Felietony

Mistrz Antoni

Autor: Michał Ziołowicz   |   Data publikacji: poniedziałek, 07 maja 2018 01:00

ziołowicz_antoni.jpg

W dzieciństwie na wakacje często jeździłem do dziadków na wieś. Któregoś ranka obudziło mnie wielkie poruszenie w domu. Na podwórku zobaczyłem obrazek jak z filmu. Zajechały trzy taksówki: dwie Wołgi i Warszawa (było to w latach siedemdziesiątych). W jednej taksówce był kapelusz i parasol, w drugiej torba z narzędziami, a w trzeciej siedział pan Antoni. Poczekał aż szofer otworzy mu drzwi, z fasonem zapłacił i przywitał się z moim dziadkiem. Wszyscy zaniemówili, a pan Antoni – jeszcze jedną nogą w dniu wczorajszym – oświadczył, że u niego słowo droższe od pieniędzy i skoro się umówił, że poprawi piec i wymaluje mieszkanie, to oto przybył. Dziadek, mocno zaskoczony, powiedział, że umawiali się trzy miesiące temu. Pan Antoni – niewzruszony – odpowiedział, że umawiali się na wtorek, a on nie powiedział na który i dzisiaj jest właśnie ten wtorek.

Pan Antoni był najlepszym fachowcem w okolicy, zdunem nad zdunami i tak zwaną złotą rączką. Przy tym miał wszystkie możliwe wady, a jego wyczyny obrosły legendą. I chyba za fantazję ludzie nie potrafili się na niego gniewać i mieć pretensje, że przyjedzie nie jutro, a za trzy miesiące. Miał też pan Antoni swój honor: jak się jakiś wzorek nie podobał, to pieniędzy nie brał, lecz zmienić nie zmieniał. Dzięki temu kuchnia babci przez wiele lat miała odcień wściekłej ultramaryny z białymi wzorkami jak koronki łowickie. Mistrz Antoni co prawda pytał, co by gospodyni chciała, ale traktował to raczej jak luźną sugestię. I koniec końców robił to, co sam uważał.

Często zastanawiałem się dlaczego ludzie się na to godzili. W końcu zrozumiałem, co było przyczyną. W tych czasach po prostu był szacunek dla profesji. Jak Antoni był zdunem z dziada pradziada, to nikt, łącznie z księdzem proboszczem, nie mówił mu jak ma piec postawić i jakie zaprawy czy kafle ma użyć. Świat był prostszy w zrozumieniu – byli murarze, piekarze, krawcy, rolnicy, kierowcy...
Kilka dni temu rozmawiałem z pewną panią, która usilnie namawiała mnie, żebym przyjechał do niej, bo ona ma dużą robotę. Siedem schodów, dziewięć parapetów i cztery metry posadzki. Wszystko kupiła przez internet – trochę trzeba dociąć, ale przecież zawsze tak jest. Klej już kupiony, fuga też – najlepiej żebym od razu z ludźmi przyjechał i wszystko zrobił do niedzieli. Pani była tak zachwycona swoją operatywnością, że przez kilka minut opowiadała mi o swojej zaradności i sprycie. Kiedy wreszcie doszedłem do głosu i powiedziałem pani, że nie wykonuję tego typu usług, wpadła w szał i nic nie pomagało. Odmowa była nie do przyjęcia – ani grzeczna, ani stanowcza. Pani była tak wściekła, jakbym ją co najmniej porzucił w kościele przed ołtarzem. Ta awantura dała mi impuls do małej klasyfikacji naszych klientów.

1. Klient „Fachowiec”.
Wszystko wie. Ze szwagrem, który jest w Niemczech, kładli schody u teścia. Na pewno by lepiej to zrobił, ale lekarz mu zabronił wysiłku (130 kg robi swoje) i dlatego tu przyszedł. Dopóki nie włączy się żona i nie uspokoi gościa („Zdzichu przestań pie...ć! Ty nawet żarówki nie umiesz wymienić.”), wysłuchujemy całej tyrady na temat jak należy wykonywać nasze roboty. Po pacyfikacji klient trochę normalnieje, szwagier okazuje się porządnym gościem, tylko na koniec nasz Fachowiec usiłuje nam urwać z wypłaty za nadmiarowe zużycie kleju czy odpady cokolików. W sumie typ do opanowania – łatwiej, gdy mamy sojusznika w osobie żony czy teściowej.

