Felietony

Świąteczne zakupy

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: piątek, 21 grudnia 2018 10:23

97fd.png

Świąteczne przygotowania pochłonęły w ostatnich dniach sporo naszego czasu i energii. Podstawowym z nich są zakupy, w większości oczywiście spożywcze. I każdy chyba przyzna, że dokonuje się ich ze sporym nadmiarem. Bo chciałoby się i to i tamto – no i trzeba więcej, bo w drugi dzień Świąt przyjdą znajomi. Nikt nie bierze pod uwagę, że kiedy znajomi przyjdą, to będą już po dwóch dniach świętowania i namawianie ich na kolejną galaretę będzie bezskuteczne.
Wiemy to, ale i tak kupujemy.

Kiedy podczas ostatnich targów patrzyłem na ludzi szturmujących chińskie stoiska z narzędziami, to miałem wrażenie, że opanował ich już świąteczny amok. Walizki wypełnione rzepami i piłami. Siatki pękające od segmentów. A obrazek szczęśliwca niosącego do samochodu 8 kątówek na długo zostanie mi w pamięci.

Zastanawiam się, jak duży jest zysk czy oszczędność na takich zakupach. Jakiś pewnie jest. Ale uwzględniając nieznaną jakość chyba mniejszy, niż się wydaje. Kupujący szlifierki – w liczbie ośmiu sztuk – chyba tak to skalkulował: jedna szlifierka na miesiąc, czyli osiem powinno wystarczyć na cały sezon. Od znajomego usłyszałem, że takie szlifierki mają gwarancję „do-stu-dni” – jak się zepsuje, to „do studni”.
Dokonując zakupów u tradycyjnych dostawców ci sami ludzie niechętnie biorą coś na zapas. I trudno ich przekonać do większych zakupów. Dlatego nie wiem, czy wielkość zakupów na chińskich stoiskach to utrwalona z dawnych czasów tradycja kupowania chińskich narzędzi na targach, czy już przedświąteczny amok.

Drugim rodzajem zakupów przedświątecznych są prezenty. To przyjemne, gdy obdarowana rodzina lub znajomi okazują radość. Niestety brak czasu i brak rozeznania, co obdarowywanym by się podobało, powoduje, że prezenty są często nietrafione.
W zakładzie też czasem chcemy zrobić pracownikom frajdę. Zwłaszcza na Święta. Ale czy to z racji przedświątecznego zamieszania, czy z innych powodów, też często nie trafiamy.

Słyszałem o kilku fatalnych pomysłach. W jednej z firm szef chciał rzeczowym prezentem docenić jednego z pracowników. Dowiedział się, że tamten pasjonuje się fotografią – no to kupił mu aparat. Budżet był ograniczony, więc starczyło na coś w rodzaju aparatu dla pięciolatka. Pasja pracownika była poważna, więc dysponował on sprzętem z kategorii bliższej mercedesa niż roweru. Uśmiechnął się więc – bo nic innego mu nie zostało – i tylko pomyślał, że za te pieniądze miałby świetny nowy pasek do swojej lustrzanki.
W innym zakładzie szef, w ramach prezentu, pracownikowi pracującemu przy łupiarce, ufundował karnet na siłownię, a księgowej fantastyczne cyfrowe Sudoku.

Powyższe przypadki świadczą o tym, że niestety często nie znamy swoich pracowników. Nie wiemy nic o ich pasjach, marzeniach i potrze-bach. Dlaczego? Bo za mało czasu poświęcamy ludziom, którzy u nas pracują. Ktoś kiedyś powiedział, że firma to nie marka, nie budynki i maszyny – tylko ludzie. A pracownik, który wie, że szef się nim interesuje – nie tylko w kontekście efektywności i jakości pracy – czuje się dużo bardziej związany z firmą.
Dlatego życząc Wam wszystkiego najlepszego w nowym roku, życzę również poznania swoich pracowników. Gwarantuję, że będziecie zaskoczeni jak wiele mogą oni dać firmie.
Poza tym o znajomych trzeba i warto dbać.

