycyjne, strategiczne, to przede wszystkim umiejętność kierowania ludźmi. Wybrany na brygadzistę pracownik, mimo posiadanego doświadczenia i wiedzy, wcale nie musi mieć pozycji w grupie pozwalającej na kierowanie nią. Pomimo jego decyzji – lub co gorsza decyzji szefa – które on przekazuje pracownikom, ci robią po swojemu.
Znam firmę, w której najlepszy pracownik nie jest brygadzistą. Nie ma do tego predyspozycji, ale jego rola jest ogromna – szef, podkreślając jego umiejętności i doświadczenie przy wielu okazjach, zbudował mu wizerunek „guru”, którego na czele z brygadzistą wszyscy pytają, kiedy mają jakiś problem. Ale ustawianiem roboty i dyscyplinowaniem pracowników zajmuje się brygadzista, który ma posłuch.
Jak pokazuje życie, im lepiej zorganizowana firma, tym rzadziej jej szef musi ingerować w normalne funkcjonowanie. Może skupić się faktycznie na planowaniu strategicznym i zagadnieniami ogólnymi.
Jak sprawdzić, który z pracowników jaką ma mieć funkcję? To właśnie jest najtrudniejsze w zarządzaniu. Naturalne zdolności przywódcze łatwo zauważyć, obserwując pracowników podczas przerw w pracy, śniadania czy wspólnej imprezy integracyjnej – bardziej niż podczas pracy. W takich momentach łatwo zauważyć pracownika, który faktycznie jest w stanie zarządzać grupą pracowników.
Jeśli się uda ustalić, jakie są wewnętrzne relacje między pracownikami, to szansa, że będą działali wzorcowo, bez naszej ingerencji, wzrasta ogromnie.

Gdy w rodzinie pojawia się dziecko, niecierpliwie czekamy na moment, w którym zacznie mówić. Cieszą nas pierwsze sylaby, pierwsze słowa. Potem następuje okres, kiedy zaczyna mówić więcej, tyle że jest to raczej język „marsjański”.
Z czasem w marsjańskim pojawia się coraz więcej słów i zwrotów zrozumiałych. Trzeba jednak niemałego zaangażowania, aby wyłapywać to, co może być konkretną informacją. Wiem, co mówię, bo mam małego wnuka. Wśród marsjańskiego potoku słów te polskie często zmieniane ze względu na problemy z wymową młodego oratora, są trudne do wyłapania.
W normalnym trybie marsjański z czasem zamienia się w polski i wszystko staje się zrozumiałe. Zauważyłem jednak, że są osoby, które co prawda przeszły ten etap bezproblemowo, ale umiłowanie do marsjańskiego zostało. W wersji dorosłej ma ten język wiele odmian. Najpopularniejsza to brak spójności wypowiedzi i trudny do zinterpretowania komunikat.
Przykłady z branży: „Tu zrobimy panu półwałek, znaczy ćwierćwałek. Znaczy taką fazkę.”
Albo: Za tę łazienkę policzę panu 15 tysięcy, ale doliczę coś za utrudnienia. Tylko nie wiem jeszcze ile.
Inne: Ten nagrobek będzie z Czarnego Szweda albo innego czarnego materiału.
Inna pozostałość po marsjańskim języku to niezrozumiałe słownictwo. To dopiero ciekawe zagadnienie. Oczywiście jestem pełen szacunku dla bogactwa językowego, ale jeśli chcemy być zrozumiani, nie epatujmy słownictwem specjalistycznym. Zwłaszcza w rozmowie z osobami, które możemy podejrzewać o nieznajomość tematyki i słownictwa specjalistycznego. Często wynika to z chęci zaimponowania słuchającemu i zaprezentowania siebie jako wybitnego fachowca. Rozumiem takie motywacje, ale są one błędne.
Kiedyś Albert Einstein powiedział: „Jeżeli nie potrafisz czegoś prosto wyjaśnić – to znaczy, że niewystarczająco to rozumiesz”.
Przykładów jest wiele.
Można prezentować możliwości swojego zakładu klientowi tak: „Płyty tniemy sami trakiem wielolinowym, obrabiamy na pięcioosiowym eMeMdzi i waterdżecie.”
A przecież wystarczy powiedzieć, że: „Płyty tniemy sami, nowoczesnymi i precyzyjnymi maszynami. Elementy – w tym przestrzenne, trójwymiarowe – wykonujemy mechanicznie, z ogromną dokładnością wymiarów. Mamy też możliwość bardzo precyzyjnego cięcia strumieniem wody.”
Słyszałem kiedyś, jak w jednym z zakładów sprzedawca tak reklamował Impalę zamawiającemu nagrobek: „Wie Pan: to jest Impala, gabronoryt z RPA. W nim ortopirokseny występują w formie odwróconego pigeonitu. Dzięki temu to taki świetny materiał.” Mistrzostwo w mówieniu po marsjańsku – i tak dobrze, że zdanie w sumie prawdziwe.
Do pozostałości dziecinnego marsjańskiego mają też skłonności naukowcy. Sam pamiętam jak na studiach ciągnęliśmy losy, kto ma pójść na pewne wykłady – ze względu na sposób omawiania tematów nie dało się ich słuchać, a nie wypadało pozostawić pustej sali, by wykładowca się nie obraził. Z drugiej strony byli wykładowcy, na których wykładach obecność – mimo, że nikt jej nie kontrolował – była 100-procentowa. Niestety to były tylko nieliczne wyjątki.
