Kiedyś kupowałem wędliny w małym sklepie i byłem dość dociekliwy. Czy szynka jest świeża, czy bez konserwantów, czy wędzona tradycyjnie itd. Oczywiście sprzedawca zapewniał mnie, że takiej jeszcze nie jadłem, chyba, że mam kontakty na wsi (i mam dostęp do wędlin z domowego uboju). Bo on (sprzedawca) zaopatruje się w małej masarni i wszystko ma absolutnie ekologiczne.
Oczywiście szynka w smaku nie odbiegała od innych, kupowanych w sklepach sieciowych, a o wątpliwej świeżości przekonałem się już po 3-4 dniach. Zdecydowana różnica dotyczyła tylko mocno ekologicznej ceny.
Kupujący zawsze ma marzenia, że to, co kupuje jest absolutnie „naj”. I ulega zapewnieniom sprzedającego, bo w tym momencie usłyszane słowa spełnią jego potrzebę polegającą na usłyszeniu potwierdzenia o wyjątkowości nabywanego towaru.
Między innymi z tego powodu sukcesy rynkowe odnoszą marki intensywnie reklamujące się. Na przykład środki mające spowodować znaczącą utratę wagi lub porzucenie nałogu palenia sprzedają się doskonale i to przy bardzo wysokiej rentowności.
Wszystko w porządku. Tylko skąd dookoła tyle otyłych ludzi i palaczy?
Zdarzają się tacy, którzy zrzucili wagę lub przestali palić. I czasem są święcie przekonani, że to za sprawą kupionych za niemałą gotówkę specyfików. Tak naprawdę w ulotkach środków na odchudzanie sporo jest informacji o diecie i konieczności wysiłku fizycznego i dzięki temu czasem osiąga się efekty. To trochę jak z zupą z gwoździa —kto nie zna tej opowieści, to zapraszam na facebook.com/KurierKamieniarski.
Poza tym, jeśli ktoś sięga do portfela, aby kupić specyfik jest zdeterminowany do osiągnięcia celu, a to już połowa sukcesu.
Co mają powyższe rozważania do kamieniarskiej rzeczywistości? Moim zdaniem dużo. My też robimy zakupy: maszyn, narzędzi czy chemii i ulegamy sprzedawcom marzeń. Obiecują nam, że tani chiński rzep będzie pracował tak, jak droższy renomowanej marki, a linka nieznanego
producenta kupiona z samochodu nieznanego handlowca, będzie pracowała dłużej od każdej innej.
Takie postępowanie handlowców jest łatwo zrozumieć —wiedzą, że każdy marzy o tym, żeby kupić dobry towar za małe pieniądze —tyle, że to zdarza się niesłychanie rzadko. Częściej taki rzep po 10 minutach pracy nadaje się do kosza, a linka zrywa się jeszcze w trakcie tej samej dniówki.
Wyklinamy wtedy sprzedawcę i obiecujemy sobie, że nigdy więcej nie ulegniemy. Niestety, wiara w marzenia leży w naszej naturze. Więc wcześniej czy później ulegniemy innemu sprzedawcy.
Rzeczywistość bywa jednak przewrotna i kiedy zrobimy blat kuchenny (zużywając stertę rzepów zakupionych w ramach realizacji marzeń o tanim i dobrym produkcie), to klientowi będziemy opowiadać, że kupuje blat z bardzo egzotycznego, rzadkiego i niespotykanego kamienia (Orion). W ten sposób zaspokoimy marzenia klienta o unikatowym wyposażeniu jego kuchni.
I tak żyjemy: kupując i sprzedając marzenia. Jakbyśmy mogli o sobie powiedzieć cytując Alicję w Krainie Czarów: „Codziennie rano, jeszcze przed śniadaniem, wierzę w sześć niemożliwych rzeczy.”