przeczytaj cały artykuł

Dług

Autor: Michał Ziołowicz   |   Data publikacji: piątek, 21 grudnia 2018 10:15

97zio.jpg

 

W nieśmiertelnym dowcipie Mosze był winien pieniądze Ickowi. Ten go błaga i prosi: „Oddaj mi moje tysiąc złotych. Mija rok, jak miałeś oddać, kiedy mi wreszcie oddasz?” „Icek, oddam ci, jak tylko wrócę z Radomia” odpowiada pierwszy. „A kiedy jedziesz do tego Radomia, Mosze?” pyta drugi. Na to Mosze: „A nie. Nie wybieram się…”

Ile razy byliśmy w takiej sytuacji, raz jako Icek, innym razem jako Mosze… Chyba każdy z ludzi prowadzących działalność nie doświadczył przynajmniej kilka razy, co to znaczy być zwodzonym, oszukiwanym i po prostu okradanym. A pomysłowość dłużników tworzy nieskończenie długą listę historii.


Są dwie podstawowe kategorie: klienci prywatni oraz firmy i instytucje. Zacznijmy od klientów prywatnych.

1. „Na bezczela”
– Nie mam i nie wiem, kiedy będę miał. Będę miał, to zapłacę, wszystkim płacę, to i wam zapłacę. Musicie czekać i już.
To klient wbrew pozorom do szybkiej windykacji – pod warunkiem, że przyjął fakturę. Pierwsze, drugie wezwanie, sąd internetowy w Lublinie i klient sam prosi o zapłatę.

2. „Na nieszczęście”
– Pan wie jakie nas nieszczęście spotkało? – choroba, wypadek, teściowa w szpitalu i w ogóle dopust boski. Zmiłuj się pan, poczekaj pan z miesiąc, zapłacimy.
Mija miesiąc, potem drugi i nic. Nie można się dodzwonić, gość nie odbiera maili, w końcu dopadamy go gdzieś w pracy albo innym miejscu, wybucha nieziemska awantura, i to my jesteśmy winni, że oni – mimo tylu nieszczęść – jeszcze muszą nam pieniądze oddawać. Potem okazuje się, że teściowa to na badaniach była, ta choroba to tylko zwykłe uczulenie, ale trzy miesiące się zwłóczyło.

3. „Na poprawki”
– Bezustanne wymyślanie niemożności ode-brania prac. A to fuga za wąska, a za szeroka, a tu plamka na płycie, a drugi stopień ma 32 mm, a nie 30 jak reszta, itd.
W międzyczasie robi się inne prace wykończeniowe: i tak się nie da wprowadzić, to po co płacić. Jak się zorientujemy, o co chodzi, mija ze dwa miesiące, dochodzi do awantury i po przeczołganiu wreszcie klient płaci.

4. „Na rzeczoznawcę i eksperta”
– Tak jak wyżej, ale klient inwestuje w „dziadka rzeczoznawcę” albo „kolegę eksperta”.
Scenariusz podobny do „na poprawki”, z tą różnicą, że nasz perfidny klient zapewnia nas, że zapłaci natychmiast, ale jego rzeczoznawca nie podpisał protokołu i on by chciał, ale nie może.

5. „Na nagły wyjazd”
– To szczególny przypadek, ale się zdarza. Kończymy pracę, chcemy się rozliczyć, a tu okazuje się że nasz dobrodziej „musiał” pilnie wyjechać za granicę. Ktoś go oszukał, ktoś nie zapłacił i on teraz musi wyjechać, żeby zarobić i oddać. A w mieszkaniu są już obcy ludzie, którzy od oszusta to wynajęli i zapłacili za pół roku z góry. Sprawa niezwykle trudna i bez adwokata nie do rozwiązania.

