
Na przestrzeni swojego życia człowiek ma różne okresy. Zaczyna się od wózka i butelki ze smoczkiem, a kończy na dostojnym spoglądaniu na świat przez pryzmat doświadczenia i dystansu do zjawisk i ludzi. Taka to już kolej rzeczy.
Ostatnio uświadomiłem sobie, jak wiele zależy od okresu, który – chociaż najszczęśliwszy – nie bardzo pamiętamy. Pominę okres butelki ze smoczkiem i wózka, bo w tym okresie nawet wypasiony wózek nie jest przez nas ani zauważany ani zapamiętany.
Według mnie, to dopiero następny okres w życiu ma ogromny wpływ na nasze dojrzałe zachowania. To czas dzieciństwa, w którym zaczynamy budować relacje z innymi – piaskownica, skakanie przez płot, czy gra w piłkę. W tym czasie zderzamy się z rówieśnikami i kształtujemy umiejętności porozumiewania się oraz budowania własnej pozycji w grupie.
Obserwując dzieciaki w piaskownicy łatwo zauważyć, że niektóre z nich, dążąc do bycia „best”, usiłują osiągnąć cel niekoniecznie poprzez rozwijanie swoich umiejętności, podglądanie lepszych i próbowanie różnych rozwiązań. Są takie, które piękny zamek z piasku kolegi rozdeptują, ogłaszając potem wszem i wobec, że „mój najlepszy”. Zdarzają się przypadki rękoczynów z wykorzystaniem łopatki i wiaderka, ale najciekawsze są próby zakłamywania rzeczywistości poprzez dopowiadanie: „Mój najlepszy, bo użyłem patyków i obłożyłem kamieniami”. W takim przekomarzaniu się często niestety wyższą pozycję w grupie zyskują ci opowiadacze, którzy mają większą siłę przebicia.
Z nieco późniejszego okresu pamiętam kolegę, futbolowo wybitnie uzdolnionego. I drugiego, znacznie starszego, który grał co prawda kiepsko, ale dużo mówił, sprytnie przypisując sobie sukcesy drużyny. W powszechnej opinii był królem boiska.
Ukształtowany w młodości charakter często w dorosłym życiu się nie zmienia.
Piszę o moich obserwacjach, bowiem i w branży spotykam takich „królów piaskownicy”. Zwykle dużo mówią o sobie i, nawet jeśli to niekoniecznie do końca prawda, słuchacze odnoszą wrażenie, że ich interlokutor to wybitna jednostka.
Po takich opowieściach pewnego branżysty odwiedziłem jego zakład. No cóż… ani specjalnie wyposażony, ani świetnie zorganizowany. Realizacje raczej nieduże, a gdy przejrzałem Internet w poszukiwaniu opinii, najwięcej znalazłem takich z serii „unikać”. Podczas wizyty, w rozmowie przekonałem się, że mój rozmówca ma spore braki w wiedzy: kamieniarskiej, znajomości rynku i zarządzania firmą.
Królów piaskownicy można odnaleźć też wśród dorosłych dzieci dobrych kamieniarzy. Odziedziczony zakład i przekonanie o swojej doskonałości przy braku wcześniejszego zainteresowania pracą rodzica, to prosta droga do doprowadzenia dobrego zakładu do ruiny.
Znam też inny przypadek. Duża, dobra firma zatrudnia na stanowisku zarządzającego młodego człowieka niezwiązanego wcześniej z kamieniarstwem. Dobrze wykształconego i z doświadczeniami w innych branżach. Ale niestety z zespołem cech króla piaskownicy. Chętnie opowiada. Ale głównie o swojej doskonałości. No, może trochę o doskonałości swojej firmy. Ba! W rozmowie staje się agresywny, jeśli tylko ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości co do informacji wyłaniających się z jego słowotoku.
Przez pryzmat doświadczenia mogę przewidzieć, że ten człowiek zderzy się brutalnie z rzeczywistością. Brak doświadczenia w kamieniarstwie będzie brzemienny w skutki. Zrazi do siebie ludzi, nastąpią błędy w zarządzaniu i zaczną się problemy. Jego firma to poważny zakład, więc właściciel w końcu zrezygnuje z takiego pracownika.