2. Klient „Sherlock Holmes”.
Przejrzał nas wylot, wie jak chcemy go oszwabić, jak oszukamy go na metrach i materiałach. Całe zlecenie to dla niego wyzwanie, szansa żeby wykryć spisek i złapać złoczyńców. Będzie wszystko sprawdzał, mierzył i dopytywał, aż w końcu doprowadzi wykonawcę do stanu, w którym przestępstwo naprawdę może się zdarzyć. Współpraca z Sherlockiem w zasadzie jest niemożliwa, ponieważ mamy różne cele do osiągnięcia. Zazwyczaj po jakiejś większej awanturze trzeba przerwać prace, ale koniec końców nadchodzi kres gehenny i klient zapłaci należne wynagrodzenie – oczywiście stwierdzając, że został oszukany, ale chce już zakończyć sprawę i dlatego nam płaci.

3. Klient „Pierdoła”.
Nic nie wie, niczego nie rozumie, ale wie, że chce. Nie wie jaki chce kamień, ale ma być ładny i tani. „A w kuchni to może tylko do połowy, a w przedpokoju to może gres damy.” Decyzje zmieniają się jak poglądy naszych polityków. Krople na uspokojenie trzeba mieć pod ręką. Początkowo patrzymy na Pierdołę z pobłażliwością, ale z biegiem czasu budzi on w nas bestię. Najgorsze jednak spotka nas na końcu, kiedy dowiemy się, że on nie wie jak się to stało, że tyle tego kamienia poszło, a przecież on nie ma tyle pieniędzy i musi to jakoś na raty rozłożyć.

4. Klient „Jaśnie Pan”.
„Proszę, oto tłusta zaliczka. Rozumiem, że wchodzi pan jutro. Ilu będzie ludzi? Czterech? Nie, proszę pana, co najmniej dziesięciu. Jak to nie ma frontu robót? To proszę go stworzyć. To pana problem.” A potem jest już tylko gorzej. Bezustanne pretensje, że za mało ludzi. Nigdy nie ma czasu, ciągły brak decyzji i szantaże, że „jak pan skończy to i to, to dostanie pan pieniądze”. Nie pomaga tłumaczenie, że brak decyzji blokuje prace, że zmiany w trakcie realizacji to koszmar, że to wszystko kosztuje… Na koniec – jeżeli przetrwamy – obetnie nam znaczną część wynagrodzenia, bo przecież nie dotrzymaliśmy terminu. I tak będziemy się cieszyć, że nie chce nam dołożyć jakiejś roboty i możemy odejść jak najdalej.

5. Klient „Pitagoras”
Ma wszystko wyrysowane, pomierzone, wyliczone. Wzbudza początkowo wesołość i niedowierzanie. Często jednak okazuje się, że naprawdę jest pomocny, potrafi faktycznie pomierzyć i wyrysować poszczególne elementy czy układ posadzek. Może się okazać, że współ-praca z Pitagorasem będzie naprawdę udana.

6. Klient „Czarna Wdowa”
Upiór kamieniarza. Najczęściej to bardzo szykowna pani, z nienagannymi manierami, kapiąca seksapilem. Jej powłóczyste spojrzenia i rzucone od niechcenia: „mąż ze wszystkim zostawia mnie samą”, to zręczna gra. Wybiera najdroższe materiały, umawia się w kawiarniach na rozmowy o projektach i kolejnych wersjach. Zanim się ockniemy, zainwestowaliśmy w tą piękność kilkanaście tysięcy złotych. Aż tu nagle wkracza na scenę pan mąż i stwierdza, że to wszystko nie jest tyle warte, że jego żona jest uwodzona i napastowana i że zaliczka, którą zapłaciła, powinna wystarczyć na wszystko. Kończy się w sądzie ugodą „za zwrot kosztów” i ciężkim czasem dla naszego małżeństwa.

7. Klient „Porządny”
Gatunek prawie wymarły. Wyniszczony przez nieuczciwych wykonawców. W swej ostatniej postaci słucha i współpracuje z nami niezwykle konstruktywnie. Angażuje się w prace pomocnicze i szuka oszczędności tam, gdzie sam może coś pomóc lub załatwić. Nie poucza i nie oskarża, dyskutuje o różnych rozwiązaniach, ze zrozumieniem słuchając różnych argumentów.
Jeżeli Porządny trafi na dobrego wykonawcę, często pozostają w przyjaźni i polecają się latami. Przez różnych podpowiadaczy uważany za frajera, ale tak naprawdę ma zazwyczaj dobrze i tanio wykonane prace.