6. „Na negocjatora”
– Nie zapłaciłem, bo jak zobaczyłem, jak szyb-ko wam to poszło, to myślę że, za szybko się zgodziłem z waszą ofertą. Musimy jeszcze raz to negocjować, musi pan coś opuścić.
Bardzo częste zagranie. Jest kilka dróg wyjścia z impasu, ale najczęściej kończy się, niestety, oberwaniem pewnej kwoty z należności.

Firmy, które nie płacą, najczęściej wykorzystują asymetrię w zawartych umowach, gdzie brak precyzyjnych zapisów powoduje możliwość bezkarnego przeciągania płatności. To cały arsenał możliwości, od przesuwania terminów odbioru, przez protokoły usterek, niewłaściwie wystawione dokumenty, niekompletną dokumentację powykonawczą itd. Trzeba pamiętać, by na początku budowy stać się zgłoszonym do Inwestora podwykonawcą i dopominać się potwierdzenia, a najlepiej zaparafowania umowy przez Inwestora.

W tym przypadku prawo stoi po stronie podwykonawcy. Ale są wyjątki i to bolesne.
Tak czy inaczej warto mieć znajomego adwokata, i z nim konsultować wszystkie ruchy i mieć wiarę w polskie sądy.
Osobną kategorią dłużników są instytucje państwowe. Można opowiadać o tym godzinami, w skrócie: jak chcą to zapłacą i nie ma żadnej reguły.

Ten brak płatności powoduje karuzelę zdarzeń i trudności. Sami stajemy się częścią tej patologii i bardzo trudno się z tego wyrwać. Musi się zmienić prawo – mnie podoba się pomysł płacenia podatków od zapłaconych faktur. Ale jak państwo będzie ścigać samego siebie?

Można też wzorem stosowanych już gdzieś w świecie praktyk, jako inwestor lub zleceniodawca wpłacić do banku depozyt, który wykonawca podejmuje po okazaniu dokumentów odbioru całości lub części prac. Trochę poprawia się sytuacja ze względu na brak wykonawców, ale daleko jeszcze do zadowolenia.
A na koniec, prawdziwa historia. Pewien klient, który nie chciał mi zapłacić, stale nie miał czasu, nie mógł się spotkać – w końcu stwierdził, że moje tabele z rozliczeniami są niejasne i on ich nie rozumie. Chciałby o tym porozmawiać, ale teraz nie ma czasu, więc spotkamy się w połowie stycznia.

Odpowiedziałem mu:
– Dobrze. Ale czy mam rozumieć, że przed świętami nie dostanę żadnych pieniędzy od pana?
– Tak, zapłacę jak się porozumiemy w styczniu.
– To wie pan, to bardzo dobrze. Nie będę musiał przygotowywać świąt ani wigilii. Po prostu przyjadę z dziećmi do pana. Tylko prezenty musi-my uzgodnić, bo córka ma pewne oczekiwania.
Cisza.
– Pan się skontaktuje z moimi kierownikami. Wypłacą panu pieniądze.
Podziałało. Magia świąt jest nieśmiertelna i niepokonana.

Wesołych Świąt!
Michał Ziołowicz

przeczytaj cały artykuł

W świątecznym nastroju

Autor: Rafał Frankiewicz   |   Data publikacji: piątek, 21 grudnia 2018 10:06

Niedawno, przeglądając fejsbukowe posty, natknąłem się na taki, którego Autor wszem i wobec rozgłaszał, że wykuje KAŻDĄ RZEŹBĘ…. Dodał przy tym zdjęcie rzeźby swojego autorstwa, której poziom wołał o pomstę nie tylko do Nieba, ale i do zwykłego zjadacza szynki na Święta.

Przez grzeczność zmilczę opis treści tych rzeźb i ich kompozycji, tudzież sposobu potraktowania detali takich jak dłoń czy głowa. Nie w tym rzecz, aby się tu wyżywać.
Uwagę zwrócić pragnę jedynie na coś, co za tymi słowami się kryje. Mianowicie na dobre samopoczucie Autora owego postu i bezkrytyczny stosunek do siebie i swojej pracy. Oraz brak pokory.

