Felietony

„...do Szakala po kolejną”

Autor: Patryk Nieczarowski - Nieczar   |   Data publikacji: środa, 13 listopada 2019 11:02

102_Strona_76_Obraz_0002b.jpg

…wspomnienie nieoficjalnego pomnika Jana Himilsbacha

Większości z nas listopad kojarzy się przede wszystkim dwiema datami: 1 listopada odwiedzamy cmentarze, a dziesięć dni później, 11 listopada, świętujemy odzyskanie niepodległości. Niewielu osobom – posługujących się „innym” kalendarzem – do których i ja się zaliczam, listopad również kojarzy się z dwoma dniami.

W tym jednym pozornym. 11 listopada przypada rocznica śmierci, a 31.11. pamiętamy o urodzinach… Jana Himilsbacha.

O Janie Himilsbachu napisano już wiele, a jeszcze więcej powiedziano… I nie ma tu znaczenia, czy powiedziano wszystko zgodnie z prawdą (jak choćby dzień urodzin przypadający według dokumentów Himilsbacha w dniu 31 listopada), czy też przekazano kolejną opowieść na kanwie jego życiorysu. Życiorysu przedziwnego, bo w wielu miejscach nieewidentnego. Do czego zresztą świadomie przyczynił się sam Himilsbach kładąc podwaliny swojej własnej mitologii. A później to już poszło...

Himilsbach – ikona polskiej popkultury, aktor, pisarz, kamieniarz... Postać nietuzinkowa. W 1947 roku Himilsbach za swoje młodzieńcze błędy trafia do zakładu poprawczego, skąd za dobre sprawowanie (czyli w nagrodę) skierowany zostaje do Strzegomia. Tam poznaje trudy pracy kamieniarza. Tam też uczy się czytać książki budząc do życia swojego literackiego ducha. Ma to wpływ na jego przyszłe życie pisarza, scenarzysty i aktora.
Himilsbach „garował” za młodu w Strzegomiu, co akurat nie jest wytworem mitologii, ale wydarzeniem bez wątpliwości prawdziwym. Wydarzeniem, można rzec granicznym, budującym przyszłe osobowości i twórczość Himilsbacha.

Jako strzegomianin, a jednocześnie artysta-rzeźbiarz postanowiłem upamiętnić to wydarzenie w możliwie przystępny i właściwy dla mnie sposób, korzystając ze sposobności, jaką dało mi uczestnictwo w VII Strzegomskim Biennale Rzeźby w Granicie w zeszłym roku.

Tak powstała rzeźba Jana Himilsbacha. Inspiracją dla niej była kultowa scena w ogrodzie zoologicznym z filmu Marka Piwowskiego z 1976 roku pt. „Przepraszam, czy tu biją?”. Himilsbach wciela się tam w rolę pijaczka pozującego do zdjęć w stroju niedźwiedzia polarnego. Gra tam tylko epizod, ale dzięki swojej naturalności i dowcipnym dialogom cała scena zdaje się być kompletną etiudą w oderwaniu od fabuły – nota bene stając się bardziej rozpoznawalna od samego filmu.

Początkowy zamysł rzeźby zakładał pełnoplastyczną postać Himilsbacha ubranego w niedźwiedzie futro, dzierżącego w prawej ręce łeb misia, a w lewej pustą, półlitrową butelkę. Nie miałem wątpliwości, z jakiego materiału powinienem wykonać swojego „misia”. Wykorzystałem ciemny granit skandynawski, który posłużył do wykonania portretu Himilsbacha i detali niedźwiedziego łba, oraz jasny granit strzegomski, dobrze korespondujący z bielą filmowego kostiumu niedźwiedzia. To właśnie w tym granicie młody Janek stawiał pierwsze kroki w rzemiośle kamieniarskim w okresie swojej resocjalizacji.
Podczas realizacji rzeźby zmieniłem nieco zamysł.