8. Klient „Inspektor”
Gehenna murowana. Bezustanne szukanie błędów i problemów. Wymyślanie nieistniejących norm i powoływanie się na znajomego kamieniarza, który powiedział, że „tak się nie robi i wszystko jest do d...”. Udręka gwarantowana i do momentu ciężkiej awantury w zasadzie droga ku przepaści. Po awanturze jest szansa zakończyć i rozliczyć prace, ale wszyscy są obrażeni i nie ma szans na satysfakcję po dobrze wykonanej pracy.

I zasadnicze pytanie: czemu to tak się dzieje, że tak trudno o dobrą współpracę? Przecież wszyscy wiemy, że to nie po jednej stronie jest problem. Nie ma właściwego szacunku do wykonawców. Przyjęło się uważać, że na pewno ten kamieniarz chce nas oszukać, a szwagier mówił żeby uważać. Nie szanuje się też klientów – coś się tam dopisze, coś podmieni, przecież się nie zorientują.

Nie ma już pana Antoniego z jego ekstrawagancją i pozycją mistrza nad mistrzami. Nie ma już rozliczeń „sto pięćdziesiąt złotych, litr wódki i dwadzieścia jajek”. Pan Antoni uwielbiał swoją pracę i swoich klientów, nigdy nie próbował nikogo oszukać. Nie było też słychać, żeby ktoś nie wypłacił należności panu Antoniemu. A jak kiedyś ksiądz proboszcz ośmielił się mieć inne zdanie i chciał, żeby Antoni wymalował plebanię na żółto, a nie na niebiesko, to pan Antoni mu odpowiedział: „Dobrze, ale w niedzielę mszę też będziemy razem odprawiać. Ksiądz się zna na malowaniu tak samo, jak ja na odprawianiu mszy.” Plebania w końcu była zielona, światło u proboszcza świeciło się do rana, a mszę rano musiał wikary odprawić…

przeczytaj cały artykuł

Kupą raźniej

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: poniedziałek, 07 maja 2018 01:00

animals-2855714.jpg

Od zamierzchłych czasów, tak ludzie jak i zwierzęta, doceniają przynależność do grupy. Małpy urządzają grupowe polowania z nagonką, mrówki budują bezpieczne domy, a ludzie… No właśnie - w grupie szukają pomocy, świadomości wspólnoty interesów – czasem tylko tytułowego „kupą raźniej”.

Zanim wymyślono media społecznościowe tworzyliśmy bardziej lub mniej formalne grupy. Grupy osób, które coś łączy: zawód, miejsce pracy, hobby, podwórko czy szkoła. Kiedy Mark Zuckerberg wymyślił Facebook’a w swojej wizji chciał – dzięki temu narzędziu – opisać wszystkie relacje wszystkich ludzi na całym świecie. Pozornie absurdalna idea zaowocowała potężną bazą ludzi i zależności ich łączących. Wystarczy wspomnieć, że ostatnio odnotowana liczba użytkowników Facebook’a przekroczyła 2 miliardy!

W łatwych do zauważenia relacjach jakie powstają na tej platformie są: rodzina, przyjaciele, znajomi, współpracownicy, współwyznawcy pasji, wykonujący ten sam zawód czy klienci.
Dla uporządkowania relacji twórcy FB wymyślili grupy, które z założenia łączą ludzi według jakiegoś klucza.

Nasza branża też ma na Facebook’u swoje grupy. Pierwszą chyba była grupa założona przeze mnie „Kamieniarstwo”. Moje założenie było takie, że będzie to grupa, w której poruszane będą tematy nurtujące branżę, prezentowane informacje o branżowych wydarzeniach, ciekawe oferty handlowe i będzie to miejsce dające możliwość podzielenia się własnymi doświadczeniami. Z tego powodu starałem się zapraszać do grupy ludzi związanych z branżą. Akceptowałem też obecność tych spoza branży, ale wyłącznie w przypadku ich zainteresowania kamieniem. Jeden warunek wydawał mi się oczywisty: członkowie grupy musieli chcieć znaleźć się w tej grupie.