Ten pewnie znajdzie inną pracę, bo w rozmowie kwalifikacyjnej będzie opowiadał o swoich sukcesach. I znowu będzie „królem piaskownicy” – tyle, że na sąsiednim podwórku.
– Mamy setny numer Kuriera. Rozumiesz? Setny numer. Napisz coś fajnego – powiedział mi Darek dwa tygodnie temu. Jak usłyszałem „sto”, „setny numer”, „setka”, pomyślałem, jakiż piękny i wdzięczny temat. Kamieniarz i setka – kto by nie znał miliona anegdot i opowieści. W końcu spuścizna Himilsbacha i wielu mniej czy bardziej anonimowych postaci w tym fachu zapełniłaby niejeden felieton. Ja sam po blisko trzydziestu latach pracy w zawodzie znam bez liku historii bardziej lub mniej śmiesznych, w których temat „setka” jest wspólnym mianownikiem. Ten koncept długo mi chodził po głowie: napisać coś śmiesznego, lekkiego – w końcu wakacje za pasem. Obiecuję, że felieton ten powstanie. Ale trochę później, bez specjalnej okazji. Po prostu jako zwykła opowieść.
Dzisiaj chcę napisać to, co chodzi mi po głowie jeszcze dłużej, a co skrystalizowało się od momentu otwarcia technikum kamieniarskiego w Strzegomiu. Jako, że kibicuję ze wszystkich sił takim działaniom i wierzę w ich głęboki sens, za pośrednictwem Kuriera Kamieniarskiego kreślę kilka słów do przyszłych uczniów tej szkoły, a jednocześnie do nas wszystkich.
Drodzy adepci znamienitego fachu kamieniarskiego!
Wasz starszy kolega, który ma zaszczyt zwrócić się do Was, miał szansę poznać ten zawód w jednym z najlepszych Liceów Plastycznych, potem dokształcić się na studiach wyższych w pracowni rzeźby
prof. Tadeusza Wencla. Moje szczęście polegało na tym, że miałem okazję poznać świetnych fachowców i genialnych kamieniarzy, którzy przechowali znakomity warsztat i umiejętności będące kontynuacją kilkusetletnich tradycji rzemieślniczych. Widzę dzisiaj siebie jako młodego chłopaka, który jedzie do Berlina przekuwać kamień na elewacjach Landtagu Brandenburgii, i łza się w oku kręci… Policzyłem wtedy, że muszę przepracować 3 dni, żeby mi się bilet zwrócił – pracowałem prawie rok. Wróciłem, bo by mi studia przepadły. To, czego się nauczyłem od moich znakomitych kolegów, procentuje w całym moim życiu.
Wy dzisiaj, mając kilkanaście lat, stajecie w progach nowej szkoły trochę z ciekawości, trochę z rodzinnego wyboru, ale tak naprawdę mało kto z was wie, co go tu spotka. Chcę wam opowiedzieć historię, która może być Waszym udziałem. Ten zawód ma tysiące lat historii, we wszystkich kulturach, krajach i kontynentach. Kamieniarze są ojcami wszystkich budowlanych zawodów, z nich wywodzą się architekci, inżynierowie, konstruktorzy, murarze i inni budowlańcy. Kamień jest tworzywem unikalnym, jest go tyle, ile jest i go nie przybędzie, chyba, że spadnie z kosmosu na ziemię. Wszystko co buduje się na Ziemi, pochodzi z kamienia i do ziemi wraca, gdy nie jest już potrzebne. Będąc kamieniarzami, skalnikami stajecie się strażnikami Ziemi, tak jak rolnik, który tę ziemię uprawia czy leśnik, który dba o życie w terenach zielonych. To wstęp do metafizyki, która będzie Wam towarzyszyć całe życie.