Tak było również podczas konferencji na zakończenie 8 Strzegomskiego Biennale Rzeźby w Granicie. Wysłuchałem 7 referatów – niestety większość była po marsjańsku. Nie tylko słownictwo, ale beznamiętny sposób mówienia (czytania) wywoływał wrażenie kontaktu z obcą cywilizacją.
Dobry wykład to opowieść, to chęć przekazania słuchaczom swoich poglądów, wiedzy i doświadczenia. Wychodząc z wykładu powinniśmy nie tylko mieć przekonanie, że wykładowca ma wiedzę i bogaty język. To egocentryzm. Kilku z wykładowców prezentowało znane postaci sztuki, ale po żadnym z tych wystąpień nie miałem ochoty wpisać ich nazwisk do Google i dowiedzieć się więcej.
Szczególnie ważna jest forma wypowiedzi. Jak sama nazwa mówi to wykład, więc ustna wypowiedź. Wypowiedź, która powinna mieć rytm, tempo i wyraźnie akcentować najważniejsze zagadnienia. Rozumiem, że można – przy wielominutowej przemowie – posługiwać się jakimś spisanym planem referatu. Powinna to być jednak opowieść, która odbierana jest przez słuchaczy jako wciągająca i zachęcająca do pogłębienia wiedzy o prezentowanym temacie.
Przeczytanie przygotowanego wykładu jest bardzo trudne. Do tego potrzebne są specjalne umiejętności, rodem ze szkół aktorskich, a takie nie są powszechne. Bez nich zostaje wrażenie, jakie znamy ze szkoły, gdy uczniowie przygotowywali referaty typu analiza wiersza Konopnickiej, które dukali pod tablicą, dając szansę reszcie klasy na rozwiązynie krzyżówek.
Wiem: to konferencja naukowa. Ale jak pokazał referat prof. Szarka (publikowany w tym numerze) można zaprezentować swoje poglądy ciekawie i w sposób klarowny. Pewnie nawet za rok będę potrafił powiedzieć, o czym było to wystąpienie.
Jednak na konferencji większość prelegentów prezentowała język i sposób mówienia, który znam z kontaktów z wnukiem: „dziadek egffght dhdok dziemy pacer gfdfrtts ody cem rerer”. Znam już trochę ten wariant marsjańskiego. „Dziadek idziemy na spacer, lody chcę”.
Zatem po staropolsku: szdrowi banczcze!?

Mamy pomnik kamieniarza w Strzegomiu. Mnie osobiście kojarzy się on jednak z człowiekiem-orkiestrą i menelem, ale dla wielu ta postać to wręcz ikona polskiego kamieniarstwa.
Wielu w swym zachwycie nad barwną postacią Himilsbacha nie widzi tego, że reprezentował on patologię w świecie „obróbki ręcznej” na Płycie Strzegomskiej. Tych, co zaczynają pracę we wtorek – z małymi pauzami podczas tygodnia. Tych, na których nie można liczyć, przyjmując zamówienia „na cito”.
Przepraszam za taki wyrywnik emocjonalny, ale dość mam utwierdzania stereotypów, że jakoby obróbką kamienia zajmują się ludzie częściej sięgający do kieliszka niż do skrzynki z narzędziami.
Skoro już zacząłem od gorzkich żali, to i dalej podążę tą ścieżką. Zgodnie z maksymą „ja nie z soli ani roli, jeno z tego co mnie boli” mogę powiedzieć, że kończą się nam kamieniarze zajmujący się obróbką ręczną. Niskie stawki akordowe, ciężkie warunki pracy, a dodatkowo złe traktowanie podwykonawców w postaci małych firm przez „kolosów” granitowych na rynku, powodują, że rynek pracownika kurczy się niesamowicie i nikt nie jest w stanie zapełnić tych luk Ukraińcami czy Mołdowianami. Tam gdzie kończy się szacunek dla pracy i pracownika, tam kończy się napływ świeżych sił mogących zapewnić ciągłość tradycji kamieniarskich – nawet tych słabych, ale wciąż istniejących.
Szereg moich artykułów i wystąpień o ręcznej obróbce kamienia naturalnego trafia do ludzi zainteresowanych. I to mnie bardzo cieszy. Jednak obserwuję brak kompleksowych działań mogących wyciągnąć ten dział kamieniarstwa z marazmu. Postulaty są proste. Przejęcie przez organizację branżową nauczania kamieniarstwa. Im szybciej się to stanie, tym szybciej wyskoczymy z dołka, w jaki wpadamy od wielu lat. Pisać o tym można długo, tylko po co, skoro wszyscy z branży widzą, co się dzieje. Młodzi mają problemy z obsługą prostych elektronarzędzi, nie mówiąc już o jakimkolwiek przyswajaniu ręcznych technik obróbki kamienia.
A na koniec mam propozycję. Poszukajmy w historii Polski innych niż wiecznie podpitych kamieniarzy. Może ktoś zrozumie, że bardziej pomnik należy się śp. Tadeuszowi Tyrowiczowi i pod nim powinniśmy co roku składać kwiaty w podzięce za jego zasługi. A także iść jego tropem, czyli nadać edukacji wysoki poziom oraz czynić to konsekwentnie i z oddaniem sprawie.