Marzy się też każdemu świat uczciwy, bez handlu marzeniami. Tyle, że na co dzień wszyscy posługują się dewizą: „Nikt ci nie da tego, co my ci obiecamy.”
I raczej nic tego nie zmieni —chociaż trzeba próbować.
Budowlana tradycja: wiecha, glajcha, kawał drzewka na więźbie. Koniec roboty blisko, pozostały jedynie detale. Zarówno my, jak i klient, szykujemy się do nieuchronnego pożegnania i opuszczenia miejsca prac po rychłym ich zakończeniu.
I wtedy...
Chwila – moment, przebłysk geniuszu, a raczej czegoś zgoła przeciwnego. Zamiast odebrać zapłatę i odejść do następnych wyzwań – szukanie dziury w całym. Zamiast zwyczajnie poprawić fugę i pozamiatać po sobie pojawia się myśl: „a niech tam; poprawię jeszcze ten poler na płaszczyźnie pod oknem – jego brak nie rzuca się w oczy, ale będzie mnie męczyć, że nie wygląda to idealnie”.
I wtedy... (na bis)
Poprawiamy. W myśl powiedzenia naszego klasyk-premiera, że prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy, a nie jak zaczyna. I popełniamy rytualne kamieniarskie seppuku. Ostatnie dotknięcie, które niweczy cały efekt poprzednich prac. Cała robota do wykonania od początku. Drobna poprawka, która niweczy dotychczasowy, kilkunastodniowy wysiłek. Robota nieodebrana, posadzka do polerowania, kilka dni pracy „w plecy”. Klient wściekły, kasa zablokowana. I jeszcze skorzysta z okazji do urwania czegoś z umówionej ceny.
Nie spotkało Was to?
Nie wierzę. Każdy z nas czasem ma chęć zostania świętym od kamienia i poprawienia czegoś, co tak naprawdę zostało dobrze wykonane.
Nadgorliwość gorsza od faszyzmu
Tak mawiają. I zdarza mi się widywać potwierdzenia tego stwierdzenia albo uczestniczyć w naprawianiu owoców owej nadgorliwości w dążeniu do kamieniarskiej doskonałości. Pojawia się ona w momentach tak nieoczekiwanych, że właściwie pozostanie tylko popłakać się ze śmiechu.
Pojawiają się też błędy, czasem tak głupie, że aż przerażające albo przekraczające ludzką wyobraźnię. Czasami zastanawiam się, jakimi drogami podążały myśli człowieka, który je popełnił.
Ale błędy były i będą. Jest jednak jeden, z którym spotykam się dość często, a któremu równie często nie da się już nic zaradzić.
Impregnacja
Niestety częsta zmora. Nie tylko nasza – jak się ostatnio przekonałem przyglądając się betonom architektonicznym i betonowym posadzkom. Widziałem już wiele efektów kamieniarskiej pracy, które zostały zniweczone przez użycie środka – niewłaściwego, przeterminowanego, przemrożonego etc. Impregnacja potrafi ratować przyciemniając materiał i/lub niwelując różnice w jego kolorystyce. Potrafi również zniszczyć całą wykonaną pracę.
Najczęściej to wina złego dobrania impregnatu. Choć reakcja niektórych kamieni na niektóre z nich potrafi być zaskakująca (pamiętacie problemy z bazaltem chińskim kilka lat temu?) i trudna do przewidzenia. Szczególnie przy materiałach, które przyjeżdżają do nas już po dość radykalnych działaniach wzmacniających kolory. Zdarzało się też, że impregnat wchodził w reakcje z konkretnym klejem i raczył zainteresowanych pięknymi wykwitami. Trafiały się także wysolenia i wiele, wiele innych cudów.
Drugi – po złym doborze – z najczęstszych błędów to niestety pośpiech...