1. Granit
Nie bądźcie jak granit, twardy, trudny, bezkompromisowy. Pompatyczny i błyszczący, twardy i nieustępliwy. Pyszny i dumny, zarozumiały i wspaniały. Ta skała jest niezwykle trudna i niewdzięczna, w wielkim trudzie wydobywa się z niej kształty i detale, a jednocześnie perfekcyjna. Kamień ten daje pieniądze, daje perspektywy, ale w ludzkim wymiarze jest zimny i bezlitosny, nie wybacza błędów, wymaga siły i energii, wszystko, co osiągniesz, będzie kosztować Cię naprawdę wiele. Granit jest jak narkotyk, wciąga jego doskonały poler, jego perfekcyjne właściwości, to kamień, którego jakość oszałamia, nie ma wad i jest niezwykle zaborczy. Nie znosi konkurencji, nie lubi być zestawiany z innymi gatunkami kamienia. Bycie granitem oznacza dostatnią i władczą samotność. Nie bądźcie jak granit…
2. Marmur
Nie bądźcie jak marmur. To kusicielka i czarodziejka. Omota Was swoim urokiem, kolorami, nieprawdopodobną wolnością barw i odcieni. Ten kamień zawróci w głowie każdemu jak młoda dziewczyna, każdy musi się w niej zakochać, a potem umierać przy rozstaniu. To miłość, która wyniszcza, gwałtowna i ryzykowna, a jednocześnie dająca największą satysfakcję. Ci, którzy przetrwali, są mistrzami świata, żaden kamień nie daje tyle radości i nie jest tak spektakularny. Problem jest tylko w tym, że ten kamień jest jak „femme fatale” – wszyscy ją kochają, ale nikomu nie daje szczęścia.
Żaden kamieniarz nie przestanie kochać marmuru – jeżeli wytrwa, kamień ten odpłaci mu wszystkie wyrzeczenia i porażki. Jeżeli będziesz marmurem, dasz ludziom piękno, emocje, miłość, a jednocześnie udrękę, nienawiść i pogardę. Być marmurem to wyzwanie dla najlepszych, to Himalaje...
3. Piaskowiec
Bądźcie jak piaskowiec, cichy i pokorny. To kamień, który nie znosi hałasu, nie lubi zachwytów, stroni
od mody i snobów. To opoka, na której zbudowano bez mała świat cały, od Australii, przez Azję i Europę, aż do Ameryki. To jedyny kamień, który nie „czaruje”, jest taki sam na ścianie w złożu, jak i na ścianie elewacji w wielkim mieście. Jego kolory to kolory ziemi, to nie jest eksplozja barw marmuru czy pomruk granitu. To kamień, którego nie widać, to kamień, który jest wokół nas tak zintegrowany, że przestaliśmy go zauważać.
Piaskowiec jest jak starszy brat, wyrozumiały, opiekuńczy, wybacza wybryki i ekscesy, a jak trzeba, to jeszcze posprząta. Kamieniarz to młodszy brat piaskowca, zawsze chciałby nowych doświadczeń, ale na końcu okazuje się, że najlepiej w rodzinie. To kamień, który da Wam w tym zawodzie to, co jest najważniejsze: cierpliwość, wytrwałość, spokój i satysfakcję. To kamień, który nie oszołomi Cię jak marmur, nie zawróci w głowie jak granit, ale zapewni Ci nieśmiertelność. Jeżeli popatrzysz na najwspanialsze budowle naszej cywilizacji, to skonstatujesz, że powstały z piaskowca. Czy to katedra z Kolonii, czy Zamek Warszawski, czy Stonehenge... Wszystkie powstały z piaskowca. Dobrze, Akropol w Grecji jest z marmuru, ale po prostu nie mieli piaskowca! Bądźcie jak piaskowiec, wytrwali, pokorni, słuchający ludzi i historii.
Bycie kamieniarzem to lekcja dumy i pokory, to niekończąca się potrzeba poznawania wiedzy, umiejętności i pogłębiania kompetencji. To bycie jak piaskowiec, bez fajerwerków, bez fanfar, spokojnie i stale do przodu, to bezustanne mocowanie się z przeciwnościami i duma z kontynuacji unikalnych umiejętności i wiedzy przodków. A najlepsza nagroda spotka was po wielu latach. Tak jak starzeje się piaskowiec – z godnością i „po ludzku” – tak Wasze doświadczenie i wiedza da Wam uznanie i podziw. Piaskowiec starzeje się „ludzką miarą”, ludzie starzeją się razem z nim. Patyna czasu osiada na kamieniu i go utwardza. Ta sama patyna spowoduje, że Wasz życiowy wybór będzie niezniszczalny.
