
Macie na pewno tak samo. Wizyta u szwagra, dobre jedzenie, zimne napoje, dyspensa od żony, wszystko się układa, atmosfera biesiadna, aż tu nagle kop pod stołem taki, że Lewandowskiego znieśliby na noszach. A tu nawet odezwać się nie można, a o symulacji mowy nie ma. I tylko wzrok błagalny: „za co mnie kopiesz, kochanie?!”. Odpowiedzi zazwyczaj są trzy: za to, że miałeś pić po pół kieliszka, a pijesz cały; za to, że nie chcesz wyjść, bo dawno szwagra nie widziałeś; a przede wszystkim za to, że się mądrujesz na każdy temat i pieprzysz od rzeczy.
To mędrkowanie – tak jak narzekanie – to nasza specjalność narodowa. Co rusz spotykam prześwietnych znawców medycyny, prawa, architektury, szkolnictwa, budownictwa itd. Kiedy te głupoty plecie się w okolicznościach gastronomicznych, to nie ma się czym przejmować. Gorzej, gdy dzieje się to podczas oficjalnych spotkań, zjazdów albo w publikacjach prasowych. Wtedy to jest już problem, można się pogubić, kto fachowiec, a kto pozuje na „supereksperta”.
Pracowałem kiedyś w Berlinie. Mieszkałem z kolegą i z panem Stanisławem, który był od nas znacznie starszy. Pan Stanisław wiedział wszystko, znał wszystko i na każdy temat miał swoje eksperckie zdanie. Któregoś dnia z pewnej gazety wyjęliśmy poster z przekrojem teleskopu Hubble’a. Plakat miał prawie dwa metry długości i był świetnie wydrukowany. W niedzielę po spacerze zastaliśmy pana Stanisława nad naszym plakatem. Z miną znawcy i niekwestionowanego eksperta powiedział: „Chłopoki, jo się temu przyjrzoł i powiem wom, że dobrze to wymyślili, ale tu – o tu – toto jest niepotrzebne i można toto wyrzucić”. Ile razy widzę się z kolegą, śmiejemy się z tego do rozpuku.
Czytam naszą branżową gazetę (ale nie Kuriera) i czytam wywiad z ekspertem. Opowiada, jak to organizuje szkolenia dla architektów, na których uczy, jak dobierać spieki (sic!), szczególnie uważając na rodzaj oświetlenia. Na koniec tenże ekspert chwali się sukcesem, jak wielu ze szkolonych architektów zostało klientami jego firmy. W austriackim zaborze mówiło się na taką sytuację „hucpa”.
Bardzo lubię pracować z ludźmi, którzy potrafią powiedzieć „nie wiem, nie robiłem tego – sprawdzę, to ci powiem”. Nie wiem czemu, ale od razu nabieram zaufania do takiego człowieka: czuję, że wie co mówi, a jak nie wie, to nie mówi.
Od 27 lat pracuję w zawodzie i łapię się na tym, że jak miałem dwadzieścia parę lat, to byłem świetnym kamieniarzem, wszystko umiałem zrobić i prawie wszystko wiedziałem. A teraz coraz częściej czegoś nie wiem, coś muszę sprawdzić. Chyba głupieję.
Przeszło 500 lat temu Erazm z Rotterdamu napisał „Pochwałę głupoty”. Jakże aktualna dzisiaj jest lektura tego dzieła. Kiedy wreszcie zgodzimy się z Erazmem, okaże się że warto posłuchać głupiego, a od mądrali trzeba z daleka.
A skoro tego eksperta kopnąć pod stołem nie ma jak, to może – tak, jak wstawiamy „lajki” – trzeba wymyślić jakiegoś e-kopa?

Pomagam przy organizowaniu XXIII Zjazdu ZPBK w Łodzi. Pytacie czy warto? Odpowiem z mojego punktu widzenia: Związek to nie organizacja, która zbiera składki od swoich członków (np. 30 zł miesięcznie od takiej firmy jak moja), ale żywa grupa branżowa, która się wspiera i szanuje, daje więcej niż sama zyskuje…
To jest właśnie ZPBK!