W czasach mojej młodości człowieka o takiej postawie określano w moich okolicach jako „kolesia z syndromem ZPZ” czyli: zajebistego poczucia zajebistości. Taki ktoś jest ponad, umie wszystko i jest jak Chuck Norris: zna encyklopedię trzynastotomową i cały Internet… Robi knoty, ale w jego ocenie są to dzieła sztuki w najczystszej postaci.

Zejście z takiego piedestału na Ziemię bywa często nader bolesne, więc nie ma się co dziwić, że niewielu jest śmiałków gotowych na taką wycieczkę. Lepiej popaść w alkoholizm i konflikty z całą rodziną i przyjaciółmi niż przyznać się – przede wszystkim przed samym sobą – że może i Bóg coś w prezencie dał, ale pracować nad okruchem talentu, by go rozwinąć, to już się nie chce...

Jako przeciwieństwo wystarczy obejrzeć prace Roberto Manzano. Znakomitego rzeźbiarza i skrom-nego człowieka, któremu marmur – przed dłutem – sam schodzi z drogi. Jego prace – pełne rozmachu i w dużej skali – cieszą oczy do tego stopnia, że widziałem już chińskie podróbki jego rzeźb. Nie był to oczywiście kunszt Arcymistrza, ale zdolne ręce chińskiego Artysty potrafiły zrobić naprawdę dużo.

Jest co prawda zauważalna różnica pomiędzy europejską rzeźbą i jej sposobem budowania anatomii, a rzeźbą azjatycką, ale – na miły Bóg – to była pewnie seryjna kopia, więc nie wymagajmy od niej arcypoziomu. Oczywiście kopie – podobnie jak oryginały – wykonane były w marmurze Sivec i przyznać trzeba, że bardzo wiernie oddawały ducha oryginałów. Nie to, co...

Właśnie! Wracając do naszego rodzimego Artysty. Życząc jemu, jak i Państwu, wszystkiego – i tylko lepszego – w te Święta i na Nowy Rok, przypomnę, co mówiono drzewiej, za czasów Polski od morza do morza: „znaj proporcja, mocium panie!”.

 

 


#RafałFrankiewicz #rafalfrankiewicz

przeczytaj cały artykuł

Na grzyby, na ryby… i w poszukiwaniu klienta

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: poniedziałek, 05 listopada 2018 01:00

Klimat nam się zmienił, co spowodowało, że miłośnicy zbierania grzybów nie mają powodów do radości. Każdemu wyjściu do lasu jednak towarzyszy nadzieja, że może jednak będą.

Też ostatnio się postanowiłem się wybrać. Ale po odpytaniu znajomych i poczytaniu ogólnych informacji, z których wynikało, że grzybów nie ma, postanowiłem swoją wyprawę podeprzeć informacjami z sieci. Okazało się, że jest tego całkiem dużo. Znalazłem ogromną liczbę stron, a na nich mapki i opisy gdzie, kiedy i w jakich warunkach grzyby znajdowano.

Nawet jest dość powszechny parametr pomiarowy zbierania: ilości grzybów znalezionych na godzinę. Ba! Znalazłem nawet naukowe i nienaukowe informacje o tym, kiedy grzyby będą.
Ciekawe były te nienaukowe: a że po pełni księżyca, a że 2 dni po występujących mgłach... I tak dalej, i tak dalej. Najlepsze w tych prognozach było to, że wszystkie napisano jak prawdę objawioną, a jedne z drugimi były sprzeczne.

Uzbrojony w taką wiedzę, w końcu zdecydowałem: „Teraz jadę i nakoszę ze dwa wiadra.”

Przyjechałem do lasu i zauważyłem, że takich mądrych jak ja jest wielu. A problemem było już zostawienie samochodu w takim miejscu, by nie wspierać datkami służb leśnych. Jak powszechnie wiadomo do lasu wjeżdżać nie wolno i rzeczone służby skrupulatnie to egzekwowały.
Efekt zbierania – według wspomnianego powyżej parametru – 3 grzyby na godzinę. Inni zbieracze biegający po lesie mieli podobne wyniki. W rezultacie wyszła niezbyt okazała jajecznica z grzybami. Chyba jednak trzeba zaczekać na deszcz i liczyć, że temperatura będzie sprzyjała rozwojowi grzybni.

