Felietony

Wewnętrzne relacje

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: środa, 17 listopada 2021 14:05

114psy.jpg

Na moim podwórku ostatnio utarł się zwyczaj, że pod wieczór, około 19, na jeden z trawników przychodzą okoliczni właściciele psów ze swoimi pupilami. Spuszczamy psy ze smyczy i dla naszych ulubieńców zabawa jest rewelacyjna. Wreszcie mogą pobiegać.

Zróżnicowanie jest spore. Przychodzą między innymi: pitbull, cocker spaniel, owczarek niemiecki, terier tybetański, jamnik czy york. Ciekawe, że pomimo sporego zróżnicowania ras, konfliktów między nimi nie ma. Miałem okazję zobaczyć jak szybko, mimo różnic wielkości, tworzy się stado.
Jak się okazało, szefem stada wcale nie został największy pies. Czworonożną ekipą rządzi średniej wielkości suczka. To ona interweniuje, gdy powstaje jakiś konflikt w stadzie.

Także z jej decyzji stado gwałtownie reaguje na otoczenie. Całość funkcjonuje wzorcowo.
Każdy zna swoją pozycję, podporządkowuje się zasadom. Natomiast właściciele czworonogów mają słaby wpływ na funkcjonowanie grupy psiaków – wyłącznie wpływanie na suczkę, która w nim rządzi, daje rezultaty.

Każda firma to przede wszystkim ludzie. Oczywiście ważne są maszyny (ale nimi też zajmują się ludzie), ważne są zlecenia (te też pozyskuje i obsługuje personel), ważne są materiały, jakimi dysponujemy (ale ich pozyskiwanie, dbałość o nie, to również efekt pracy pracowników).
Osobom zatrudniającym pracowników, często wydaje się, że jeśli stworzymy określone zasady i warunki pracy, to wszystko będzie działało rewelacyjnie. Jeśli by tak było, to znakomita większość firm radziłaby sobie na rynku genialnie i nie miałaby nigdy problemów.
Niestety tak nie jest. Każda grupa ludzi wytwarza swoje zasady, niezależnie o tych, które ma narzucone. Podobnie jak w stadzie psów. I tak naprawdę to te relacje są wewnętrzną siłą – lub słabością – firmy.

Kierowanie firmą to nie tylko decyzje inwestycyjne, strategiczne, to przede wszystkim umiejętność kierowania ludźmi. Wybrany na brygadzistę pracownik, mimo posiadanego doświadczenia i wiedzy, wcale nie musi mieć pozycji w grupie pozwalającej na kierowanie nią. Pomimo jego decyzji – lub co gorsza decyzji szefa – które on przekazuje pracownikom, ci robią po swojemu.

Znam firmę, w której najlepszy pracownik nie jest brygadzistą. Nie ma do tego predyspozycji, ale jego rola jest ogromna – szef, podkreślając jego umiejętności i doświadczenie przy wielu okazjach, zbudował mu wizerunek „guru”, którego na czele z brygadzistą wszyscy pytają, kiedy mają jakiś problem. Ale ustawianiem roboty i dyscyplinowaniem pracowników zajmuje się brygadzista, który ma posłuch.

Jak pokazuje życie, im lepiej zorganizowana firma, tym rzadziej jej szef musi ingerować w normalne funkcjonowanie. Może skupić się faktycznie na planowaniu strategicznym i zagadnieniami ogólnymi.
Jak sprawdzić, który z pracowników jaką ma mieć funkcję? To właśnie jest najtrudniejsze w zarządzaniu. Naturalne zdolności przywódcze łatwo zauważyć, obserwując pracowników podczas przerw w pracy, śniadania czy wspólnej imprezy integracyjnej – bardziej niż podczas pracy. W takich momentach łatwo zauważyć pracownika, który faktycznie jest w stanie zarządzać grupą pracowników.
Jeśli się uda ustalić, jakie są wewnętrzne relacje między pracownikami, to szansa, że będą działali wzorcowo, bez naszej ingerencji, wzrasta ogromnie.

przeczytaj cały artykuł

Marsjański rządzi

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: środa, 15 września 2021 09:08

114_ufo.jpg

Gdy w rodzinie pojawia się dziecko, niecierpliwie czekamy na moment, w którym zacznie mówić. Cieszą nas pierwsze sylaby, pierwsze słowa. Potem następuje okres, kiedy zaczyna mówić więcej, tyle że jest to raczej język „marsjański”.

