Prokrastynacja lub zwlekanie (z łac. procrastinatio – odroczenie, zwłoka) – tendencja, utożsamiana z odwlekaniem, opóźnianiem lub przekładaniem czegoś na później (...) Przez pojęcie prokrastynacji rozumieć należy dobrowolne zwlekanie z realizacją zamierzonych działań, pomimo posiadanej świadomości pogorszenia sytuacji wskutek opóźnienia. (...) Odwlekaniu na później sprzyja złudzenie, że jutro będzie lepiej. Wiele zaburzeń, w tym także zaburzeń osobowości, może wiązać się z postawą zwlekającą dotyczy to większości zaburzeń depresyjnych. Jest też powszechna u osób z ADHD.
http://pl.wikipedia.org
Zwlekam. Czy jestem chory/chora?
Nie wydaje mi się, zapewne nie. Czasami przecież warto coś odłożyć, aby mieć chwilę tylko dla siebie/rodziny/znajomych (niepotrzebne skreślić).
Co jeśli zdarza się nam to często? Czym się martwić, w końcu...
Cały świat prokrastynował!
O psychologach wyrobiłem sobie opinię dość dawno. Nie to, że nie uważam ich profesji za potrzebną – Boże chroń od depresji farmakologicznej! – ale czasem, a tak naprawdę często, dorabiają ideologię i teorię do czegoś, co takowej nie wymaga. Po polsku mówiąc: robią z igły widły, odkrywając Amerykę w konserwach. Zupełnie jak przy okazji wspomnianej nieco wyżej choroby, nie-zwykle popularnej, dzięki której da się wytłumaczyć większość problemów związanych z dzieckiem.
ADHD – bo o niej mowa – narodziła się całkiem niedawno. Zakładam, że tak samo jak ja, pamiętacie własne dzieciństwo bez niej. I pewnie świat by sobie bez niej poradził, gdyby nie jej odkrywca, który na łożu śmierci przyznał się do wymyślenia choróbska na potrzeby spłacanie rat za samochód, dom etc. etc.
Ad rem: jakiś mądry psycholog nazwał zwlekanie prokrastynacją i powiązał zachowanie odkładania na później z milionami problemów wewnętrznych i za-burzeń. Tak, na co dzień: większość przypadków dałaby się wytłumaczyć zwyczajnym lenistwem (nie na darmo nazywana jest prokrastynacja syndromem studenta). Parafrazując przysłowie: co masz zrobić dziś, zrób jutro – będziesz miał jeden dzień wolny więcej.
Prokrastynacja budżetowa
Mamy również do czynienia ze zjawiskiem prokrastynacji budżetowej. Nie dotyczy ona jedynie obiektów państwowych i związanych z nimi urzędników, ale również firm prywatnych i podstawowych komórek społecznych zwanych rodziną.
Listopad i grudzień oznacza szał. Zawsze, odkąd tylko pamiętam życie pracownicze. Szaleńcza walka z czasem i próba odepchnięcia od siebie jak najdalej nadchodzącego nieubłaganie Nowego Roku. Skoro w budżetach państwówek coś się ostało, to postanowiły to wydać. Podobne plany powzięli decydenci w firmach prywatnych. Do tego szybko przeliczone budżety rodzinne: przyjeżdża rodzina na święta i na początku grudnia zapada decyzja, że dałoby radę rzucić się i pokazać nowe blaty kamienne. Dobrze, że dom już stoi.
Tylko na siłę trzeba wprowadzić się na święta. I nie ważne, że nie ma jeszcze posadzki w salonie. Blat musi być, bo trzeba mieć gdzie przygotować kolację wigilijną.
Od tych mniejszych się ustrzeżemy – zawsze można odmówić. Trudno, najwyżej obrażą się i nie wrócą. Przeżyjemy. Z tymi większymi i państwowymi, często sami sobie strzelamy w stopę (sam nie jestem lepszy). Nie weźmiemy – pójdą gdzie indziej. I może już nie wrócą – trzeba więc zrobić.
