
Tym razem temat felietonu znalazłem w swoim mieście Opolu. Jest w nim miejsce na Starym Mieście, które niedawno wróciło do opolskiej „galerii miejsc szczególnych”. To Wzgórze Uniwersyteckie znajdujące się dwie przecznice na wschód od Rynku. Choć może tego nie widać na pierwszy rzut oka, jest ono najwyższym punktem miasta wznoszącym się na 165 m n.p.m., a jego historia ma już 1000 lat.
Ideę zagospodarowania tego miejsca opracował pod koniec lat 90-tych ówczesny rektor Uniwersytetu Opolskiego, a obecnie kustosz Wzgórza Uniwersyteckiego, profesor Stanisław Nicieja. Profesor jest znany Opolanom z wielu działań mających na celu zachowanie dla potom-nych pięknych reliktów przeszłości, często zasługujących na miano wyjątkowo cennych zabytków. W ramach tej koncepcji na Wzgórzu znalazło swoje miejsce wiele kamiennych eksponatów, większość po pieczołowitych renowacjach. Są to między innymi: kolumna Maryjna, figury św. Krzysztofa i św. Wojciecha, pomnik Peregryna z Opola czy barokowy zespół rzeźb Cztery Pory Roku.
Natomiast w Polsce Wzgórze Uniwersyteckie pewnie bardziej znane jest ze Skweru Artystów, gdzie stoją rzeźby przedstawiające polskich artystów związanych z Krajowym Festiwalem Polskiej Piosenki. Są tu pomniki tak znanych postaci jak Czesław Niemen, Marek Grechuta czy Agnieszka Osiecka.
Parę dni temu odsłonięto kolejną rzeźbę przedstawiającą Atlasa. Atlas to mityczny tytan, którego Zeus skazał na dźwiganie nieba, za to, że podjął walkę z bogami o panowanie nad światem.
Odsłonięta rzeźba ma dość skomplikowany rodowód. Profesor Stanisław Nicieja kupił w Niemczech niekompletną rzeźbę Atlasa. Nie miała rąk ani nóg, nie było też kuli ziemskiej. Z pomocą przyszedł doświadczony rzeźbiarz i konserwator Rafał Rzeźniczek, który dorobił Atlasowi brakujące elementy. Na kuli umieszczono z jakiegoś powodu napis Uniwersytet Opolski.
Pewnie zastanawia Was, dlaczego w felietonie opisuję pomnik, który, chociaż powstał w dziwny sposób, to nie jest wyjątkowy. Jego odsłonięcie też nie było wyjątkowe.
A jednak. Po uzupełnieniu rzeźby o brakujące elementy okazało się, że ze względu na gabaryty i wagę kuli całość jest niestabilna. Realizacje mające taki problem znane są od starożytności. I zawsze rozwiązywano je w prosty sposób tworząc element wzmacniający konstrukcję. W przypadku Atlasa dodano słupek, o który wsparto rzeźbę specjalnym prętem. Jednak zabrakło przy tej okazji wyobraźni...
Rzecz w tym, że połączenie rzeźby ze słupkiem stabilizującym wykonano w bardzo niefortunnym miejscu. I na dodatek ów nieszczęsny pręt mocujący jest dobrze widoczny dla obserwatora. W tym kontekście utrudzona i zbolała mina Atlasa nabrała zupełnie nowego odniesienia.
Żyjemy w czasach bardzo łatwej komunikacji i na reakcje w internecie nie trzeba było długo czekać. Zdjęcia rzeźby szybko pojawiły się w różnych miejscach opatrzone dosadnymi komentarzami. Większości z nich nie przystoi cytować.

Błąd, jaki popełniono, może zdarzyć się również w toku normalnej, nie artystycznej pracy. Widziałem już zdjęcia realizacji budowlanych czy nagrobkowych, które oglądane pod pewnymi kątami wywołują skojarzenia odległe od tematu realizacji lub nadają zupełnie inny kontekst obiektowi, na którym powstały.