„Czas to pieniądz”
Tak powiadają. W tym wypadku jednak spieszyć się należy powoli. O kumulację nietrudno: zły środek zamykający wilgotny kamień, za krótki czas na schnięcie i odparowanie kleju, zamknięcie fug i... klops gotowy. Przychodzimy obejrzeć nasze dzieło, a oglądamy poplamione ściany, posadzki, które nie zamierzają schnąć. Bo i jak? Wszystko dokładnie uszczelnione.
Impregnacja właściwym środkiem przy nie-właściwych warunkach pogodowych – klops drugi. A łagodne środki, nieniszczące kamienia, do usuwania impregnatów potrafią nie zadziałać. Co robić?
Próbować
Innego wyjścia nie mamy. Ponadto zasięgać języka – nie tylko u tych, którzy nam środki sprzedają, ale i u tych, którzy ich na co dzień używają.
Zdarza się, że próba zrobiona w kącie nie da jednoznacznej odpowiedzi. Trudno, trzeba sprawdzać na większym kawałku. Zawsze lepiej zerwać dwie płytki 60 x 60 cm, niż demontować i wyrzucać sto metrów zaplamionych płytek z niewłaściwie zaimpregnowanego tarasu.
Kończąc – oby się to w podejrzany sposób nie kojarzyło – życzę wszystkim szczęśliwych zakończeń robót i wielu udanych impregnacji!
Kupowałem ostatnio lodówkę – stara odmówiła dalszej współpracy. Odwiedziliśmy z żoną kilka sklepów, w których propozycji było wiele. Zbyt wiele. Stanęliśmy przed dylematem, co wybrać. Wydawać by się mogło, że można liczyć na sprzedawcę. W końcu zna się na tym i przeszedł przeszkolenie z obsługi klienta. Trochę się jednak przeliczyłem, a różnice w poziomie obsługi były bardzo widoczne.
W pierwszym sklepie moje potrzeby kompletnie nie interesowały sprzedawcy. Nie słuchał, tylko z marszu zaprowadził mnie do tych najdroższych, zachwalając ich „fantastyczność”. Nieśmiało próbowałem przekazać mu podstawowe informacje, że mieszkamy z żoną już tylko we dwoje i dwudrzwiowa ogromna „szafa” średnio nam jest potrzebna, a na dodatek kuchnia jest mała i ta wielka „lodówa” nawet się w niej nie zmieści. Drugą ważną informację dotyczącą kolorystyki już posiadanych sprzętów też zignorował. Poszliśmy z żoną do innego sklepu. Tu było podobnie. Dopiero w kolejnym spotkaliśmy personel, który uwolnił się od własnych przekonań i chęci zrobienia maksymalnego obrotu, na rzecz tak podstawową, jak zrealizowanie naszych potrzeb. Wizyta zaczęła się od pytań jak dużą mamy rodzinę, jakiej wielkości jest kuchnia i jaka jest jej stylistyka.
To było to, czego oczekiwaliśmy. Zaproponowano nam też dodatkowy rabat, jeśli kupimy jeszcze jakieś urządzenie. Sprzedawca poświęcił nam dużo czasu i to głównie na słuchanie i dopasowywanie oferty do naszych potrzeb – doszło do transakcji.
Nie inaczej jest w kamieniarstwie. I to na każdym etapie. Sprzedający hurtowo materiał nie może kierować się tym, że określony rodzaj kamienia ma w dużej ilości i koniecznie chce go sprzedać. Klient realizujący roboty dla końcowych odbiorców wie, na co ma popyt. Oczywiście można pokazać materiały podobne, bo być może będzie chciał spróbować. Ale najważniejsze są potrzeby, z którymi przyszedł.