Z czasem w marsjańskim pojawia się coraz więcej słów i zwrotów zrozumiałych. Trzeba jednak niemałego zaangażowania, aby wyłapywać to, co może być konkretną informacją. Wiem, co mówię, bo mam małego wnuka. Wśród marsjańskiego potoku słów te polskie często zmieniane ze względu na problemy z wymową młodego oratora, są trudne do wyłapania.

W normalnym trybie marsjański z czasem zamienia się w polski i wszystko staje się zrozumiałe. Zauważyłem jednak, że są osoby, które co prawda przeszły ten etap bezproblemowo, ale umiłowanie do marsjańskiego zostało. W wersji dorosłej ma ten język wiele odmian. Najpopularniejsza to brak spójności wypowiedzi i trudny do zinterpretowania komunikat.

Przykłady z branży: „Tu zrobimy panu półwałek, znaczy ćwierćwałek. Znaczy taką fazkę.”
Albo: Za tę łazienkę policzę panu 15 tysięcy, ale doliczę coś za utrudnienia. Tylko nie wiem jeszcze ile.
Inne: Ten nagrobek będzie z Czarnego Szweda albo innego czarnego materiału.

Inna pozostałość po marsjańskim języku to niezrozumiałe słownictwo. To dopiero ciekawe zagadnienie. Oczywiście jestem pełen szacunku dla bogactwa językowego, ale jeśli chcemy być zrozumiani, nie epatujmy słownictwem specjalistycznym. Zwłaszcza w rozmowie z osobami, które możemy podejrzewać o nieznajomość tematyki i słownictwa specjalistycznego. Często wynika to z chęci zaimponowania słuchającemu i zaprezentowania siebie jako wybitnego fachowca. Rozumiem takie motywacje, ale są one błędne.
Kiedyś Albert Einstein powiedział: „Jeżeli nie potrafisz czegoś prosto wyjaśnić – to znaczy, że niewystarczająco to rozumiesz”.

Przykładów jest wiele.
Można prezentować możliwości swojego zakładu klientowi tak: „Płyty tniemy sami trakiem wielolinowym, obrabiamy na pięcioosiowym eMeMdzi i waterdżecie.”
A przecież wystarczy powiedzieć, że: „Płyty tniemy sami, nowoczesnymi i precyzyjnymi maszynami. Elementy – w tym przestrzenne, trójwymiarowe – wykonujemy mechanicznie, z ogromną dokładnością wymiarów. Mamy też możliwość bardzo precyzyjnego cięcia strumieniem wody.”

Słyszałem kiedyś, jak w jednym z zakładów sprzedawca tak reklamował Impalę zamawiającemu nagrobek: „Wie Pan: to jest Impala, gabronoryt z RPA. W nim ortopirokseny występują w formie odwróconego pigeonitu. Dzięki temu to taki świetny materiał.” Mistrzostwo w mówieniu po marsjańsku – i tak dobrze, że zdanie w sumie prawdziwe.

Do pozostałości dziecinnego marsjańskiego mają też skłonności naukowcy. Sam pamiętam jak na studiach ciągnęliśmy losy, kto ma pójść na pewne wykłady – ze względu na sposób omawiania tematów nie dało się ich słuchać, a nie wypadało pozostawić pustej sali, by wykładowca się nie obraził. Z drugiej strony byli wykładowcy, na których wykładach obecność – mimo, że nikt jej nie kontrolował – była 100-procentowa. Niestety to były tylko nieliczne wyjątki.