Warto więc przed ostatecznym wykonaniem danego projektu czy zlecenia przyjrzeć mu się dokładnie i pod różnymi kątami. Może uda się uniknąć kłopotliwych komentarzy.

Jest takie kluczowe dla współczesnych firm hasło: „nie wystarczy coś wyprodukować – trzeba to jeszcze sprzedać”. Z tego powodu powstał marketing.
U nas w branży niestety zwykle kojarzony wyłącznie z reklamą. Cała filozofia sprzedaży sprowadza się do schematu: jakaś reklama, ulotka, mailing i handlowcy – ci w firmie i ci w samochodach. Brak jest całościowych koncepcji obejmujących produkty, sposób promocji i system sprzedaży. No i mało jest firm, które budują wizerunek. Czy ktoś kiedyś słyszał hasło: „a ja to mam kominek od firmy X”?
Wydając pieniądze na dość luksusowy materiał, klienci w dużym stopniu chcą się dowartościować. Albo pochwalić się przed rodziną czy znajomymi. Oczywiście są tacy, dla których argumentem jest trwałość czy jakość, ale próżność to cecha wszystkich ludzi i do tego potrzebne jest poczucie, że to, co kupili jest z „górnej półki”.
Czy współcześnie ktoś, chcąc się pochwalić sąsiadowi, powie: „kupiłem Dacię”? Co innego, jeśli w garażu zaparkował Mercedesa S czy Porsche.
Zwykle nie zdajemy sobie sprawy, jak w niektórych przypadkach funkcjonują firmy odnoszące duże sukcesy rynkowe. Ciekawym przykładem są firmy zwykle kojarzone z modą: Armani, Gucci, Dolce & Gabbana, Versace.
Jakie macie skojarzenie – górnopółkowa moda. Fakt – garnitur od Gucciego to wydatek około 10 tysięcy złotych, jeśli jednak będzie to ubranko szyte na zamówienie, to cena może być dowolnie duża – najskromniej kilkadziesiąt tysięcy dolarów. I to z tych najdroższych ubrań prezentowanych na wybiegach modowych znamy te marki.
Łatwo jednak zauważyć, że sprzedaż takich produktów jest mała, a dochody w stosunku do wielkości firmy niezbyt okazałe. Koszty promowania, udział w pokazach mody, wyszukane reklamy telewizyjne na całym świecie – to bardzo duże pieniądze.
Według mnie ze sprzedaży tych najdroższych produktów takie firmy nie miałyby szans na utrzymanie się.
Jednak zbudowanie marki, pozwala na sprzedaż z dużą marżą produktów, niewymagających od klientów tak dużych nakładów finansowych.
Pewnie większości z nas nie stać na szyty na zamówienie garnitur od Armaniego. Ale woda toaletowa (200-300 zł), t-shirt (250-450 zł) czy chociaż bokserki (150 zł za dwupak) są już w naszym zasięgu.
Właśnie te produkty są sprzedawane masowo. I chociaż w porównaniu do cen produktów nie-markowych są drogie, to chętnie są kupowane i zapewniają ogromne dochody pozwalające na kontynuowanie promocji marki. To system genialny w swojej prostocie.
W naszym kamieniarstwie brakuje firm, które zbudowały lub budują markę, choćby lokalnie. Markę, która będzie promowała się wyrafinowanymi realizacjami, designerskimi projektami, ultradrogimi materiałami – po to, by wykształcić u klienta chęć posiadania czegoś sygnowanego marką, którą można się pochwalić. Wtedy blat kuchenny – z dyskretnym, znanym logo, o wartości 3000 złotych – da się sprzedać za 9 tysięcy.
Czy w ogóle w kamieniarstwie ktoś poszedł tą drogą? Niewielu, ale są pozytywne przykłady.
Wszyscy w branży znamy firmę Antolini Luigi. Fantastyczny „show room”, bajeczne ekspozycje targowe (zwłaszcza w Weronie) i dopracowane reklamy wizerunkowe. W ofercie stoliki i płyty wykonane z kamieni półszlachetnych często uzupełnionych kamieniami od Swarovskiego, za równie wyszukane ceny. Podobnie jak firmy, o których pisałem wcześniej, sprzedają również zwykłe materiały po cenach raczej niekonkurencyjnych.