Przy sprzedaży maszyn też najważniejsze są potrzeby klienta. Z ofertami na maszyny wykraczającymi poza jego zainteresowanie trzeba uważać. Pamiętam przypadek, kiedy na targach w Weronie nasz rodak dał się ponieść fantazji i klimatowi słonecznej Italii. Zakupił maszynę do produkcji kostek typu „puzzle” z odpadów z płyt. W praktyce okazało się, że zbyt na taki produkt jest minimalny i maszyna głównie obrastała kurzem na hali. Szukał chętnego na odkupienie tego cuda, ale ważniejsze jednak jest to, co myślał i mówił o firmie, która mu sprzedała ten wynalazek... W przyszłości pewnie mocno się zastanowi przed jakimkolwiek zakupem u tego producenta. O „udanej inwestycji” opowiada też innym w pełnej epitetów historii.
Sprzedający klientowi końcowemu mają podobne zadanie jak sprzedawca wspomnianej lodówki. W pierwszej kolejności trzeba dowiedzieć się jak najwięcej o kliencie nie ograniczając się tylko do zbadania zasobność jego portfela. Najważniejsze są jego potrzeby, poczucie estetyki i stylistyka miejsca, w którym kamień zostanie użyty. Oczywiście poza zaspokojeniem jego potrzeb warto próbować zaoferować mu coś więcej niż to, na co sam wpadł – ale w zgodzie z jego potrzebami i oczekiwaną stylistyka. Niewykluczone, że zamawiając posadzkę zdecyduje się na nowy blat w kuchni lub stół pasujący stylistycznie do niej, ale zacznijmy od posadzki.
W teorii marketingu jest napisane dużymi literami, że firma działa nie dla osiągnięcia zysku, tylko jej celem jest zaspokojenie potrzeb rynku. Zysk pojawia się, jako element wtórny – oczywiście, niezbędny dla istnienia firmy, ale jednak wtórny.
Warto o tym pamiętać zanim zaczniemy przekonywać klienta do blatu z Azul Macaubas na zielonych meblach kuchennych.

Pamiętacie jak w filmie „Sami swoi” Pawlak z Kargulem kabana pastowali?
Tyle razy widziałem ten film, a śmieszy mnie za każdym razem ta scena, jakbym ją widział pierwszy raz. Mniej mnie śmieszy jak widzę „pastowane” elewacje czy posadzki. Nie tylko nie śmieszy, ale irytuje i złości, a czasem wręcz powoduje osłupienie.
Kamień malowano praktycznie od prehistorii. Czy były to figuralne przedstawienia, motywy roślinne czy wielkie polichromie, kamień często bywał barwnym elementem elewacji. Jeszcze w XVIII wieku była to praktyka dość powszechna, ale z biegiem czasu kamień przestał być tylko materiałem budowlanym czy konstrukcyjnym, zyskał autonomiczność wizualną i zaczął być postrzegany jako element składowy kolorystyki budynku.
W XX wieku w powszechnej świadomości kamień funkcjonuje już w przestrzeni publicznej w kolorze naturalnym. Malowanie kamienia przestaje być akceptowane i postrzegane jest jako dewastacja i niedopuszczalna praktyka.
Na taką ewolucję estetyki złożyło się wiele czynników. To temat na osobne rozważania z udziałem historyków sztuki i socjologów.
W XXI wieku doświadczamy znowu pewnej wolty. Przemysł kamieniarski, wykorzystując osiągnięcia najnowszych technologii, oferuje produkty o mocno zmienionej kolorystyce względem naturalnej. Koloryzacja ta następuje na etapie produkcji wykorzystując żywice epoksydowe, polimery czy inne środki chemiczne. W efekcie slaby mają bardziej intensywne kolory, zanikają plamy i wybarwienia.
Można też pogłębić poler zalewając żywicą mikropory kamienia. Płyty są o wiele bardziej efektowne i intensywne kolorystycznie. Takie praktyki są powszechne, nikt się przeciw temu nie buntuje. Kamieniarze i klienci zaaprobowali fakt, że Multikolor jest bardziej czerwony, a Madura bardziej złota – podbarwianie granitów stało się faktem i w jakimś sensie pewną normą. A kto obsługuje klienta indywidualnego wie, jaki komfort daje sprzedaż tak przygotowanego produktu.