Tak było również podczas konferencji na zakończenie 8 Strzegomskiego Biennale Rzeźby w Granicie. Wysłuchałem 7 referatów – niestety większość była po marsjańsku. Nie tylko słownictwo, ale beznamiętny sposób mówienia (czytania) wywoływał wrażenie kontaktu z obcą cywilizacją.
Dobry wykład to opowieść, to chęć przekazania słuchaczom swoich poglądów, wiedzy i doświadczenia. Wychodząc z wykładu powinniśmy nie tylko mieć przekonanie, że wykładowca ma wiedzę i bogaty język. To egocentryzm. Kilku z wykładowców prezentowało znane postaci sztuki, ale po żadnym z tych wystąpień nie miałem ochoty wpisać ich nazwisk do Google i dowiedzieć się więcej.
Szczególnie ważna jest forma wypowiedzi. Jak sama nazwa mówi to wykład, więc ustna wypowiedź. Wypowiedź, która powinna mieć rytm, tempo i wyraźnie akcentować najważniejsze zagadnienia. Rozumiem, że można – przy wielominutowej przemowie – posługiwać się jakimś spisanym planem referatu. Powinna to być jednak opowieść, która odbierana jest przez słuchaczy jako wciągająca i zachęcająca do pogłębienia wiedzy o prezentowanym temacie.

Przeczytanie przygotowanego wykładu jest bardzo trudne. Do tego potrzebne są specjalne umiejętności, rodem ze szkół aktorskich, a takie nie są powszechne. Bez nich zostaje wrażenie, jakie znamy ze szkoły, gdy uczniowie przygotowywali referaty typu analiza wiersza Konopnickiej, które dukali pod tablicą, dając szansę reszcie klasy na rozwiązynie krzyżówek.
Wiem: to konferencja naukowa. Ale jak pokazał referat prof. Szarka (publikowany w tym numerze) można zaprezentować swoje poglądy ciekawie i w sposób klarowny. Pewnie nawet za rok będę potrafił powiedzieć, o czym było to wystąpienie.
Jednak na konferencji większość prelegentów prezentowała język i sposób mówienia, który znam z kontaktów z wnukiem: „dziadek egffght dhdok dziemy pacer gfdfrtts ody cem rerer”. Znam już trochę ten wariant marsjańskiego. „Dziadek idziemy na spacer, lody chcę”.

Zatem po staropolsku: szdrowi banczcze!?

przeczytaj cały artykuł

Pomnik

Autor: Dariusz Dembiński   |   Data publikacji: środa, 15 września 2021 08:59

Mamy pomnik kamieniarza w Strzegomiu. Mnie osobiście kojarzy się on jednak z człowiekiem-orkiestrą i menelem, ale dla wielu ta postać to wręcz ikona polskiego kamieniarstwa.

Wielu w swym zachwycie nad barwną postacią Himilsbacha nie widzi tego, że reprezentował on patologię w świecie „obróbki ręcznej” na Płycie Strzegomskiej. Tych, co zaczynają pracę we wtorek – z małymi pauzami podczas tygodnia. Tych, na których nie można liczyć, przyjmując zamówienia „na cito”.
Przepraszam za taki wyrywnik emocjonalny, ale dość mam utwierdzania stereotypów, że jakoby obróbką kamienia zajmują się ludzie częściej sięgający do kieliszka niż do skrzynki z narzędziami.

Skoro już zacząłem od gorzkich żali, to i dalej podążę tą ścieżką. Zgodnie z maksymą „ja nie z soli ani roli, jeno z tego co mnie boli” mogę powiedzieć, że kończą się nam kamieniarze zajmujący się obróbką ręczną. Niskie stawki akordowe, ciężkie warunki pracy, a dodatkowo złe traktowanie podwykonawców w postaci małych firm przez „kolosów” granitowych na rynku, powodują, że rynek pracownika kurczy się niesamowicie i nikt nie jest w stanie zapełnić tych luk Ukraińcami czy Mołdowianami. Tam gdzie kończy się szacunek dla pracy i pracownika, tam kończy się napływ świeżych sił mogących zapewnić ciągłość tradycji kamieniarskich – nawet tych słabych, ale wciąż istniejących.