Warto przemyśleć te przykłady i zastanowić się, czy nie przekształcić swojej firmy w ten sposób. Może i w Polsce będzie można wkrótce zobaczyć parapety od kamieniarskiego Armaniego.

Pewnego dnia znalazłem na dywanie taki patyczek. Patyczek jak patyczek, nie za duży, ale do gryzienia się nadawał. Potem Pan coś krzyczał o jakimś rysiku i tablecie. Nie rozumiem, co ma wspólnego patyczek na dywanie z deseczką na biurku, ale Pan warczy na mnie, jak podchodzę do komputera. Dlatego długo nie pisałem. Ale udało mi się niepostrzeżenie wkręcić przed klawiaturę, więc podzielę się tym, co widziałem ostatnio.
Pan jechał na jakąś dużą budowę i zabrał mnie ze sobą. Było ciekawie, chociaż trzeba było uważać, bo wszędzie leżały jakieś metalowe kawałki i gruz, a ja przecież nie mam nic na łapach. Pan rozmawiał z jakimś eleganckim człowiekiem, a ja obserwowałem ludzi, którzy zajmowali się tym, co interesuje Pana, czyli kamieniem. A na tej budowie było tego dużo.
Wszystko wyglądało na gotowe, ale widocznie coś było nie tak, bo wszyscy wyglądali na bardzo zajętych. Jeden z kawałków kamienia na podłodze faktycznie wydawał się jaśniejszy od innych. Więc ci bardzo zabiegani ludzie, którzy byli ubrani w jednakowe, niebieskie ubranka, chodzili we wszystkich kierunkach, co chwila przystając i oglądając coś pod nogami. Wyglądali jak gołębie na trawniku pod domem Pana.
W końcu jeden z nich przyniósł taką puszkę i zaczęli smarować czymś, co bardzo śmierdziało, ten jaśniejszy kawałek. Ciekawe, bo faktycznie zrobił się ciemniejszy i wszyscy zaczęli być mniej nerwowi. Chyba jednak na krótko, ale o tym pewnie dowiedzieli się później – podobnie jak i ja. Po tym, jak wlazłem na tę płytkę, moja łapa też zrobiła się ciemniejsza, jednak po dwóch dniach była już normalna.
Na budowie poszedłem za jednym z tych ludzi w niebieskim ubranku. Podszedł on do ściany, na której też był kamień. Okazało się, że jedna płytka miała urwany narożnik i ten narożnik leżał obok, na ziemi. Znów pojawiła się puszka – tym razem była niebieska, a zawartość gęstsza niż moja zupa, ale równie śmierdząca.
Człowiek posmarował kawałek tą śmierdzącą zupą i przyczepił do ściany. Nawet nie było widać gdzie. Tylko też pewnie niezbyt długo. Bo chciałem to obwąchać i ubrudziłem nos, do którego potem przykleił się jakiś okruch kamienia i zaraz odpadł, a na drugi dzień śladu nie było.
Pan pił kawę, a ja tak łaziłem za tymi ludźmi z jednego miejsca na drugie i patrzyłem, jak oni zmieniali te kamienie. Mieli sposoby na wszystko. Zarysowany kawałek też był smarowany, ale tym razem czymś przezroczystym, a potem taka hucząca maszyna zrobiła to miejsce zupełnie gładkie. Ciekawe, że żaden kawałek kamienia, nie był zamieniony na inny – tylko puszki ze śmierdzącą zupą były co chwilę inne.
Potem zebrała się większa grupa takich eleganckich. Wszystko oglądali, a na koniec podawali sobie łapy i podpisywali jakieś papiery.