Do Mikołaja.
Mikołaju! Niech wszyscy mają dużo pieniędzy. Przynieś duże nominały w dużych workach. I żeby wszyscy chcieli mieć stoliki, blaty, kominki i inne cuda z kamienia. I sporą część zawartości tych worków niech zostawiają u nas, kamieniarzy.
Tylko, kurcze, przyjdź z tymi workami jakoś po wakacjach – nie w grudniu, drogi Mikołaju. Jako jedyny, chociaż Ty, nie bądź chory na tę przeklętą prokrastynację!

Pieniądze to temat rzeka. Jedni tylko o nich myślą, drudzy ich nie mają, trzeci je zarabiają, a jeszcze inni wydają. Wszystkim nam ich brakuje, jednym więcej, innym mniej.
Mój serdeczny kolega, który od co najmniej dwóch lat jest w naprawdę dużych kłopotach, na pytanie o stan kasy niezmiennie odpowiada: „Jest super, amerykański sen!” A jak dopytuję – bo przecież wiem, że jest lipa – odpowiada: „Wszyscy narzekają, to ja będę zadowolony. A przy tym zobacz, jak tym tak zwanym przyjaciołom mina rzednie.” Cudne. Ten facet naprawdę walczy. Myślę, że wyciągnie się z dołka na dobre.
Dowiedziałem się niedawno, że dawny znajomy wystawił całkiem nowy, nowoczesny zakład kamieniarski na sprzedaż. Powodem jest brak pieniędzy, niewystarczająca ilość zleceń i kredyty. Pomyślałem: „O Jezu!” To już trzeci zakład, o którym słyszę w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Co się dzieje, czemu pracowici, znający swój fach, mający doświadczenie poważni ludzie zamykają interes i wyprzedają się? Przecież słyszy się wokoło, że roboty jest pod dostatkiem. Z rozmów ze znajomymi wynika smutny obraz naszych inwestycji i rynku kamieniarskiego.
Krótko mówiąc, kolosalne inwestycje w nienajgorzej funkcjonujący zakład, przeistoczyły sprawnie funkcjonującą rzemieślniczą manufakturę w fabrykę wyposażoną w najnowszy – najczęściej włoski – sprzęt. Entuzjazm właściciela, podgrzany przez przedstawicieli handlowych dostawcy maszyn, przekuwa się we wniosek unijny, a urzędnik jeszcze zachęca do zwiększenia dotacji. I tak oprócz najbardziej potrzebnej formatówki, wstawia nasz właściciel jeszcze pięć innych maszyn. No i musi jeszcze halę rozbudować, bo się wszystko nie pomieści. A skutek jest taki, że facet, który jeździł dwa razy do roku na wczasy – może i pięcioletnim passatem, ale własnym – nagle staje się ponury, o wczasach może zapomnieć, nie odzywa się w domu, a w pracy siedzi po czternaście godzin. Po dwóch latach ma dość, a po kolejnych dwóch wystawia zakład na sprzedaż. Dlaczego tak się dzieje? Bo ktoś wymyślił „dotacje unijne”, o których wszyscy marzą jako o darmowej kasie.
A w życiu nic nie ma za darmo i za wszystko trzeba zapłacić. A jak wydawać pieniądze dawno już zdefiniował jeden z najlepszych ekonomistów Milton Friedman:
Własne pieniądze, na własne potrzeby – Wydając tym sposobem jesteśmy zwykle oszczędni, a efekty są najbardziej zadowalające, bo to my sami najlepiej wiemy, czego chcemy. Np. obiad w restauracji. Szczególną uwagę przywiązujemy do tego, aby smacznie zjeść, ale nie wydać nad-miernie dużo pieniędzy.
Własne pieniądze, na cudze potrzeby – np. kupno prezentu dla przyjaciela. Staramy się, aby zakupiona przez nas rzeczy była maksymalnie tania – kwestia jakości schodzi na drugi plan. Człowiek nie przywiązuje tak dużej uwagi do prezentów jak do rzeczy, które kupuje dla siebie. Wydając pieniądze tym sposobem częściej narażeni jesteśmy na popełnienie błędu, np. prezent może się okazać nietrafiony.