Piszę o moich dokonaniach w lesie, bo przypominają mi mocno kamieniarską walkę o klientów. W tym wypadku można zauważyć podobne działania.
Część firm pomysły na pozyskanie klienta czerpie z przepowiedni, część podpiera się wiedzą.
A w sumie wszystkim brakuje najprostszego podejścia: dobra oferta, dobra obsługa sprzedażowa i opracowany system komunikacji z rynkiem.
Co do tego ostatniego, to lekko dziwi mnie jak u wielu osób wartość Internetu stała się mityczna. Jest taka stara zasada w marketingu, że 80% działań nie daje rezultatu. Ale niestety rezygnacja z nich spowoduje, że tych 20% dających zysk też nie przyniesie efektów.

Nie wierzycie? Oto kilka przykładów z życia. Rozmawiam z ludźmi – to moja praca. Proponuję reklamę w Kurierze (to też moja praca) – odpowiedź pada: „Nie, klientów pozyskuję z Internetu.” Pytam, czy spotkamy się na targach – odpowiedź podobna: „Nie, w necie jest wszystko.” Na pytanie o przyjazd na kongres kamieniarski lub inne spotkanie branży padają analogiczne słowa: „Nie, działam w sieci.”
To prawda. Internet to doskonałe narzędzie komunikacji z rynkiem, ale też potworny śmietnik, w którym pełno informacji bzdurnych i ofert oszustów. Ludzie coraz częściej to zauważają i zaczynają szukać ofert w bardziej tradycyjny sposób.

Naprawdę czasem warto pojechać na targi, spotkać się z ludźmi, zobaczyć, co pisze prasa i w tych kanałach dystrybucyjnych też zaprezentować swoją ofertę. Bo w sieci, jak to w sieci: czasem dorodny szczupak, czasem hodowlany karp, ale częściej mała płotka albo stary but i plastikowa butelka.

A propos ryb. Z grzybami nie wyszło, więc w następny weekend pojadę na ryby. Pewnie znowu poczytam w necie – czy biorą, gdzie biorą, na co i o której godzinie. Ale też porozmawiam ze znajomymi doświadczonymi wędkarzami, umówię się z nimi nad wodą i to raczej w ten tradycyjny sposób przygotuję się do wyjazdu.

przeczytaj cały artykuł

Project manager

Autor: Michał Ziołowicz   |   Data publikacji: poniedziałek, 05 listopada 2018 01:00

I nadeszła jesień… I jak co roku cała branża przypomina dom wariatów.

Kiedy wiosną wszyscy klienci uważali, że mają czas, że nie trzeba się śpieszyć z zamówieniami, kamieniarze aż piszczeli za pracą. Latem, kiedy wszystko powinno iść pełną parą, okazuje się że trudno cokolwiek ustalić i robić, bo ten jest na urlopie, ten wrócił z urlopu i nic nie wie, a ten właśnie idzie na urlop i nic nie będzie ustalał.

I nadchodzi jesień. Nagle wszyscy dostają amoku, nic nie jest zrobione, nic nie skończone, nie dostarczone, nie zamontowane, wszędzie kata-strofa.
Wszyscy gwałtownie szukają wykonawców, oczywiście najlepiej od jutra, zaraz, teraz. I tyra się tymi ludźmi od świtu do nocy, nie pomaga tłumaczenie, że ludzie mają rodziny, dzieci, że w nie-dzielę się nie pracuje, że święta są dla wszystkich. Największa groteska jest wtedy, kiedy nasz zleceniodawca doznaje olśnienia, że jeden pracownik nie położy 20 m2 posadzki dziennie, że nie ułoży 15 m2 elewacji. I wtedy się zaczyna: „Macie dłużej pracować! Dajcie więcej ludzi! Róbcie na dwie, na trzy zmiany!” Tłumaczenie, że fasady nie da się montować od środka, a posadzkę trzeba układać rzędami, na nic się zdaje.