Skłoniłem się bardziej ku koncepcji w stylu „non finito”, rozszerzając jednocześnie o elementy nawiązujące do kamieniarskiej przeszłości Himilsbacha. Młotek i szpicak położone z tyłu podstawy rzeźby zdają się być odłożone na chwilę, w oczekiwaniu na kontynuację pracy. To celowe, symboliczne nawiązanie do mitologii Himilsbacha. Mitologii nieustannie wykuwanej współcześnie w polskiej popkulturze, ciągle żywej i niedokończonej.
I tak już pójdzie dalej…

102_Strona_76_Obraz_0002.jpg

przeczytaj cały artykuł

Rock and roll

Autor: Michał Ziołowicz   |   Data publikacji: środa, 13 listopada 2019 10:48

guitarist-150465_640.png

Co łączy kamieniarzy i rockmanów? Zamiłowanie do burzliwego życia pełnego przygód i ryzyka.
Ta z pozoru śmiała teoria jest jak najbardziej prawdziwa i pełna analogii. Jedni i drudzy mają skłonność do dobrej zabawy i używek. I kamieniarze i muzycy żyją zbyt krótko. Jeżdżą po całym świecie szukając grosza. Zostawiają po sobie pomniki – jedni z kamienia, drudzy kultury. Nie jest im obce nieumiarkowanie w jedzeniu i w piciu. Zaliczają nieskończoną ilość upadków i wzlotów. Stale i uparcie dążą do osiągnięcia sukcesu i sławy. Bronią swojej niezależności i autonomii. I najważniejsze – mają wiecznie poczucie nadziei: na sukces, na pieniądz, na powodzenie.

Lato 1992 rok, Berlin, grupa polskich kamieniarzy w sercu stolicy Niemiec odnawia kamienną elewację jednego z bardziej znaczących budynków. Większość przyjechała „zielona”, ze szlifierkami kątowymi zapoznawała się na miejscu, a dłuta klepał pan Stasiu w kuźni skombinowanej naprędce. Starsi koledzy, niegdysiejszy filar PKZ-etów, urządzają dla młodych wilczków różne atrakcje, np. „dzień bez prądu”. I szok, profil gzymsu ci kamieniarze wykonują bez prądu niewiele dłużej niż my „młodzi-elektryczni”. Łeb w dół, rock and roll.

II.


Ta sama – strefa socjalna. W jednym kontenerze kamieniarze w pośpiechu wcinają śniadanie, czasem coś poczytają, zamienią kilka zdań. Jednak zbiorowe zainteresowanie i entuzjazm wzbudzają trzej starsi koledzy, którzy zajmują malutki kontener obok. Przez małe okienko widać, jak jedzą śniadanie. Kawa w filiżankach, koniak w odpowiednich kieliszkach i świeże kwiatki we flakoniku na stole. Przed okienkiem codziennie ta sama wymiana zdań pomiędzy majstrem a tymi dżentelmenami na temat spożywania alkoholu. I zawsze ta sama odpowiedź: „ja nie jestem koń i na wodę nie chodzę”. W końcu kierownik wpadł kiedyś z alkomatem i uśmiechem w stylu „mam cię!”. Panowie dmuchnęli – wynik: 0,2 promila. Zdolny do pracy, rock and roll.

III.


Na pewną budowę przyjeżdża grupa młodych adeptów kamieniarstwa. Coś już wiedzą, coś potrafią, ale niewiele. Jeden z nich trafia pod opiekę niezwykle spokojnego, starszego kolegi. Młody cały dzień gada bez opamiętania, głowa aż pęka. W końcu starszy wysyła tego młodego z wiadrem, żeby przyniósł „odejrzenie” od kolegów spod wiaty – śmiech słychać było na całej budowie. Na drugi dzień dokończyli młodego, dali mu szlaufwagę (wodną poziomicę) i kazali przenieść poziomy. Wcześniej zalali węża do pełna tak, że nie było bąbelka powietrza. Po chwili przyszedł i mówi, że nie da się, bo nie ma bąbelka. Jeden ze starszych powiedział mu, że wąż się zawiesił i trzeba przedmuchać. Chłopaczyna zdjął kurek z jednej strony i tak się zadął, że mało przytomności nie stracił. Dzisiaj to bardzo dobry kamieniarz, niewielu znam lepszych.