Szereg moich artykułów i wystąpień o ręcznej obróbce kamienia naturalnego trafia do ludzi zainteresowanych. I to mnie bardzo cieszy. Jednak obserwuję brak kompleksowych działań mogących wyciągnąć ten dział kamieniarstwa z marazmu. Postulaty są proste. Przejęcie przez organizację branżową nauczania kamieniarstwa. Im szybciej się to stanie, tym szybciej wyskoczymy z dołka, w jaki wpadamy od wielu lat. Pisać o tym można długo, tylko po co, skoro wszyscy z branży widzą, co się dzieje. Młodzi mają problemy z obsługą prostych elektronarzędzi, nie mówiąc już o jakimkolwiek przyswajaniu ręcznych technik obróbki kamienia.

A na koniec mam propozycję. Poszukajmy w historii Polski innych niż wiecznie podpitych kamieniarzy. Może ktoś zrozumie, że bardziej pomnik należy się śp. Tadeuszowi Tyrowiczowi i pod nim powinniśmy co roku składać kwiaty w podzięce za jego zasługi. A także iść jego tropem, czyli nadać edukacji wysoki poziom oraz czynić to konsekwentnie i z oddaniem sprawie.

 

przeczytaj cały artykuł

Cudze chwalicie. A czy swoje znacie?

Autor: Dominika Grabiarz   |   Data publikacji: wtorek, 27 lipca 2021 01:00

 Jest coś takiego w nas, Polakach, że uwielbiamy zagraniczne rzeczy: niemieckie samochody, włoskie jedzenie, francuską modę i amerykański styl. Nic w tym złego, bo przecież trzeba zbierać dobre wzorce.

Podobna sytuacja jest z kamieniem naturalnym. Jesteśmy wręcz zakochani w argentyńskich onyksach, włoskich marmurach, ukraińskich czerwonych granitach oraz szwedzkich czerniach. Może jednak mamy w naszych biało-czerwonych granicach coś, czym możemy się pochwalić?

Do czego jednak zmierzają całe te rozważania? Nie mam zamiaru analizować i porównywać struktury oraz składu polskich i zagranicznych kamieni. W przeciwieństwie do innych, nie jestem znawczynią tego tematu. Chciałabym natomiast poruszyć kwestię pielęgnacji polskich i niepolskich kamieni naturalnych.

Pewnie przy wyborze odpowiedniego produktu do kuchni lub łazienki wielokrotnie nurtują nas pytania: jak dbać o polski kamień, jak pielęgnować kuchenny blat zrobiony z polskiego marmuru, jak zachowa się posadzka wykonana z surowego trawertynu, czy polski piaskowiec wytrzyma próbę czasu na elewacji budynku?

Otóż napiszę tylko jedno: w temacie pielęgnacji nie ma znaczenia pochodzenie kamienia. Najważniejsza jest dobra jakość samego kamienia. Niezmiernie istotna jest także wiedza na temat tego, gdzie dany rodzaj surowca powinien zostać położony: na zewnątrz, wewnątrz, elewacja, nagrobek, schody… Warto zwrócić uwagę także na rodzaj obróbki – poler, szczotka, satyna, płomień, itd. I to właśnie pod tym kątem należy odpowiednio pielęgnować kamień, a nie pod względem jego pochodzenia.

A teraz kawa na ławę. Zagraniczny, a nawet „zaoceaniczny” kamień zabrudzi się tak samo, jak polski. Ptaki siedzące na drzewach rosnących na cmentarzach nie zwracają uwagi na to, czy pod nimi znajduje się szwed czy „zwykły” strzegom. Zarówno polski, jak i włoski marmur będą tak samo nieodporne na kwasy, nawet po zabezpieczeniu. Niestety.