Poprawiony granit na blatach, schodach czy parapetach wygląda pięknie i cieszy oko klienta. Z trwałością jest już też nie najgorzej, bo żywi-cowane granity od dobrych dostawców są przy-gotowane bardzo profesjonalnie. Choć i tak trzeba pamiętać o okresowym stosowaniu środków do pielęgnacji kamienia.
Zupełnie inaczej wygląda ten fakt w segmencie dużych realizacji budowlanych, na elewacjach czy wielkich powierzchniach posadzek. Tu staje się to problemem.
Jest niezliczona ilość anegdot o zamianach kamienia, podkładaniu czy malowaniu próbek. Większość tych opowieści jest śmieszna, ale w całości refleksja jest dość ponura. Jak w pigułce ujął to mój znajomy architekt w czasie jakiejś dyskusji: „Nie! W tym projekcie nie chcę elewacji kamiennej. Z wami kamieniarzami nie można dojść ładu. Dajecie najpierw piękne próbki, potem mówicie, że taki kamień jest nie zdobycia. Przywozicie coś innego, a na koniec wieszacie jeszcze coś innego. A do tego jeszcze nie wiem jak się ten kamień naprawdę nazywa i czy ma prawdziwe badania.” I zamarłem, bo to dobry architekt, znany w środowisku. Jak on ma takie zdanie o nas, no to pięknie…
Cała branża zna problem, ale każdy udaje, że go to nie dotyczy, bo „przecież ja tak nie robię”. Każdy, kto robił elewacje z piaskowca spotkał się i z sytuacjami przytoczonymi przez znajomego architekta i z malowaniem kamienia. Każdy musiał podmalować parę płyt, czy scalić jakąś lazurą kontrastujące miejsca. I to nie jest żaden wstyd ani problem, bo robią to również konserwatorzy zabytków. Jest też cały segment produktów do takich zadań. Dopóki dotyczy to jednostkowych płyt, czy niewielkich scaleń kolorystycznych, wydaje się być akceptowane i wpisuje się rzemiosło kamieniarskie. Co jednak powiedzieć kiedy cała fasada, lub większa jej część, jest pomalowana?
„To proszę pana jest taki impregnat koloryzujący” – słyszy kierownik budowy jak w nocy nastąpił „cud przemienienia” i rano zamiast melanżu kolorów i wzorów zobaczył piękną, równą, kremową elewację. Część z nas powie: „no cóż, chłopaki sobie poradziły, co mieli zrobić jak inspektor nie chciał przyjąć roboty”. Pewnie tak, ale efekty takiego „radzenia sobie” będzie widać z daleka po paru latach – wystarczy przejechać się po warszawskim Ursynowie.
Z tym można sobie radzić. Chemia idzie z duchem czasów i pewnie już gdzieś są coraz lepsze farby. Tylko po co ten kamień? Można, tak jak na Wilanowie, piaskowiec namalować na ścianie i będzie cudnie…
Jest jeszcze inny problem, który ja nazywam „syndromem Giallo Fantasia”. Był taki czas, że wykonawcy – żeby zamknąć drogę konkurencji – oklejali próbkę nazwą wymyśloną przez siebie, np. „Giallo Fantasia”. Obecnie zauważam mutację tego procederu. Ten sam kamień przedstawia się w różnych miejscach w zupełnie różnych odcieniach czy strukturze – raz jest biały, raz kremowy, tu drobnoziarnisty, tam z grubym ziarnem. Wiado-mo, że złoże należy do jednego właściciela i nikt, poza nim samym, nie może posługiwać się tą nazwą. Więc po wybraniu jego próbki nikt nie będzie w stanie konkurować. I co? I nic. Nie da się z tym nic zrobić – ma papiery, ma próbkę, wszystko gra. Jeszcze trzeba przekonać inwestora, że nie trzeba impregnować kamienia, bo kamień „nie oddycha” (czytaj: impregnat może wejść w reakcję z farbą) i można być zadowolonym jakim się jest sprytnym. I tylko mieć nadzieję w przysłowiu: „Raz przejdzie Cygan przez wieś.”