IV.


W Hamburgu, niedaleko lotniska mieszkała duża grupa Polaków pracujących w tym mieście. Jednym z nich był Andrzej, wtedy prawie pięćdziesięciolatek. Miał różne przygody i często z powodu braku znajomości języka wpadał w zabawne sytuacje. Ale był dzień, w którym przebił wszystko. W niedzielę wieczorem do kierownika kontraktu dzwoni policja, czy zna takiego pana Andrzeja. W ekspresowym tempie kierownik znalazł się na lotnisku ratować gamonia. Okazało się, że Andrzej był skrytym miłośnikiem lotnictwa i co niedziela chodził pod płot lotniska, wspinał się na drzewo i obserwował startujące i lądujące samoloty. Ochrona go widziała, ale zawsze mu się udawało czmychnąć. Tak mu się spodobało, że kupił gdzieś używaną lunetę i z nią poszedł na to drzewo. Ochrona zobaczyła, że ma jakąś rurę w rękach (może mini bazuka?) i wezwali antyterrorystów. Dalej było jak zawsze: kajdanki, areszt, 6 godzin przesłuchań itd. Ale najzabawniejszy jest epilog. Po dwóch miesiącach do pokoju kolegów wchodzi Andrzej wyraźnie wstrząśnięty i załamany, z butelką wódki. On, który nigdy nikomu nic nie postawił. Chłopcy zaskoczeni pytają: „co się stało?”. A Andrzej łamiącym się głosem odpowiada: „ Te Niemcy to niedobre ludzie są, drzewo mi wycięli”.


V.

Pewien znany właściciel dużego zakładu kamieniarskiego pojechał do Kazachstanu w sprawie zakupu kopalni kamienia. Obwieźli go po całym kraju helikopterem, ale pomimo wielu zachęt i ciekawych propozycji, kopalni nie kupił. W tym czasie jego zakład realizował duże zlecenie na moją budowę. W pewnym momencie potrzebowałem pilnie się z nim skontaktować. Niestety telefon przestał odbierać, a potem zamilkł. Po trzech dniach prób zadzwoniłem do zakładu. Usłyszałem od córki, że nie wiedzą gdzie jest, ostatni raz dzwonił 3 dni temu, że nie wraca helikopterem do hotelu, będzie wracał konno. Znalazł się po ośmiu dniach!

VI.


Dostaliśmy reklamację, że potężny ornament (prawie 6 metrów) w tympanonie wejścia do pałacu we Frankfurcie nad Menem, jest źle zrobiony i nie da się go złożyć. Przysłali zdjęcia i prośbę, że oni są gotowi nam zapłacić, jeżeli tylko to zrobimy w ciągu tygodnia. Spakowaliśmy się i na drugi dzień byliśmy na budowie. Około południa weszliśmy na rusztowania i nogi mi się ugięły. Panowie rzeźbiarze środkowy fragment kartusza wykuli w lustrzanym odbiciu. Folię, która przenosiła model, przyłożyli odwrotnie. Żeby nie spalić sprawy, zaczęliśmy mierzyć, sprawdzać i grać na czas, aż wszyscy wyjdą z budowy. Do drugiej w nocy wstawiliśmy wszystkie potrzebne fleki a przez kolejne dwa dni przekuliśmy to prawidłowo. Na trzeci dzień przyszedł kierownik i zawołał majstra. „Widzisz Horst, gówno się znasz na kamieniu! Miało się nie dać złożyć, a tu chłopaki w dwa dni dali radę”. Rock and roll.