Może więc warto pochylić się nieco bardziej nad polskim produktem? Mamy ich przecież cały wachlarz do wyboru: trawertyny, marmury, granity, łupki i piaskowce. Nieświadomy klient tak naprawdę nie zna technicznych cech Białej Marianny i włoskiej Carrary, Strzelina i francuskiego Tarna, Kośmina i hiszpańskiego Bianco Pearl. A czy kamieniarze je znają? Mam cichą nadzieję, że tak…
Bo rozróżnienie kamieni na zdjęciach obok to przecież banał. A już w szczególności dla Pana Kowalskiego…
Pewnego razu Pani Kowalska chciała zakupić blat do kuchni. Po zebraniu oszczędności życia wybrała się do odpicowanego zakładu kamieniarskiego. Został jej polecony południowoafrykański kamień. O kilka tysięcy droższy niż polski. Na metrze oczywiście. W tym momencie jej marzenia pękły jak bańka mydlana.

Dlaczego sprzedawca-kamieniarz polecił zagraniczny produkt?
Materiał jest droższy, bo… Lepszy? Nie wiadomo. Ładniejszy? Kwestia gustu. Trwalszy? Może. Lepiej się czyści? Zdecydowanie nie. Brud w niego nie wchodzi? Wchodzi. Tak samo jak w inne. Jeśli pielęgnacja będzie odpowiednia oraz regularna, to kamień będzie cieszył oczy przez długi czas. Jego struktura, jego blask, jego intensywna barwa.

Oczywiście nieświadomy klient, to dobry klient. Bogaty klient, to dobry klient. Otwarty na sugestie klient, to również dobry klient. Gdzie więc kończy się granica pomiędzy „tanio kupię - drogo sprzedam” a trafieniem w prawdziwą potrzebę odbiorcy? Nie każdemu zależy na „metce” hiszpańskiej, francuskiej czy portugalskiej.

Dlaczego więc jesteśmy tacy niepolscy? Dlaczego nie polecamy i nie uczymy siebie wzajemnie zakupowego patriotyzmu, tak jak robią to inne kraje? Latem uwielbiamy nosić klapki Kuboty i reklamówki ze sklepu na „B”, a polskich surowców nie chcemy?

Poniżej kilka fotografii z wykonanych prac pielęgnacyjnych. To już ostatni argument przemawiający za polskim pięknym surowcem.

112_dominika2.png

Polski granit. Posadzka na zewnątrz. Brud i rdza skutecznie przyćmiły „urodę” kamienia. Na szczęście po zastosowaniu odpowiednich środków czyszczących oraz impregnatu kamień wrócił do pierwotnego uroku.

112_dominika3.png

Polski marmur. Posadzka wewnętrzna, sala weselna. Nietrudno domyślić się, że po każdym sezonie weselnym posadzka traci blask. Jednak przy odpowiedniej pielęgnacji kamień odzyskuje blask i intensywność. A leży tu już ponad 60 lat.

 

 

 

 

przeczytaj cały artykuł

Trwałość kamienia

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: wtorek, 27 lipca 2021 01:00

Jednym z argumentów, którym posługujemy się oferując nasze realizacje z kamienia, jest trwałość. To prawda: kamień potrafi przetrwać wieki, a przykładów jest dużo. Niestety, oczekiwania klientów zwykle dotyczą kamienia koniecznie w polerze i bezwarunkowo w minimalnej grubości.

Z hasła „kamień naturalny” uczyniliśmy oręż, którym walczymy z innymi materiałami wykończeniowymi. Siła naturalnego kamienia w zakresie trwałości jest prawdą pod warunkiem, że akceptuje się normalne zmiany związane z procesami starzenia i wpływu środowiska, w jakim go eksploatujemy. Zapewne najmniej te zmiany będą widoczne, gdy kamień, którego użyjemy, będzie najmniej przetworzony. Czyli im bliżej wersji naturalnej kamienia wydobytego ze złoża przy wykorzystaniu jego naturalnych kierunków podziału, tym większa będzie trwałość uzyskanego materiału. Po czasie będzie wyglądał podobnie do tego świeżo pozyskanego, procesy starzenia nie będą tak mocno widoczne, a jeśli będą widoczne, to nadadzą mu szlachetności.