Bycie kamieniarzem to nie tylko zarabianie pieniędzy, chociaż to jest bardzo ważne. To wstąpienie do elitarnego klubu ludzi w pewien sposób nieśmiertelnych. Jeżeli wykorzystacie szansę, będziecie najlepsi. Będzie wykonywać elementy kamienne, które będą cieszyć oczy ludzi przez setki i tysiące lat.
Niewiele jest zawodów, które dają taką szansę. Bądźcie mądrzy i wytrwali, dbajcie o zdrowie i bliskich. Historia czeka na Was.
Nie wierzę w to, co zobaczyłem na zdjęciu w poprzednim numerze Kuriera Kamieniarskiego!
Rzeźba Atlasa w Opolu to szczyt wszystkich szczytów. Jak tak można?! Kto to puścił do realizacji w miejscu publicznym? A może to prowokacja pewnych środowisk? Czy aby nie powinna polecieć za to czyjaś głowa?
Darujcie, że nie będę się zniżać do opisu tej rzeźby, ale sami macie oczy, więc widzieliście, jak Was potraktował twórca i szanowny urząd. Czy ktoś pamięta, że rzeźba w miejscu publicznym to obiekt szczególnej troski, to efekt prac, które uwzględniają jej położenie, ukazywane treści, sposób ich prezentacji, odbiór społeczny? To nie krasnal w ogródku czy skurcz teściowej, tylko forma ustawiona z konkretnego powodu. To wspólna odpowiedzialność artysty, który ją zrobił, i urzędników, którzy wydali pozwolenie na jej postawienie i odsłonięcie.
Jeśli ktoś dał... plamę, to plama bruka wszystkich, którzy w tym uczestniczyli. Tu widać wyraźnie, że plamę dali wszyscy…. Rozumiem, że i w tej materii jest pewna różnica: czy się jest z przodu, czy raczej z tyłu – i czy ostatni będą pierwszymi – ale dlaczego w ogóle to pokazywać i ustawiać na wieczną rzeczy pamiątkę?! Przynosi to komuś chwałę?
Przed wojną było coś takiego jak etyka urzędnika państwowego. Po czymś takim dobra praktyka w tym względzie nakazywała złożyć dymisję z zajmowanego stanowiska. Skoro odpowiedzialny urzędnik nie podołał swoim obowiązkom, to żegnał się z urzędem i karierą. Proste. Teraz jest inaczej: bycie nieudacznikiem to powód do chwały. Im głupszy, tym bardziej wierny. A szukanie winnych poza sobą samym to jedyny sposób na poradzenie sobie z problemem.
Czy jest na to rada? Czas sięgnąć do jeszcze jednej mądrości z minionych czasów: wystarczy, że każdy zamiecie tylko przed swoim domem, a wtedy cała ulica będzie już czysta.
#RafałFrankiewicz #rafalfrankiewicz
Oto i mamy wydanie jubileuszowe Kuriera Kamieniarskiego – setny numer. Przy tej okazji naszły mnie spostrzeżenia, jak duże znaczenie w naszym życiu mają równe liczby. Zaczyna się od świętowania pierwszego miesiąca życia, potem roczek, osiemnastka. Dalej obchodzimy rocznice urodzin, ale z wiekiem już tylko dziesięciolecia. Osobiście też w tym roku zaliczyłem kolejną dziesiątkę.
Ale nie tylko równe liczby z systemu dziesiętnego mają dla nas znaczenie.
Przywiązanie budzą też takie liczby jak na przykład 7. Lubimy wyznaczać sobie cele i zwykle na ich realizację wyznaczamy sobie konkretny czas. Zwykle też są to jakieś równe liczby. I tak wpadamy w spiralę gonitwy, która często doprowadza nas do krańcowego zmęczenia.
Nie uważam jednak, że hiszpańska „mañana” jest lepsza. Kiedyś czytałem o starym eksperymencie, w którym na taśmie produkcyjnej pozwolono ludziom decydować o szybkości pracy taśmy. W pierwszym okresie pracownicy ustawili prędkość taśmy na dużo niższej wartości niż ta, jaka była ustawiona wcześniej. Jednak z czasem sami pracownicy zaczęli ją podnosić. Wynagrodzenie było akordowe, więc sami chcieli zarabiać więcej. Ale dopasowanie prędkości pracy do odczucia pracowników okazało się zbawienne. Finalnie prędkość pracy była wyższa od zakładanej.