I tak można jeszcze długo, tych historii wszyscy znamy dużo. Dopóki jest w ludziach fantazja, humor i pasja, ten zawód daje chyba jedną z najcenniejszą rzeczy w życiu. Bezcenne wspomnienia.

przeczytaj cały artykuł

Szybkość bezpieczna

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: środa, 13 listopada 2019 10:45

automotive-148187_1280.png

W życiu miałem kilka pasji. I każda, oprócz sposobu na spędzanie wolnego czasu, nauczyła mnie też podejścia do wielu codziennych problemów. Wśród moich hobby wysoko sobie cenię okres fascynacji rajdami samochodowymi. I nie było to tylko oglądanie rajdów – były także mniej lub bardziej udane starty. To były inne czasy i inne samochody, ale sposób myślenia chyba do dziś się nie zmienił.

W tamtym czasie na rynku wydawniczym pojawiła się książka Sobiesława Zasady: „Szybkość bezpieczna”. To był kultowy podręcznik adresowany do zwykłych kierowców, a wiedza w nim zawarta wynikała z rajdowych umiejętności autora. Było więc w niej sporo informacji o pewnych sposobach jazdy wyczynowej. Dla mnie jednak kluczowe zdanie znajdowało się we wstępie do tej książki i brzmiało: „Ja nikogo do niczego nie namawiam”. Kluczowe, gdyż w dalszej części książka opisała sposoby postępowania na drodze, które mogły być niebezpieczne dla samochodu i kierowcy.

Zapytacie, co ma wspólnego książka o wyczynowej jeździe samochodem z naszą kamieniarską rzeczywistością. Otóż według mnie ma całkiem sporo. Tytułowa szybkość bezpieczna to kompozycja wielu czynników: warunków drogowych, umiejętności kierowcy, rodzaju i stanu pojazdu itd. Zatem szybkość bezpieczną kierowca musi wybrać sam, uwzględniając szereg czynników. We wspomnianej książce autor cytuje pytanie jednego z kierowców zadane podczas spotkania autorskiego: „Z jaką prędkością można wejść w zakręt 90 stopni?”. Odpowiedź była prosta: „z dowolnie dużą”, ale jej rozwinięciem była uwaga, że niewiadomą tylko pozostaje, czy z tego zakrętu wyjdziemy.

Podobnie jest w prowadzeniu działalności kamieniarskiej. Podejmując różne decyzje musimy brać pod uwagę szereg elementów wpływających na działalność firmy. A często można zauważyć, że popełniany jest błąd nieuwzględnienia szerszego spektrum zagadnień.
Ostatnio słyszałem o firmie, która miała wszelkie możliwości techniczne, finansowe, sprzętowe itd. Wystartowała więc do przetargu na dużą budowę: elewacja 3000 m2. Przetarg wygrała i... zaczęły się problemy. Terminy wykonania były dość wyśrubowane, a w firmie nie było odpowiedniej liczby pracowników wprawionych w montażach.

Wszyscy wiemy, że obecnie trudno jest znaleźć pracowników nawet bez kwalifikacji, a co dopiero dobrych i doświadczonych. Terminy się posypały... Taka sytuacja nie jest odosobniona i często dotyczy wielu firm podwykonawczych na wielu budowach. Jeśli pojawia się możliwość szybkiego zarobku lub realizacji dużego zlecenia, to firma takie zlecenie przyjmuje i dopiero potem kalkuluje własne możliwości dotrzymania terminu. W rezultacie kary umowne za niedotrzymanie terminu pochłaniają spodziewany zysk, a czasem nawet powodują stratę.

Oczywiście można – czasem trzeba – posiłkować się kredytem. Ale w ofertach bankowych nie jest napisane: „nikogo do niczego nie namawiamy”. Wręcz przeciwnie. Pracownik banku otrzymuje prowizję od udzielonego kredytu, więc namawia nas do „rajdowego pokonywania zakrętów”. Zwykle nie wspomina, że to jazda na granicy bezpieczeństwa i może skutkować nieukończeniem tego wyścigu. A kiedy w czasie rozmowy o kredycie zauważymy jakieś potencjalne zagrożenia, bankier proponuje nam rajdowy system zmiany biegów – bez zdejmowania nogi z gazu. Ponownie nie wspomina, że można w ten sposób „przekręcić” silnik i spowodować jego poważną awarię. Wszystko, by zyskać swoją prowizję, ale bez zastanowienia nad problemami, które mogą spotkać nas – w końcu nie on będzie w naszej firmie zajmował się windykacją.