Jest jak żyzna gleba, na której wszystko urośnie, o ile wcześniej się coś dobrego posieje. Czasem słyszę, że nie zapiszę się do Związku, bo Partię to już kiedyś mieliśmy. Ale skojarzenie jest nietrafione i to podwójnie: Partia kiedyś chciała kierować całym narodem, nie trzeba było nic robić – wystarczyło się do niej tylko zapisać, więc stąd wniosek: członkowie nic nie wnoszący – nie są w stanie też nic dać. A po wtóre: Związek to nie Partia: on nie daje niczego z góry. To członkowie są solą ziemi, to oni mogą sobie najwięcej dać, to oni w duchu dialogu z Ziemi Obiecanej Reymonta mogą powiedzieć:
– Tak, ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic.
– To razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę…
Wracając do mojego punktu widzenia ZPBK: oprę się na kilku przykładach z zeszłego roku. Ot, choćby Mistrzostwa w ręcznej obróbce kamienia. Uczestnicy targowych pokazów w kuciu kamienia zyskali więcej, niźli byliby w stanie wyłożyć z własnej kieszeni na autopromocję podczas ich trwania. Inny przykład: Święto Granitu Strzegomskiego czy Plener Dziedzictwo – oto imprezy, których spirytus movens to ZPBK. I takich ludzi jak Krzysztof Skolak, Michał Firlej, Jacek Major, Jacek Łata, Grzegorz Rębosz, Dariusz Duda i wielu innych, którzy, mam nadzieję, wybaczą mi, że ich z nazwiska tu nie wymieniłem. To ich praca na rzecz Związku, często charytatywna, jest praprzyczyną tych wszystkich wydarzeń.
Aby zachęcić do spotkania pragnę nadmienić, że nadchodzący XIII Zjazd Walny ZPBK to, oprócz spraw związkowych, okazja do poznania najświeższych prac badawczych z zakresu stosowania klejów do materiałów wrażliwych na przebarwienia. Panel poprowadzi dr Mariusz Garecki, rzeczoznawca budowlany związany z firmą Atlas. To nie koniec. Będą również prezentacje maszyn kamieniarskich z oferty firmy Mach+ oraz nowości w dziedzinie oczyszczania wody technologicznej, czyli prezentacja firmy CleanH2O. Drugiego dnia planowane jest zwiedzanie zakładów firmy Atlas w Zgierzu, wizyta w hurtowni Magma w Łodzi oraz prezentacja prac rzeźbiarzy nowo przyjętych do Związku na terenie mojej pracowni rzeźbiarskiej w Pabianicach. Tam też zostaną zaprezentowane podnośniki i dźwigi firmy BEFARD, która zyskała wiele pochlebnych recenzji na ostatniej Budmie.
Pytacie czy warto? Przyjedźcie, zobaczcie!
Serdecznie zapraszam na zjazd w dniach 5-7 kwietnia 2019 roku w Strykowie koło Łodzi. Nie trzeba być członkiem ZPBK, aby wziąć w nim udział. Ale jestem przekonany, że to spotkanie zachęci Was do wstąpienia do Związku.
#RafałFrankiewicz #rafalfrankiewicz

Świąteczne przygotowania pochłonęły w ostatnich dniach sporo naszego czasu i energii. Podstawowym z nich są zakupy, w większości oczywiście spożywcze. I każdy chyba przyzna, że dokonuje się ich ze sporym nadmiarem. Bo chciałoby się i to i tamto – no i trzeba więcej, bo w drugi dzień Świąt przyjdą znajomi. Nikt nie bierze pod uwagę, że kiedy znajomi przyjdą, to będą już po dwóch dniach świętowania i namawianie ich na kolejną galaretę będzie bezskuteczne.
Wiemy to, ale i tak kupujemy.
Kiedy podczas ostatnich targów patrzyłem na ludzi szturmujących chińskie stoiska z narzędziami, to miałem wrażenie, że opanował ich już świąteczny amok. Walizki wypełnione rzepami i piłami. Siatki pękające od segmentów. A obrazek szczęśliwca niosącego do samochodu 8 kątówek na długo zostanie mi w pamięci.