Jak to obserwowałem, to mi zaświtała taka myśl, że to strasznie podobne do mojego przyzwyczajenia. Pan wyprowadza mnie na spacery również po to, żebym załatwił swoje potrzeby. I wiecie co? Zawsze po tym, jak coś nabrudzę, to obracam się i staram się zakopać. Wiem, że to nic nie daje, ale to odruch – zostało po dzikich przodkach, którzy zacierali po sobie ślady. Dopiero jak Pan sprzątnie po mnie, sprawa jest rozwiązana.
Wiem to, ale i tak zakopuję. Ci ludzie chyba też tak mają, ale wątpię, czy po przodkach. Przecież ten ich szef widział, co robią i na koniec poszedł do nich i też im podawał łapę. Mówił też coś o premii. Nie wiem, co to premia, ale chyba jakiś smakołyk.
Mój pan jakoś nie daje mi smakołyków za marne próby zakopania tego, co zostawiam na trawniku. Pewnie gdybym zakopał to skutecznie też mógłbym liczyć na jakiś supersmakołyk.

Macie na pewno tak samo. Wizyta u szwagra, dobre jedzenie, zimne napoje, dyspensa od żony, wszystko się układa, atmosfera biesiadna, aż tu nagle kop pod stołem taki, że Lewandowskiego znieśliby na noszach. A tu nawet odezwać się nie można, a o symulacji mowy nie ma. I tylko wzrok błagalny: „za co mnie kopiesz, kochanie?!”. Odpowiedzi zazwyczaj są trzy: za to, że miałeś pić po pół kieliszka, a pijesz cały; za to, że nie chcesz wyjść, bo dawno szwagra nie widziałeś; a przede wszystkim za to, że się mądrujesz na każdy temat i pieprzysz od rzeczy.
To mędrkowanie – tak jak narzekanie – to nasza specjalność narodowa. Co rusz spotykam prześwietnych znawców medycyny, prawa, architektury, szkolnictwa, budownictwa itd. Kiedy te głupoty plecie się w okolicznościach gastronomicznych, to nie ma się czym przejmować. Gorzej, gdy dzieje się to podczas oficjalnych spotkań, zjazdów albo w publikacjach prasowych. Wtedy to jest już problem, można się pogubić, kto fachowiec, a kto pozuje na „supereksperta”.
Pracowałem kiedyś w Berlinie. Mieszkałem z kolegą i z panem Stanisławem, który był od nas znacznie starszy. Pan Stanisław wiedział wszystko, znał wszystko i na każdy temat miał swoje eksperckie zdanie. Któregoś dnia z pewnej gazety wyjęliśmy poster z przekrojem teleskopu Hubble’a. Plakat miał prawie dwa metry długości i był świetnie wydrukowany. W niedzielę po spacerze zastaliśmy pana Stanisława nad naszym plakatem. Z miną znawcy i niekwestionowanego eksperta powiedział: „Chłopoki, jo się temu przyjrzoł i powiem wom, że dobrze to wymyślili, ale tu – o tu – toto jest niepotrzebne i można toto wyrzucić”. Ile razy widzę się z kolegą, śmiejemy się z tego do rozpuku.
Czytam naszą branżową gazetę (ale nie Kuriera) i czytam wywiad z ekspertem. Opowiada, jak to organizuje szkolenia dla architektów, na których uczy, jak dobierać spieki (sic!), szczególnie uważając na rodzaj oświetlenia. Na koniec tenże ekspert chwali się sukcesem, jak wielu ze szkolonych architektów zostało klientami jego firmy. W austriackim zaborze mówiło się na taką sytuację „hucpa”.
Bardzo lubię pracować z ludźmi, którzy potrafią powiedzieć „nie wiem, nie robiłem tego – sprawdzę, to ci powiem”. Nie wiem czemu, ale od razu nabieram zaufania do takiego człowieka: czuję, że wie co mówi, a jak nie wie, to nie mówi.
Od 27 lat pracuję w zawodzie i łapię się na tym, że jak miałem dwadzieścia parę lat, to byłem świetnym kamieniarzem, wszystko umiałem zrobić i prawie wszystko wiedziałem. A teraz coraz częściej czegoś nie wiem, coś muszę sprawdzić. Chyba głupieję.