Awantura goni jedna za drugą, telefon grzeje się od rana do nocy. I dopiero gdzieś w grudniu – albo na początku stycznia – wszystko ucicha, uspokaja się. Coś, co było „być albo nie być”, nagle przestało takim być. Kolejny nieprzekraczalny termin można spokojnie przesunąć. Jest czas żeby wszystko dokończyć, dopieścić, wycyzelować.

I w tym czasie dzieje się coś przedziwnego – budowa przechodzi do odbiorów. Nasze prace trwały dwa miesiące, a odbiory trwają trzy miesiące i więcej. Długo nie mogłem zrozumieć czemu buduje się obiekt w półtora roku, a odbiera przez pół roku. Jak zwykle powodów jest wiele. Najczęstszy to jednak niesprzedane wszystkie lokale. Czyli lepiej, żeby za ogrzewanie, prąd i ochronę płacili wykonawcy. Przeczołga się ich trochę – w końcu kto w takim pośpiechu nie robi błędów? Wytknie się jeszcze nieścisłości w dokumentacji powykonawczej i miesiąc za miesiącem zleci.

Na budowach finansowanych z budżetu lub z funduszy unijnych (najczęściej dwa w jednym), odbiory są w terminach przewidzianych harmonogramem. Tyle, że najczęściej to odbiór wirtualny, ilość prac do zakończenia jest zazwyczaj ogromna. Mija więc wiele miesięcy od odbioru do przekazania do użytkowania. Wygląda na to, że na jedno wychodzi. Taka rzeczywistość panuje od lat i nie zanosi się, żeby coś się zmieniło.

Biorąc pod uwagę trudności z pozyskaniem pracowników, będzie gorzej. Tak ja, prosty kamieniarz, to widzę i rozumiem. Ale pojąć nie mogę, czemu nie widzą tego ludzie, którzy planują inwestycje. Przeglądając planowane na przyszły rok inwestycje, trudno nie zauważyć, że decydenci tracą kontakt z rzeczywistością i możliwościami budownictwa. To, że udało się jeden czy drugi pomnik wybudować w ekspresowym tempie, nie znaczy, że ktoś wykona i zmontuje 100 trudnych, granitowych nagrobków. Do tego ścieżki i trzy bramy oraz kawałek ogrodzenia. Wszystko to w 8 tygodni. To, że nasi kamieniarze wykonują największe i najtrudniejsze elewacje w Europie nie znaczy, że wykonają 30.000 m2 bardzo trudnej elewacji na jednej budowie i to w rok.

Polak potrafi? Ja uważam, że nie.
Dzięki Bogu, już nie. Polak potrafił, bo nie miał ani wyjścia ani wyboru. Dzisiaj, szczęśliwie, jesteśmy w innej sytuacji. Szkoda tylko, że nie do wszystkich to dociera. Lub też nie chcą się z tym pogodzić. Dalej wielu ludziom się zdaje, że jak dostali władzę, to wszystko mogą, i śnią o potędze.
Do tej sytuacji dobrze pasuje stara anegdota warszawska, która przypomniał mi niedawno mój znajomy architekt: „Kto to jest project manager?”. „Project manager to ktoś, kto wierzy w to, że jak będzie spał z dziewięcioma kobietami, to mu dziecko w miesiąc urodzą.”

przeczytaj cały artykuł
Strona 13 z 27

Najnowszy numer
6/2025 (139)

grudzień 2025 – styczeń 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

SPRZEDAM BELLANI – SUPERMODULO
2025-11-26 00:00:00
SPRZEDAM używaną maszynę BELLANI – SUPERMODULO, rok produkcji 2008. Maszyna w bardzo dobry stanie, po remoncie w 2024 roku. Miejsce: okolice Krakowa. Cena 75 000 zł Tel. 609 102 580

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.