Zastanawiam się, jak duży jest zysk czy oszczędność na takich zakupach. Jakiś pewnie jest. Ale uwzględniając nieznaną jakość chyba mniejszy, niż się wydaje. Kupujący szlifierki – w liczbie ośmiu sztuk – chyba tak to skalkulował: jedna szlifierka na miesiąc, czyli osiem powinno wystarczyć na cały sezon. Od znajomego usłyszałem, że takie szlifierki mają gwarancję „do-stu-dni” – jak się zepsuje, to „do studni”.
Dokonując zakupów u tradycyjnych dostawców ci sami ludzie niechętnie biorą coś na zapas. I trudno ich przekonać do większych zakupów. Dlatego nie wiem, czy wielkość zakupów na chińskich stoiskach to utrwalona z dawnych czasów tradycja kupowania chińskich narzędzi na targach, czy już przedświąteczny amok.
Drugim rodzajem zakupów przedświątecznych są prezenty. To przyjemne, gdy obdarowana rodzina lub znajomi okazują radość. Niestety brak czasu i brak rozeznania, co obdarowywanym by się podobało, powoduje, że prezenty są często nietrafione.
W zakładzie też czasem chcemy zrobić pracownikom frajdę. Zwłaszcza na Święta. Ale czy to z racji przedświątecznego zamieszania, czy z innych powodów, też często nie trafiamy.
Słyszałem o kilku fatalnych pomysłach. W jednej z firm szef chciał rzeczowym prezentem docenić jednego z pracowników. Dowiedział się, że tamten pasjonuje się fotografią – no to kupił mu aparat. Budżet był ograniczony, więc starczyło na coś w rodzaju aparatu dla pięciolatka. Pasja pracownika była poważna, więc dysponował on sprzętem z kategorii bliższej mercedesa niż roweru. Uśmiechnął się więc – bo nic innego mu nie zostało – i tylko pomyślał, że za te pieniądze miałby świetny nowy pasek do swojej lustrzanki.
W innym zakładzie szef, w ramach prezentu, pracownikowi pracującemu przy łupiarce, ufundował karnet na siłownię, a księgowej fantastyczne cyfrowe Sudoku.
Powyższe przypadki świadczą o tym, że niestety często nie znamy swoich pracowników. Nie wiemy nic o ich pasjach, marzeniach i potrze-bach. Dlaczego? Bo za mało czasu poświęcamy ludziom, którzy u nas pracują. Ktoś kiedyś powiedział, że firma to nie marka, nie budynki i maszyny – tylko ludzie. A pracownik, który wie, że szef się nim interesuje – nie tylko w kontekście efektywności i jakości pracy – czuje się dużo bardziej związany z firmą.
Dlatego życząc Wam wszystkiego najlepszego w nowym roku, życzę również poznania swoich pracowników. Gwarantuję, że będziecie zaskoczeni jak wiele mogą oni dać firmie.
Poza tym o znajomych trzeba i warto dbać.

W nieśmiertelnym dowcipie Mosze był winien pieniądze Ickowi. Ten go błaga i prosi: „Oddaj mi moje tysiąc złotych. Mija rok, jak miałeś oddać, kiedy mi wreszcie oddasz?” „Icek, oddam ci, jak tylko wrócę z Radomia” odpowiada pierwszy. „A kiedy jedziesz do tego Radomia, Mosze?” pyta drugi. Na to Mosze: „A nie. Nie wybieram się…”
Ile razy byliśmy w takiej sytuacji, raz jako Icek, innym razem jako Mosze… Chyba każdy z ludzi prowadzących działalność nie doświadczył przynajmniej kilka razy, co to znaczy być zwodzonym, oszukiwanym i po prostu okradanym. A pomysłowość dłużników tworzy nieskończenie długą listę historii.
Są dwie podstawowe kategorie: klienci prywatni oraz firmy i instytucje. Zacznijmy od klientów prywatnych.
1. „Na bezczela”
– Nie mam i nie wiem, kiedy będę miał. Będę miał, to zapłacę, wszystkim płacę, to i wam zapłacę. Musicie czekać i już.
To klient wbrew pozorom do szybkiej windykacji – pod warunkiem, że przyjął fakturę. Pierwsze, drugie wezwanie, sąd internetowy w Lublinie i klient sam prosi o zapłatę.