Przeszło 500 lat temu Erazm z Rotterdamu napisał „Pochwałę głupoty”. Jakże aktualna dzisiaj jest lektura tego dzieła. Kiedy wreszcie zgodzimy się z Erazmem, okaże się że warto posłuchać głupiego, a od mądrali trzeba z daleka.
A skoro tego eksperta kopnąć pod stołem nie ma jak, to może – tak, jak wstawiamy „lajki” – trzeba wymyślić jakiegoś e-kopa?

Pomagam przy organizowaniu XXIII Zjazdu ZPBK w Łodzi. Pytacie czy warto? Odpowiem z mojego punktu widzenia: Związek to nie organizacja, która zbiera składki od swoich członków (np. 30 zł miesięcznie od takiej firmy jak moja), ale żywa grupa branżowa, która się wspiera i szanuje, daje więcej niż sama zyskuje…
To jest właśnie ZPBK!
Jest jak żyzna gleba, na której wszystko urośnie, o ile wcześniej się coś dobrego posieje. Czasem słyszę, że nie zapiszę się do Związku, bo Partię to już kiedyś mieliśmy. Ale skojarzenie jest nietrafione i to podwójnie: Partia kiedyś chciała kierować całym narodem, nie trzeba było nic robić – wystarczyło się do niej tylko zapisać, więc stąd wniosek: członkowie nic nie wnoszący – nie są w stanie też nic dać. A po wtóre: Związek to nie Partia: on nie daje niczego z góry. To członkowie są solą ziemi, to oni mogą sobie najwięcej dać, to oni w duchu dialogu z Ziemi Obiecanej Reymonta mogą powiedzieć:
– Tak, ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic.
– To razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę…
Wracając do mojego punktu widzenia ZPBK: oprę się na kilku przykładach z zeszłego roku. Ot, choćby Mistrzostwa w ręcznej obróbce kamienia. Uczestnicy targowych pokazów w kuciu kamienia zyskali więcej, niźli byliby w stanie wyłożyć z własnej kieszeni na autopromocję podczas ich trwania. Inny przykład: Święto Granitu Strzegomskiego czy Plener Dziedzictwo – oto imprezy, których spirytus movens to ZPBK. I takich ludzi jak Krzysztof Skolak, Michał Firlej, Jacek Major, Jacek Łata, Grzegorz Rębosz, Dariusz Duda i wielu innych, którzy, mam nadzieję, wybaczą mi, że ich z nazwiska tu nie wymieniłem. To ich praca na rzecz Związku, często charytatywna, jest praprzyczyną tych wszystkich wydarzeń.
Aby zachęcić do spotkania pragnę nadmienić, że nadchodzący XIII Zjazd Walny ZPBK to, oprócz spraw związkowych, okazja do poznania najświeższych prac badawczych z zakresu stosowania klejów do materiałów wrażliwych na przebarwienia. Panel poprowadzi dr Mariusz Garecki, rzeczoznawca budowlany związany z firmą Atlas. To nie koniec. Będą również prezentacje maszyn kamieniarskich z oferty firmy Mach+ oraz nowości w dziedzinie oczyszczania wody technologicznej, czyli prezentacja firmy CleanH2O. Drugiego dnia planowane jest zwiedzanie zakładów firmy Atlas w Zgierzu, wizyta w hurtowni Magma w Łodzi oraz prezentacja prac rzeźbiarzy nowo przyjętych do Związku na terenie mojej pracowni rzeźbiarskiej w Pabianicach. Tam też zostaną zaprezentowane podnośniki i dźwigi firmy BEFARD, która zyskała wiele pochlebnych recenzji na ostatniej Budmie.
Pytacie czy warto? Przyjedźcie, zobaczcie!
Serdecznie zapraszam na zjazd w dniach 5-7 kwietnia 2019 roku w Strykowie koło Łodzi. Nie trzeba być członkiem ZPBK, aby wziąć w nim udział. Ale jestem przekonany, że to spotkanie zachęci Was do wstąpienia do Związku.
#RafałFrankiewicz #rafalfrankiewicz