W tym momencie zapewne zgodzą się ze mną biegacze. Czasem trochę wyższa lub trochę niższa prędkość biegu bardziej nam odpowiada i wywołuje mniejsze zmęczenie, podnosząc szansę na ukończenie biegu w dobrym czasie.
Wracając do pracy. Zmęczenie zwykle przekłada się na wzrost liczby błędów, co może kosztować sporo więcej niż lekkie zmniejszenie tempa. Oczywiście każde zadanie musi mieć jakiś graniczny termin, ale przykładanie specjalnego („magicznego”) znaczenia do równej liczby w mojej opinii to błąd. „Te płyty muszą być wypolerowane na godzinę 14.00 i ani minuty później.” Wszystko jest w porządku, jeśli czas technologiczny potrzebny na ich polerowanie jest krótszy. Jeśli jednak termin jest „na styk”, pojawia się zmęczenie i mogą powstać kosztowne błędy. Może warto powiedzieć „około 14-tej”?
Oczywiście w kontekście działalności nie o wszystkim możemy decydować. Na każdej budowie wyznaczone są terminy, ale zanim podpiszemy umowę, dokładnie przeanalizujmy możliwości jej dotrzymania, przyjmując margines czasowy na nieprzewidziane zdarzenia. A przede wszystkim na proste zagadnienie, jakim są możliwości pracowników. Chyba dziś to najlepszy moment, by o tym przypomnieć – parę dni temu afrykańskie upały pokazały, że nie wszystko można mieć pod kontrolą i warto mieć margines bezpieczeństwa.
Wracając do traktowania w specjalny sposób liczb. Nasze jubileuszowe, setne wydanie, z innej perspektywy lub innym systemie wydawać się może po prostu kolejnym numerem, równie ważnym jak każdy inny. Przykład? Komputery działają w systemie szesnastkowym. Tu wyjątkowe mogłyby być liczby F i FF (po konwersji na system „nasz” dziesiętny odpowiedni 16 i 256). Natomiast dziesiętna liczba 100 miałaby szesnastkowy zapis „64”. Do tego jeszcze dochodzi system binarny, czyli zero-jedynkowy. System, który najprościej zrozumieć tak: albo coś jest albo tego nie ma. Tu zapis liczb jest ciągiem zer i jedynek, ale i tak tego systemu używamy w życiu najczęściej: każda życiowa i codzienna decyzja to „zrobię to” lub „nie zrobię tego”.
Dlatego każdy kolejny numer Kuriera Kamieniarskiego, podobnie jak bieżący i wszystkie poprzednie, będę traktował tak samo, przyjmując system zero-jedynkowy: każde kolejne wydanie, nad którym pracuję, jest ważne. Tak samo ważne – niezależnie czy ma numer 100 czy 126.

Odkąd usłyszałam, że e-zwolnienia zastąpią druk L4, przyszła mi do głowy myśl, czy rzeczywiście internet zastąpi kiedyś papier i druk tradycyjny. Niewątpliwie istnieją obszary, w których e-druki mogą uprościć życie, a marzeniem byłoby oczywiście, żeby tak działały urzędy. Choć myślę, że są też przeciwnicy tej rewolucji.
Myślę, że taka zmiana nie dotyczy zupełnie świata reklamy – promowania produktów, usług czy firm. By dotrzeć do klienta, trzeba się reklamować poprzez różne media, bo nigdy nie jesteśmy w stanie stwierdzić, skąd i kiedy klient do nas przyjdzie – przyjdzie, jeśli będzie miał potrzebę, a jak ją będzie miał, to skojarzy to z tym, co już kiedyś widział. Podchodzę do tematu subiektywnie i uważam, że druk jest niezastąpiony w przekazie, przynajmniej tym reklamowym.
Jestem trochę sceptyczna wobec opinii, że reklama w internecie „jest lepsza i skuteczniejsza”. Zastanawia mnie, czy głoszący ją rzeczywiście dogłębnie zbadali tę formę dotarcia do odbiorcy, czy badania przeprowadzili w różnych grupach docelowych i czy zrealizowane to było długofalowo czy jednorazowo.