Procesy technologiczne, jakimi się posługujemy przy obróbce, są ingerencją w jego naturalność. Już samo cięcie tworzy materiał, który w gruncie rzeczy nie występuje w naturze. Wyjątkiem są prawidłowo pozyskiwane łupki, chociaż i one zwykle są formatowane do oczekiwanych rozmiarów. Jednak typowa płyta w polerze nie występuje w naturze. Cieszy oko swoją lustrzaną powierzchnią, ale kiedy ulegnie zmianom wynikającym z uwarunkowań środowiskowych, to niestety straci urok.

Łatwo zauważyć, że materiały, w których zastosowano obróbkę powierzchni piaskowaną, szczotkowaną itp., po latach nie będą bardzo się różnić wyglądem. Te procesy obróbki są często zbliżone do naturalnych procesów degradujących materiał, a kamień nie obrabiany jest często bardzo atrakcyjny.

Podziwiamy zabytkowe obiekty, chociaż marmurowe posadzki są „wychodzone” i widać na nich procesy wietrzenia. Mimo to mają swój urok. Część klientów zauważa ten aspekt naturalnego kamienia, dlatego coraz częściej spotykamy się z zapotrzebowaniem na płytki starzone. Oczywiście nadal wielu inwestorów zachwyca posadzka z kamienia o lustrzanej, błyszczącej powierzchni, ale taki wygląd powierzchni, zwłaszcza w przypadku miękkich materiałów, nie jest wieczny.

Oglądałem ostatnio u znajomego blat kuchenny z marmuru szczotkowanego. Blat był użytkowany od kilku lat i powiem, że robił wrażenie. Rysy w zasadzie nie były widoczne, nawet plamy jakoś nie raziły. Wyobraziłem sobie ten sam blat z takim samym bagażem „doświadczeń”, gdyby był w polerze… Czy ludzie, którzy taki blat oglądaliby po kilku latach, nadal byliby przekonani, że kamienny blat w kuchni to rozwiązanie na całe życie? Raczej nie.

Dobrze, że coraz częściej popularnością cieszą się materiały poddane obróbce powierzchni innej niż polerowanie. Inna sprawa, że są materiały, które w polerze są znacznie mniej atrakcyjne niż te poddane innym sposobom obróbki powierzchni. Przykładem może być popularny Steel Grey, który zachwyca w wersji szczotkowanej, a już w polerze jest dość nijaki. Podobnie z bardziej luksusowymi Matrix czy Meteorus. Nawet atrakcyjne w polerze Foresty w wersji szczotkowanej zyskują niesamowity efekt przestrzenności.

Powyższe przemyślenia wywołały zdjęcia zamku w Beaumaris w Walii (strona 66 niniejszego wydania Kuriera Kamieniarskiego). Kamienna budowla otoczona wodą, która dotyka jej ścian, wygląda nadal bardzo atrakcyjnie. Zastanowiło mnie, jak będą wyglądały polerowane posadzki po tylu latach w obiektach, które obecnie budujemy?

przeczytaj cały artykuł
Strona 6 z 27

Najnowszy numer
6/2025 (139)

grudzień 2025 – styczeń 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

Fartuchy wodoodporne dla kamieiarzy
2025-11-26 13:39:41
Producent fartuchów i rękawów wodoodpornych dla kamieniarzy. Sprzedaż wysyłkowa – błyskawiczna wysyłka pocztą lub kurierem. Strzegom, ul. Św. Anny 1/6, www.fartuchywodoodporne.pl, tel. 60 34 26 223, tel./fax 74 8 551 472

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.