Cudze pieniądze, na własne potrzeby – np. wyjazd zagraniczny z kasy Spółki Skarbu Państwa. W ogóle nie zastanawiamy się nad jego ceną – im drożej, tym lepiej – liczy się przyjemność i prestiż. Jesteśmy bardzo dokładni, aby dostać to, czego oczekujemy.
Cudze pieniądze, na cudze potrzeby – np. urzędnik decydujący o tym, na co wydać nasze pieniądze.
Trzeba zwrócić uwagę, że w przypadku „projektów unijnych” wydajemy pieniądze zgodnie z punktem trzecim i czwartym. I nie wierzcie, że jest inaczej, tylko szczerze przejrzyjcie rachunki. Potem przypomnijcie sobie wszystkie rozmowy z urzędnikami, dostawcami i oferentami. „Ależ proszę pana, pana dotacja to 70%! Projekt za milion złotych to naprawdę mało. Trzeba się rozwijać, inwestować w nowe technologie, świat doganiać…” Sieć zastawiona, rybka już wpadła. A potem szamotanie się z bankiem, zbyt małe obroty, brak ludzi do pracy – w większości przypadków scenariusz jest bardzo podobny.
Oczywiście są przykłady, że te inwestycje podkręciły obroty, ale odnoszę wrażenie, że jest ich naprawdę niewiele. Bo problemem nie są załadowane najnowszym sprzętem hale, ale dobre, duże i popłatne zlecenia. Nasz rynek jest tak płytki, że dla wszystkich nie wystarcza, a eksport – poza kostką – to margines.
I tak w większości przypadków te maszyny pracują na 10-15% swoich możliwości, tylko we frustracji właścicieli osiągając pełną wydajność. A wszystko dzieje się w czasach całkiem dużej prosperity. Aż strach pomyśleć co będzie, jak gospodarka zwolni. A przecież zwolni – takie są prawidła ekonomii, zaklinanie rzeczywistości nic nie zmieni, kryzysy są równie regularne, co gospodarcze wzrosty.
Przywiązanie do myśli, że cudnie jest wydawać pieniądze na własne potrzeby jest skutecznie wykorzystywane przez różnej maści polityków i szarlatanów, którzy przekonują nas do jakiś absurdalnych wizji, w których wszystko się wszystkim należy, a pieniądze biorą się nie wiadomo skąd. Ale na pewno wszystkim nam się należą. Kto odda, tego nie wiadomo, ale po co się martwić, kiedy kadencja tak krótka.
Parę lat temu moja, wówczas siedmioletnia córka, dostała od babci dwie stówy, żeby kupiła sobie buty jakie chce. Poszliśmy do sklepu kupić buty, pytam o pieniądze, a ona, że ma, ale nie da. Ona chce tablet, a nie buty. Buty to ja jej mogę kupić, a te pieniądze to są jej i ich nie da, bo zbiera na tablet. Po kilku miesiącach kupiła wymarzony tablecik.
I to był pierwszy sposób wydawania pieniędzy według Miltona Friedmana.
Agencje ratingowe, od Moody's poczynając, podnoszą nam prognozy PKB. Dyrektor Banku Światowego na Unię Europejską stwierdza: „Polska odniosła wyjątkowy gospodarczy i rozwojowy sukces, który pozwolił jej osiągnąć status kraju o wysokim dochodzie w rekordowo krótkim czasie”. Znaczy wciągają nas w poczet państw rozwiniętych i coraz więcej osób pokazuje na mapie Polskę, jako symbol sukcesu. Nie jestem do tego przyzwyczajony.