W dobie internetu papier wciąż odgrywa znaczącą rolę w sprzedaży i promocji wielu gałęzi przemysłu.
Dzisiaj to nadal najprostsza metoda dotarcia do klienta, a przede wszystkim budowania świadomości i dostarczania informacji. Trafimy do Kowalskiego z os. Kwiatowego z ofertą „drzwi na wymiar”, reklamując się właśnie w gazetce osiedlowej czy poprzez ulotkę. Kowalski nie znajdzie wcale naszej firmy, szukając „drzwi” w wyszukiwarce Google. Wzbudzanie świadomości marki w głowie klienta jest potrzebne, a jak potrzeba się pojawi, to odpowiedź już będzie gotowa. Jeśli Kowalski będzie miał potrzebę, przypomni sobie właśnie o naszej firmie z ulotki. Dlatego tak ważna jest właśnie wielotorowa informacja.
Druk to reklama, jak reklama – to drukowana.
A co z samą reklamą? Zdania na temat reklamy w druku i w mediach branżowych bywają podzielone. Jedni uważają, że to przeżytek, że taka reklama trafia do kosza i jest to strata pieniędzy, bo nikt już tego nie czyta, i że rządzi nami internet. Drudzy mają zdanie przeciwne – uważają, że od-biorcy czerpią z drukowanych reklam inspirację i wiedzę oraz poznają nowe produkty, a ci, co się reklamują, mają pewien obraz odbiorcy.
Klient może się pojawić w najmniej spodziewanym momencie. Ostatnio miałam okazję rozmawiać z firmą, która zareklamowała się po raz pierwszy, bo była sceptyczna w tym temacie, i okazało się, że przyszedł klient, który był zainteresowany zakupem najdroższej maszyny – właśnie z tej reklamy. Wcielę się w rolę takiej firmy i spróbuję zadać sobie te pytania: czy jako dostawca artykułów lub usług mogę mieć pewność, że rzeczywiście wszyscy klienci znają mnie i moją ofertę? Czy zrobiłam wszystko, czy mnie odwiedzili na targach, czy widzieli moje produkty na stoisku – a jeśli ominęli moje stoisko przypadkiem, to jak się o mnie dowiedzą?
Pozostają tutaj w sumie trzy drogi – albo zapytają kogoś z branży (prawdopodobieństwo, że padnie akurat nazwa mojej firmy, jest małe), albo znajdą moją firmę przypadkiem w internecie po słowie, frazie, w wyszukiwarce, albo będą szukali w kata-logach targowych, gdzie jest moja reklama, w magazynach, na ulotkach, w newsletterach, wiadomościach. Czy wykorzystałam w tym przypadku każde źródło?
Dobry druk plus odpowiednia reklama działa natychmiast albo po jakimś czasie. Ma spełniać jedną funkcję: przyciągnąć uwagę odbiorcy, by się zatrzymał, zapamiętał nazwę, logo, brand lub inny charakterystyczny element. Dobrze jest mieć coś drukowanego na półce, do czego można w każdej chwili wrócić.
Jedno jest pewne, jeśli chodzi o media i prasę – to one są źródłem wiarygodnej informacji dla publikacji w internecie.
To właśnie tradycyjne media wywołują dyskusję i pomagają wyłonić to, co najistotniejsze w danej sprawie. Internet to z kolei szybkość przekazu, a jednak przez miliony informacji, jakie pojawiają się globalnie, ciężko wyłonić to, co najistotniejsze. Można to porównać do firm, których są tysiące, a mimo tego znalezienie w internecie konkretnego, często nowego dostawcy może być ciężkie.
Dlatego tak ważne jest to, by wyróżniać się dodatkowo w druku tradycyjnym. Odbio
rcy chcą czytać i chcą mieć dostęp do sprawdzonych źródeł. I myślę, że nie należy się obawiać o upadek ani druku, ani powiązanego z tym przekazu reklamowego.
Niniejszy felieton – pierwotnie i w rozszerzonej wersji – ukazał się w Gifts Journal Polska pt. „Digitalizacja a druk – zmierzch czy świt papieru” (nr 1(65)/2019, str. 26). Przedruk i skróty za zgodą autorki.