W opisywanych przez słynnego kierowcę technikach jazdy jest też metoda na szybkie pokonywanie nierówności w postaci garbów. Przed przeszkodą należy zahamować, a w momencie najeżdżania na garb mocno przyspieszyć. W ten sposób zmniejsza się obciążenie przodu auta i po pokonaniu przeszkody samochód ma większą prędkość. Jednak taki styl jazdy mocno odbija się na zawieszeniu samochodu.

Tu też znajduję kamieniarskie odniesienie: kiedy okazuje się, że jest problem z cięciem jakiegoś materiału, operator bezrefleksyjnie zwiększa prędkość piły. Może i ta metoda zadziała, ale jak długo wytrzyma narzędzie?

Ryzyko w interesach zawsze jest i czasem trzeba je podejmować. Bo podobnie jak w wyczynowej jeździe samochodem, im bliżej granicy „szybkości bezpiecznej”, tym większy odniesiemy sukces na mecie. Ale takie działanie należy podejmować z rozmysłem i świadomością zagrożeń. Pamiętajmy, że auto da się naprawiać za racjonalne pieniądze – rozbity biznes naprawić jest dużo trudniej.

 

przeczytaj cały artykuł

Bildhauer über alles!*

Autor: Rafał Frankiewicz   |   Data publikacji: poniedziałek, 11 listopada 2019 01:00

Motto: Spośród najstarszych zawodów świata – rzeźbiarz jest tym najstarszym...
– Andrzej Walczak, prezes Grupy Atlas

Na linii Kamieniarz – Rzeźbiarz nie układa się zbyt różowo. Ten pierwszy ma plan, by znać się na wszystkim, dyktować co i jak ma być wykonane, jak poprowadzona ma być forma rzeźby, jak wykończony detal... Słowem: bóg we własnej postaci.(Nawiasem mówiąc: czy widział ktoś Pana B. za kierownicą aut ze stajni Bayerische Motor Werke? Nie?! No właśnie: Pan B. jeździ zaprzęgami anielskimi ze stajni Aston Martin. Swoim mniej udanym naśladowcom pozostawia te na literę B i inne: CH, J, LR, M, O, P, S, T, VW, W. Może któryś pominąłem...)

Ten drugi stara się jak może: wkłada cały swój talent, czasem pije (zwłaszcza po połączeniu się z Centralą Pana B. – by dostać najświeższe dane – ale częściej kopa do roboty), zostaje po godzinach oraz tyra w niedzielę i święta, gdyż wiecznie jest za mało czasu na dopieszczenie dzieła…

I co?
Pan B. stroi focha: nie tak miało być; Artysta chce za dużo pieniędzy; ja tu jestem mistrzem od falującego ćwierćwałka, więc niech mi się nie wtrynia ten, co pomacha chwilkę dłutkiem i woła tyle, że nazwę go złodziejem; ja muszę utrzymać zakład, ludzi, renomę, a ten mi wydziwia; zapomina kto jest dla kogo; klient się wścieka; terminy leżą jak niemowlę w żłobie… Hańba! Poza tym: jak on śmie!!!

Nie gloryfikuję postawy kolegów od dłuta – mają tyle samo za uszami, co i koledzy od szlifu oraz poleru. Rozumiem racje obu stron. Ale gdzie jest w tym wszystkim nasz drogi klient? Zgubił się? Ktoś go pominął?? Wyrzucony został poza nawias (kwadratowy)?
Przecież to, co robimy – robimy dla niego! Nie dla naszej chwały ani dla dopieszczenia naszego ego.