Na górze się żrą
I to ostro – z tym się oswoiłem. Jedni i drudzy w tej walce popełniają gafę za gafą – żeby nie użyć słów mocniejszych. I wszystko jakoś działa. Tłumaczę to sobie zawsze tym, że ci oni, kiedy się kłócą, nie mają czasu na to, żeby zwracać na nas uwagę. Nie ruszają nas, nie ruszają gospodarki. A im mniej tych paluchów w gospodarce miesza, tym lepiej, i niewidzialna ręka sobie radzi. Jeszcze fajniej będzie jak kiedyś ktoś zacznie coś naprawiać!
Dzisiaj
Jechaliśmy z Warszawy do Ełku, miałem okazję podziwiać budowę kolejnego odcinka A2. Multum sprzętu, koparka wspomagana przez system GPS, walce, bobcaty, cuda na kiju. Pracował koparkowy – poza nim dwóch ludzi i kierownik. Musieliby pewnie po minimum dwie machiny na głowę obsługiwać, żeby wszystkie znalazły się w ruchu. Na początku pomyślałem, że pewnie mieli przerwę – choć godzina byłaby na to nietypowa. Ale w drodze powrotnej, było tak samo. Przypomniała mi się wtedy budowa w Irlandii, na której zdarzyło nam się pracować. Duży dom, ale nie było to żadne blokowisko czy moloch handlowy. Tam też była kupa sprzętu.
Wydawało mi się to wtedy bardzo dziwne. U nas, w Polsce, nie bywało go tyle nawet na większych obiektach. I stał, zupełnie jak ten na autostradzie. Tyle tylko, że tam stał, ponieważ był w danym momencie niepotrzebny. A gdyby zaszła taka potrzeba dookoła byli pracownicy (Polacy), którzy w razie konieczności, by go obsłużyli. Ciekawe, czy tych dwóch (plus koparkowy) z autostrady nie pochodziło z Ukrainy?
Dinozaury
Wymiany asfaltu, kostki brukowej, naprawa chodników, kwietników, sadzenie drzewek etc. etc. Pełno u nas tego. I dobrze. Znaczy to, że pieniądze są. A jak ktoś pracuje, to miejmy nadzieję dostanie pieniądze, które potem wyda. Często się tym wszystkim pracom przyglądam i łączy je jedno. Praktycznie nie ma tam młodych ludzi. Jeżeli są, to raczej nie do końca poprawnie posługują się językiem polskim.
16,8 procenta
...polskiej młodzieży w wieku 20 – 24 lata nie uczy się i nie pracuje – nazywana jest zawodowo bierną. Kiedyś te dinozaury, pracujące dziś na budowach wymrą. I co wtedy będzie? Pozostanie nam nadzieja, że ci, którzy dziś jeszcze nie mówią płynnie po polsku nauczą się to robić. I nie postanowią jechać gdzieś dalej, żeby uczyć się nowych języków. Wolny najmita zawsze może ruszyć przed siebie. Jeśli nie, każdy z nas zostanie hydraulikiem, malarzem etc.
Azja
Kibice klubów piłkarskich mających swoje siedziby bliżej granicy z Niemcami, nazywają Warszawę Azją. Otóż moi drodzy, Azją jeszcze nie jesteśmy. Ale warszawskie budowy mówią językiem, którym spora część tego kontynentu mówi (coraz częściej również ulica się nim posługuje – do czego też trudno się przyzwyczaić – na szczęście oświata zadbała o znajomość bukw i nauczyła mówić w języku Czechowa).
Pewnie by stanęły, te budowy, gdyby się tym językiem nie posługiwały. Bo chętnych do pracy i mówiących w naszym ojczystym języku zbyt wielu by nie było. Polecam obejrzeć lub przeczytać informacje na temat interwencji służb policyjnych, celnych i Inspekcji Pracy na budowie Galerii Północnej w Warszawie. Dzięki jednej akcji z pracy zniknęła większość ludzi na niej pracujących.
Dzisiaj, w niedzielę!
Jak w piosence Piersi moglibyśmy się spotkać z Ryśkiem w kościele.
Trwa dyskusja, że co druga niedziela ma być nie-handlowa (oprócz kilku przedświątecznych wyjątków). Pracownicy marketów i innych dyskontów się cieszą.