2. „Na nieszczęście”
– Pan wie jakie nas nieszczęście spotkało? – choroba, wypadek, teściowa w szpitalu i w ogóle dopust boski. Zmiłuj się pan, poczekaj pan z miesiąc, zapłacimy.
Mija miesiąc, potem drugi i nic. Nie można się dodzwonić, gość nie odbiera maili, w końcu dopadamy go gdzieś w pracy albo innym miejscu, wybucha nieziemska awantura, i to my jesteśmy winni, że oni – mimo tylu nieszczęść – jeszcze muszą nam pieniądze oddawać. Potem okazuje się, że teściowa to na badaniach była, ta choroba to tylko zwykłe uczulenie, ale trzy miesiące się zwłóczyło.
3. „Na poprawki”
– Bezustanne wymyślanie niemożności ode-brania prac. A to fuga za wąska, a za szeroka, a tu plamka na płycie, a drugi stopień ma 32 mm, a nie 30 jak reszta, itd.
W międzyczasie robi się inne prace wykończeniowe: i tak się nie da wprowadzić, to po co płacić. Jak się zorientujemy, o co chodzi, mija ze dwa miesiące, dochodzi do awantury i po przeczołganiu wreszcie klient płaci.
4. „Na rzeczoznawcę i eksperta”
– Tak jak wyżej, ale klient inwestuje w „dziadka rzeczoznawcę” albo „kolegę eksperta”.
Scenariusz podobny do „na poprawki”, z tą różnicą, że nasz perfidny klient zapewnia nas, że zapłaci natychmiast, ale jego rzeczoznawca nie podpisał protokołu i on by chciał, ale nie może.
5. „Na nagły wyjazd”
– To szczególny przypadek, ale się zdarza. Kończymy pracę, chcemy się rozliczyć, a tu okazuje się że nasz dobrodziej „musiał” pilnie wyjechać za granicę. Ktoś go oszukał, ktoś nie zapłacił i on teraz musi wyjechać, żeby zarobić i oddać. A w mieszkaniu są już obcy ludzie, którzy od oszusta to wynajęli i zapłacili za pół roku z góry. Sprawa niezwykle trudna i bez adwokata nie do rozwiązania.
6. „Na negocjatora”
– Nie zapłaciłem, bo jak zobaczyłem, jak szyb-ko wam to poszło, to myślę że, za szybko się zgodziłem z waszą ofertą. Musimy jeszcze raz to negocjować, musi pan coś opuścić.
Bardzo częste zagranie. Jest kilka dróg wyjścia z impasu, ale najczęściej kończy się, niestety, oberwaniem pewnej kwoty z należności.
Firmy, które nie płacą, najczęściej wykorzystują asymetrię w zawartych umowach, gdzie brak precyzyjnych zapisów powoduje możliwość bezkarnego przeciągania płatności. To cały arsenał możliwości, od przesuwania terminów odbioru, przez protokoły usterek, niewłaściwie wystawione dokumenty, niekompletną dokumentację powykonawczą itd. Trzeba pamiętać, by na początku budowy stać się zgłoszonym do Inwestora podwykonawcą i dopominać się potwierdzenia, a najlepiej zaparafowania umowy przez Inwestora.
W tym przypadku prawo stoi po stronie podwykonawcy. Ale są wyjątki i to bolesne.
Tak czy inaczej warto mieć znajomego adwokata, i z nim konsultować wszystkie ruchy i mieć wiarę w polskie sądy.
Osobną kategorią dłużników są instytucje państwowe. Można opowiadać o tym godzinami, w skrócie: jak chcą to zapłacą i nie ma żadnej reguły.
Ten brak płatności powoduje karuzelę zdarzeń i trudności. Sami stajemy się częścią tej patologii i bardzo trudno się z tego wyrwać. Musi się zmienić prawo – mnie podoba się pomysł płacenia podatków od zapłaconych faktur. Ale jak państwo będzie ścigać samego siebie?
Można też wzorem stosowanych już gdzieś w świecie praktyk, jako inwestor lub zleceniodawca wpłacić do banku depozyt, który wykonawca podejmuje po okazaniu dokumentów odbioru całości lub części prac. Trochę poprawia się sytuacja ze względu na brak wykonawców, ale daleko jeszcze do zadowolenia.