Jego ból, rozpacz, cierpienie, są za każdym razem tak samo wyjątkowe, więc kto zrozumieć to umie? Ten, co serce ma z kamienia, czy ten, co empatii ma większe pokłady? Wiem, że sporu nie rozstrzygnę, ale… Era ćwierćwałka i szerokiej fazy się kończy. Pora na zmiany. I nowe układy…
Pomijając stronę, po której się opowiadam, pragnę przypomnieć, że z tej współpracy może narodzić się tylko dobro. Jest nim poszerzenie możliwości zrealizowania nietypowych zleceń, za które klient chętnie zapłaci – pod warunkiem, że będą zrobione ekstra. Nie na falującej fazie, nie na pływającym półwałku czy ćwierćwałku, ale rzetelnie, od A do VW czy Z. Niech będzie i kamieniarstwo i rzeźbiarstwo.

Potrzeba do tego jednej komponenty: myślenia. Tu pojawia się problem: jak temat ogarnąć, by powstała spójna całość, każdy zarobił, a klient był zadowolony? Można zadzwonić do paru mądrych ludzi, można również poradzić się autora niniejszego tekstu... To nic nie kosztuje!
Jak mówił mój mentor na studiach: „Myślisz? To dobrze. Kontynuuj.” Najtrudniej jest zacząć.

*Bildhauer über alles (niem.) – rzeźbiarz o wszystkim a. rzeźbiarz ponad wszystko.

 

 


#RafałFrankiewicz #rafalfrankiewicz

przeczytaj cały artykuł

Najstarszy zawód

Autor: Rafał Frankiewicz   |   Data publikacji: poniedziałek, 23 września 2019 01:00

Widzę te półuśmiechy pod noskiem, o kogo chodzi i jakie to miłe.

No to pudło. Kula w płot. Nie o ten zawód mi chodziło, bo to nie najstarszy zawód świata. Stary, fakt. Ale czy najstarszy? Czy Córy Koryntu pozostawiły po sobie jakieś historyczne artefakty? Czy Korynt był znany w paleolicie? Kto zrobi dobry użytek z wiedzy, jaką wyniósł ze szkoły i bez zająknięcia wskaże kogo mam na myśli?

Podpowiedź poszła, ale po minach widzę, że na odpowiedź nie mogę raczej liczyć... Najstarszy zawód... Zwoje mózgowe powoli zaczynają pracę – ociężałe myśli wzbiją się do lotu. Skoro nie córy, to kto, do jasnego zakrętu?!

Może kucharz, może architekt? Inżynier? Też nie... Powoli lista robi się pusta. Umysł popada w zwątpienie, dłonie nerwowo szukają papierosa, spiritus próbuje odejść na drugi krąg. Pusto. Brak pomysłów. Ale może jest jakaś odpowiednia sugestia w słowie paleolit? Kto wtedy był premierem?? Do licha! Nikt! Nikt nie znał Tadka, Donka, Matiego, nikt nie myślał o Skłodowskiej czy Milesie Davisie. To były puste słowa. O ile była wtedy mowa…

Zatem skąd pewność, że to wtedy narodził się ten najstarszy zawód świata? Pewności nie ma, ale najstarsze wykopaliska na to wskazują: to, co wykopano, nie mogło być ulotne, to musiało być mega trwałe; strasznie ważne i wszystkim potrzebne. Nie, nie był to wytwór kamieniarski. To nie był dom z kamienia, to nie był nagrobek, to nie była urna na prochy. To była rzeźba. Od niej wszystko się zaczęło.

Kto tego nie rozumie, może mu pomogą słowa kard. Stefana Wyszyńskiego:
Był las, nie było was – i nie będzie was, będzie las.
Las rzeźbiarzy!

 

 


#RafałFrankiewicz #rafalfrankiewicz

przeczytaj cały artykuł
Strona 10 z 27

Najnowszy numer
6/2025 (139)

grudzień 2025 – styczeń 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

Fartuchy wodoodporne dla kamieiarzy
2025-11-26 13:39:41
Producent fartuchów i rękawów wodoodpornych dla kamieniarzy. Sprzedaż wysyłkowa – błyskawiczna wysyłka pocztą lub kurierem. Strzegom, ul. Św. Anny 1/6, www.fartuchywodoodporne.pl, tel. 60 34 26 223, tel./fax 74 8 551 472

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.