Ciekawe, czy ktoś kiedyś pomyśli o nas? Nie pamiętam, żeby ktoś się przejmował tym, że kamieniarze mają przyjść do pracy w niedzielę lub inne święto. Często za to padało magiczne słowo: terminy. W marketach mają dobrze – terminów nie mają – chyba, że przydatności do spożycia. Ale i ten ma zniknąć zastąpiony sugerowanym terminem spożycia. Ot, semantyka!
A my z Ryśkiem możemy, co najwyżej spotkać się na budowie. Ale piwa tam nie będziem pić, bo nam inspektor wlepi mandat albo nas na nią nie wpuści.
Miejmy nadzieję, że wszyscy się spotkamy na targach. I piwo też nam przy tej okazji dadzą i wypić pozwolą.

To dość popularne ostatnio hasło – w tłumaczeniu oznaczające „bez ograniczeń” – zauważyłem niedawno na koszulce uczestnika wyjazdu nurkowego, w którym brałem udział. Pomyślałem, że to człowiek z potężnym doświadczeniem nurkowym, szerokimi uprawnieniami, który bił już rekordy głębokości nurkowań i doświadczył rzeczy, o których mi tylko marzyć.
W trakcie pobytu okazało się jednak, że faktycznie jego zachowania są pozbawione jakichkolwiek ograniczeń, ale nie popartych ani umiejętnościami, ani uprawnieniami, ani zwykłym rozsądkiem. Jego kolejne akcje „no limit” przysparzały bólu głowy instruktorom opiekującym się nurkami oraz innym uczestnikom nurkowań. To jeden z powodów, dla których uważam, że hasło „No Limits” najczęściej towarzyszy ludziom bez wyobraźni podejmującym głupie nieprzemyślane ryzyko.
A to znacie? Firma kamieniarska zatrudniająca pięciu ludzi, dysponująca starą piłą, „formatówką”, kolanówką i podobnej klasy narzędziami ręcznymi startuje w przetargu na wykonanie elewacji 3000 m2. Inna – podobnej wielkość – decyduje się na kredyt o wartości 2 milionów złotych na zakup maszyn. I to w ramach pierwszej od 20 lat inwestycji.
Z dawnych czasów pamiętam właściciela firmy kamieniarskiej, który wystartował do przetargu na wykonanie mozaiki na posadzce. Sam nie posiadając CNC konkurował z firmą posiadającą taką maszynę. Przetarg wygrał, choć specyfikacja wyraźnie mówiła, że fugi mają być minimalne. Gdy doszło do realizacji zlecenia okazało się, że bez CNC nie sposób wykonać tego zlecenia z oczekiwaną dokładnością. Mozaikę musiał zamówić u przeciwnika z przetargu – możecie się domyślać, jaką cenę zapłacił za tę „przysługę”.
Takim właśnie szefom firm należy się koszulka „No Limits”. Zresztą nie tylko szefom. Znacie kierowców dostawczaków, którzy na pakę swojego samochodu ładują płyty zapominając o ładowności? Za pomysłowość i wydajność szef pewnie pochwali – chyba, że auto uzna, że jednak ma limity i trwale odmówi współpracy.
Albo pracownik biegający w pośpiechu pracy na wysokości 2 piętra po konstrukcjach, bez zabezpieczeń? Do czasu...
Parę miesięcy temu obserwowałem operatora suwnicy, który chciał koniecznie wyciągnąć slab ze środka stojaka bez ruszania innych płyt. Patrząc na to wiedziałem, że się nie uda. No i okazało się, że takie akcje mają jednak limity możliwości.
Ciekawe w tych akcjach jest to, że zwykle dzieją się w asyście innych ludzi, którzy przyglądają się, wręcz podziwiają desperata, ale nie usiłują go powstrzymać.
Życie pokazuje, że każdemu z nas – co pewien czas – włącza się w głowie neon „No Limits”. Niestety, tylko w nielicznych przypadkach takie szaleństwa kończą się zamierzonym wynikiem.