A na koniec, prawdziwa historia. Pewien klient, który nie chciał mi zapłacić, stale nie miał czasu, nie mógł się spotkać – w końcu stwierdził, że moje tabele z rozliczeniami są niejasne i on ich nie rozumie. Chciałby o tym porozmawiać, ale teraz nie ma czasu, więc spotkamy się w połowie stycznia.
Odpowiedziałem mu:
– Dobrze. Ale czy mam rozumieć, że przed świętami nie dostanę żadnych pieniędzy od pana?
– Tak, zapłacę jak się porozumiemy w styczniu.
– To wie pan, to bardzo dobrze. Nie będę musiał przygotowywać świąt ani wigilii. Po prostu przyjadę z dziećmi do pana. Tylko prezenty musi-my uzgodnić, bo córka ma pewne oczekiwania.
Cisza.
– Pan się skontaktuje z moimi kierownikami. Wypłacą panu pieniądze.
Podziałało. Magia świąt jest nieśmiertelna i niepokonana.
Wesołych Świąt!
Michał Ziołowicz
Niedawno, przeglądając fejsbukowe posty, natknąłem się na taki, którego Autor wszem i wobec rozgłaszał, że wykuje KAŻDĄ RZEŹBĘ…. Dodał przy tym zdjęcie rzeźby swojego autorstwa, której poziom wołał o pomstę nie tylko do Nieba, ale i do zwykłego zjadacza szynki na Święta.
Przez grzeczność zmilczę opis treści tych rzeźb i ich kompozycji, tudzież sposobu potraktowania detali takich jak dłoń czy głowa. Nie w tym rzecz, aby się tu wyżywać.
Uwagę zwrócić pragnę jedynie na coś, co za tymi słowami się kryje. Mianowicie na dobre samopoczucie Autora owego postu i bezkrytyczny stosunek do siebie i swojej pracy. Oraz brak pokory.
W czasach mojej młodości człowieka o takiej postawie określano w moich okolicach jako „kolesia z syndromem ZPZ” czyli: zajebistego poczucia zajebistości. Taki ktoś jest ponad, umie wszystko i jest jak Chuck Norris: zna encyklopedię trzynastotomową i cały Internet… Robi knoty, ale w jego ocenie są to dzieła sztuki w najczystszej postaci.
Zejście z takiego piedestału na Ziemię bywa często nader bolesne, więc nie ma się co dziwić, że niewielu jest śmiałków gotowych na taką wycieczkę. Lepiej popaść w alkoholizm i konflikty z całą rodziną i przyjaciółmi niż przyznać się – przede wszystkim przed samym sobą – że może i Bóg coś w prezencie dał, ale pracować nad okruchem talentu, by go rozwinąć, to już się nie chce...
Jako przeciwieństwo wystarczy obejrzeć prace Roberto Manzano. Znakomitego rzeźbiarza i skrom-nego człowieka, któremu marmur – przed dłutem – sam schodzi z drogi. Jego prace – pełne rozmachu i w dużej skali – cieszą oczy do tego stopnia, że widziałem już chińskie podróbki jego rzeźb. Nie był to oczywiście kunszt Arcymistrza, ale zdolne ręce chińskiego Artysty potrafiły zrobić naprawdę dużo.
Jest co prawda zauważalna różnica pomiędzy europejską rzeźbą i jej sposobem budowania anatomii, a rzeźbą azjatycką, ale – na miły Bóg – to była pewnie seryjna kopia, więc nie wymagajmy od niej arcypoziomu. Oczywiście kopie – podobnie jak oryginały – wykonane były w marmurze Sivec i przyznać trzeba, że bardzo wiernie oddawały ducha oryginałów. Nie to, co...
Właśnie! Wracając do naszego rodzimego Artysty. Życząc jemu, jak i Państwu, wszystkiego – i tylko lepszego – w te Święta i na Nowy Rok, przypomnę, co mówiono drzewiej, za czasów Polski od morza do morza: „znaj proporcja, mocium panie!”.
#RafałFrankiewicz #rafalfrankiewicz