Wydaje się, że konieczne są jakieś regulacje branżowe, jednoznaczne określenie do jakiego momentu barwienie kamienia jest akceptowalne, a kiedy staje się po prostu oszustwem. Może nowe władze naszego Związku mają jakiś pomysł na sztywne regulacje nazewnictwa kamienia i przypisanych do nazw konkretnych próbek? Może stworzyć „Atlas Kamienia Polskiego”?
Gorzej, jak ktoś powie za Pawlakiem: „A kto mnie zabroni z pastowanym kabanem po lesie spacerować?”.
P.S. Do całości brakuje wspomnienia mojego nieodżałowanego kolegi Thorstena Grigo, który podczas odbioru elewacji gdzieś w Hamburgu, wiele lat temu, kiedy pani inspektor wyżywała się na nim o jakieś żyły na kamieniu, które według niej były nie do przyjęcia, zgasił cały pożar w swoim stylu: „Ja und? Naturstein!”

Na początku listopada w Indiach rząd niespodziewanie wprowadził przepis, w wyniku którego zaledwie w kilka dni wycofano z obiegu banknoty o nominale 1000 rupii. W związku z tym, że sporo transakcji na tamtejszym rynku odbywa się w postaci gotówkowej, wiele firm nie miało czasu, aby dokonać odpowiedniej wymiany środków płatniczych w swoich bankach.
Z informacji, jakie do mnie dotarły, możliwość wymiany banknotów była mocno ograniczona – do kwoty stanowiącej równowartość około 40 EUR na dobę. W związku z tym incydentem wielu przedsiębiorców z branży wydobywczej znalazło się w poważnych tarapatach finansowych. To w krótkim czasie doprowadziło do strajków w kopalniach kamienia naturalnego.
Celem obecnego rządu w Indiach jest maksymalne ograniczenie zawierania transakcji gotówkowych i zastąpienie ich w dużej mierze obrotem elektronicznym. Głównym celem oczywiście jest wyeliminowanie tzw. szarej strefy oraz sprawdzenie, w jaki sposób przedsiębiorcy wywiązują się z obowiązków podatkowych. Wszystkie nieujawnione dochody, które były poza oficjalną ewidencją podlegają opodatkowaniu karnemu w wysokości 100% domiaru.
Przy okazji wycofania nominałów 1000 INR zaproponowano jednoczesny wzrost podatków. Nie trudno więc wywnioskować, że przełoży się to na wzrost cen materiałów wydobywanych w Indiach już z początkiem 2017 roku. Biorąc pod uwagę zawirowania na rynku europejskim, a także wzrost kursu zarówno dolara amerykańskiego jak i euro w stosunku do złotówki, można spodziewać się, że skala podwyżek oscylować będzie w granicach 15%.
Tak małej różnicy pomiędzy dolarem a euro w ostatnich latach nie zaobserwowano. Obecnie jest to zaledwie 5%, a z analiz technicznych wynika, że ta różnica może jeszcze maleć. Inwestorzy grający na parze EUR/USD, otrzymali zalecenia gry na sprzedaż. Dlatego też twierdzę, że w dalszym ciągu będziemy mieli do czynienia z umacniającym się kursem dolara w stosunku do złotówki. W jaki sposób przełoży się to na kondycję naszej branży w nowym sezonie trudno dziś prognozować. Jednak już dziś wiadomo, że utrzymanie poziomu marż z 2016 roku może być trudne. W mojej ocenie przedsiębiorcy i pośrednicy nie będą mieli innego wyjścia, niż podnieść ceny swoich produktów i półproduktów.
Życzę Państwu Wesołych Świąt i aby scenariusz podwyżek nie zrealizował się.