PS. Kilka dni temu (już po napisaniu tego felietonu) utknąłem w korku. Gdy żółwim tempem mijałem zakręt okazało się, że powodem jest mercedes, który wylądował na drzewie. I wiecie jaką naklejkę miał na tylnej szybie? „No Limits.”

U zarania dziejów mieszkającym w pewnej jaskini ludziom zrobiło się ciasno. Do tego mieli dość walki o tę jaskinię z niedźwiedziami i pobliskimi, obcymi plemionami. Wpadli więc na pomysł: zbudujmy sobie własną jaskinię. Dokoła dużo brył z kamienia – wystarczy poukładać jeden kamień na drugim, i będzie.
Budowali mozolnie i długo, ale się udało. Jak skończyli, okazało się, że nadal jest ciasno, potrzeba jeszcze coś wybudować. Jeden z budowniczych – najsprytniejszy i najbardziej leniwy – obszedł dopiero co wybudowaną budowlę i do ziomków powiedział, że wie jak to zrobić szybko. I powie wszystkim jak, kiedy dostanie pierwszy żarcie i ta ruda z wielkim (...) zostanie wyłącznie jego „koleżanką”.
Zauważył, że zostało dużo kamienia, który się nie nadawał, bo był albo za duży, albo krzywy, albo za mały. Pokazał pobratymcom, jak rozbić kamień na foremny i jak układać jeden na drugim, tak żeby pasowały. Euforia zapanowała i ludzie na potęgę zaczęli budować. Wymyślili okna, sklepienia, dachy, kolumny, schody… Budowali coraz większe i bardziej skomplikowane budowle. Nauczyli się pisać i zaczęli spisywać swoje projekty i doświadczenia. I zawsze jeden z budowniczych był sprytniejszy i mądrzejszy od reszty. I tak narodził się architekt.
To moja romantyczna wizja, ale chyba bliska dziejom. Przez tysiące lat ten budowniczy – architekt był dla ludzi mistrzem i człowiekiem nadzwyczajnym. Na początku nie rozróżniali go od kamieniarza czy murarza, ale wiedzieli, że ten kto chodzi po budowie i opieprza wszystkich, a przy tym wszystko wie, to ktoś wyjątkowy. Z czasem osiągnął wysoki status społeczny i bogactwo. Najlepsi mistrzowie w zapłacie dostawali dobra ziemskie, place miejskie, a ci słabsi i tak utrzymywali spokojnie swoją ośmioosobową rodzinę. I wszystko było poukładane zgodnie z gospodarką wolnorynkową, do czasu, aż ktoś wymyślił numer uprawnień. I tak z mistrza budowniczego architekt został trochę księgowym, trochę prokuratorem, trochę radcą prawnym, a na chodzenie po budowie zostało mu pół godziny raz w tygodniu…
Na budowie nowej jaskini był taki jeden brodaty, który obrabiał kamień jak nikt. Patrzył na bryłę i widział gdzie jest najsłabsza i tam walił toporem, a skała go słuchała i pękała jak chciał. Wszyscy budowniczowie chcieli tego brodatego, bo nie było kształtu, którego by nie obrobił i nie ułożył. Brodaty uczył kudłatego syna jak to robić, i syn był jeszcze lepszy od ojca, bo wymyślił jak te ciężkie kamienie podnosić żerdziami z drewna. Kudłaty uczył jeszcze swoje wnuki i ich klan był poszukiwany wszędzie gdzie budowano z kamienia. Z czasem wymyślili swoje sposoby łączenia kamienia, opracowali klucze zwieńczające sklepienia, i strzegli tej wiedzy, jednocześnie rozwijając swoje umiejętności. Kamieniarz – budowniczy potrafił kamień wydobyć, obrobić i zamontować. Potrafił również odpowiednio wybrać rodzaj kamienia i sposób zamontowania. Doradzał również, jakie sklepienie i jakie przypory zastosować.
Za swoją pracę otrzymywał z czasem niezłe wynagrodzenie, często była to wieś czy dobra ziemskie, a najczęściej złoto. I było tak do czasu, aż wymyślono maszynę parową, a potem elektryczność. I tak z mistrza, protoplasty masonów, stał się zwykłym robotnikiem, może trochę lepiej zarabiającym…
Tak los połączył architektów i kamieniarzy. I związek ten trwa do dzisiaj przybierając czasem przedziwny wymiar.
Najczęściej spotykany związek to Architekt Kamieniarz – Kamieniarz Wyrobnik. Pan Architekt wie wszystko o kamieniu, poprzedni kamieniarz zabrał go do Chin i na Dolny Śląsk, widział jak się kamień wydobywa i obrabia, a elewacja, którą zaprojektował, nie jest niemożliwa do wykonania, tylko kamieniarz jest niedouczony i nie umie sobie poradzić. Nieważne, że ściana, do której ma być powieszony kamień po prostu się zawali, a wybrany kamień nie istnieje albo się nie nadaje na elewacje. On, Gwiazda Współczesnej Architektury, wie lepiej, a jak ktoś nie wie jak to zrobić, to jest kmiot, a on z plebsem się nie zadaje.
Drugim w kolejności jest związek Kamieniarz Mistrz Świata – Architekt Gryzipiórek. On, Wielki Kamieniarz, był na wszystkich imprezach i na wszystkich przepił każdego, wszystko wie i wszystko załatwi, a co się nie da, to się przepłaci i jakoś to będzie. I żaden architekt nie będzie mu mówił jak ma zrobić tę elewację, bo to on jest Kamieniarz. A że po zawodówce samochodowej z wyuczonym zawodem taksówkarza, to kogo to obchodzi? Architekt porażony poświatą wielkości Kamieniarza, zawalony prezencikami i bonusikami, cichutko potakuje, aż do momentu, w którym okazuje się, że ten budynek to już nie jest jego projekt, tylko tandeta „made by wielki kamieniarz”.
Trzeci związek ma historyczne konotacje, można go nazwać „Lożą”. Tu, Architekt i Kamieniarz tworzą zgodną spółdzielnię, najbardziej oczekiwanym efektem współpracy jest wymiar finansowy. Jest dobrze jak elewacja w ogóle jest z kamienia podobnego do czegokolwiek, najczęściej przemalowana i wytynkowana szpachlą.
Kolejnym związkiem jest Architekt – Zakład Fryzjerski. Rozpacz architekta gwarantowana, a „fachowcy” na każdą uwagę mają jedna odpowiedź: „no, może nie jest najlepiej, ale jest tanio”.
Jest też para Rzetelny Kamieniarz – Architekt Wirtualny. W tej parze Architekt rysuje piękne wizualizacje, na których sprzedaje marzenie o budynku. Kamieniarz, po kolejnych wydrukowanych w lustrzanym odbiciu rysunkach, bez skali i wymiarów, już nic nie chce, tylko sam siada i rysuje wszystko od nowa i stara się dokończyć prace jak najlepiej potrafi.
I najrzadziej występujący związek: „Wszyscy Na Swoim Miejscu”. Gatunek wymierający i wymagający ochrony. Niezwykłość tego zjawiska polega na tym, że Architekt projektując konsultuje się z Kamieniarzem, a Kamieniarz nie oszukuje na kamieniu, nie przerabia projektu tylko wykonuje tak jak Architekt narysował, a ten z kolei projektuje odpowiedzialnie i nadzoruje życzliwie inwestycje.
Kiedyś, jak wybudowano most, budowniczowie musieli stać pod nim aż przejdzie po nim legion wojska albo przejedzie pociąg. Na dzisiaj mam równie drastyczną propozycję. Pod każdym zrealizowanym dziełem przywieśmy tablice ze zdjęciem Architekta i Kamieniarza. Jak znam życie ciężko będzie dopchać się do żarcia, a na „rudą z wielkim (...)” to się trzeba będzie sporo napracować.