Przez jakiś czas była to jedyna grupa. Dość szybko jednak znaleźli się naśladowcy. Ale mieli w tym zupełnie inny cel: stworzyć forum, na którym mogliby bez ograniczeń publikować reklamy własnej firmy (w grupie „Kamieniarstwo” blokuję nadmiar postów reklamowych firm). Zatem główną ideą takich grup jest zgromadzenie jak największej liczby członków. Duża liczba członków przyciąga kolejnych branżystów do przynależności oraz tworzy pożądaną grupę odbiorców reklamowych postów. Tyle, że w tych grupach wycina się wszystkie informacje (posty) od firm konkurencyjnych. Grupa zmierza do bycia po prostu tablicą ogłoszeń firmy-założycielki, choć nie da się tego zauważyć na pierwszy rzut oka.

Ciekawe, że w ramach powiększania liczebności grupy, ich administratorzy samodzielnie dodawali kogo się da. Przykładowo: jest grupa kamieniarska szokująca liczebnością, w której dodano specjalistkę od makijażu, fryzjerkę itp. I choć osoba dodana do grupy otrzymuje wiadomość z zapytaniem, czy chce do grupy należeć, to w odruchu ludzie zwykle bezrefleksyjnie klikają „Tak” – choćby dlatego, że wśród członków grupy widzą już swoich znajomych. I tym sposobem stają się członkami przypadkowych grup, na przykład kucharzy czy listonoszy. Wypisanie się z grupy nie jest trudne, ale mało kto to robi. W końcu dostaje tylko posty.

Piszę ten felieton nie po to, aby promować wyłącznie swoją grupę „Kamieniarstwo” – przyznaję, że jest kilka innych grup na dobrym poziomie. Przed zaakceptowaniem zaproszenia do grupy zachęcam do sprawdzenia kilku informacji: kto jest administratorem, jakie jest spektrum postów, ile grupa liczy członków i kim oni są. Wtedy decyzja o przynależności do danej grupy jest świadoma. Tak samo warto postąpić przed samodzielnym dopisaniem się do jakiejś grupy.

W życiu wolę spotykać się z ludźmi, z którymi coś mnie łączy – to samo w sieci i na Facebooku. No bo przecież w naturze nie istnieją stada złożone ze słoni, mrówek, małp i nosorożców równocześnie. Jeśli ktoś takie stado tworzy, to zastanówmy się, czy warto do niego należeć. Bo trzeba pamiętać, że o dostępie do wodopoju decyduje przywódca stada i możemy zostać wykluczeni jeśli w swej „przywódcowskiej mądrości” uzna, że woda nam się nie należy.

przeczytaj cały artykuł

Naprawianie świata

Autor: Jarek Mirowski   |   Data publikacji: poniedziałek, 12 marca 2018 12:26

Abstrahując od afery związanej z warszawskimi kamienicami i związanymi z nimi przekrętami, od kilku lat odbywa się w Warszawie remont kamienic odzyskanych od miasta w ten czy inny sposób. Dużo tego typu działań na prawobrzeżnej Pradze, sporo w Centrum, mniej na Woli czy Ochocie.
Zdarza się, że ktoś kamienicę rozbierze by w jej miejsce postawić coś całkowicie nowego (czytaj: nowy blok – potworek). Wtedy rozpętuje się burza, straszenie sądami, czasem rozprawa i wyrok. A kamienicę jak ją rozebrali, tak jej nie ma.

Wersją częstszą jest tak zwana renowacja, która:
• często kończy się rozebraniem wszystkiego oprócz fasady, która podlega ustawie o ochronie zabytków;
• renowacją w teoretycznie pełnym tego słowa znaczeniu.

I w tym drugim przypadku zaczynają się prawie dosłownie schody
Po Powstaniu w 1944 roku z Warszawy zniknęły całe kwartały ulic. Głównie w ścisłym Centrum: Stare Miasto, teren Getta Warszawskiego, ale nie tylko. Budynki, których nie zniszczyli podczas metodycznych działań Niemcy, rozebrali ze względu na teoretyczne zagrożenia budowlane komuniści (choć często rozbieranie to wynikało z chęci usunięcia śladów burżuazyjnej secesji i uzyskania przestrzeni dla nowych osiedli takich jak MDM). Generalizując: ostało się tego niewiele, ale coś nam do podziwiania z tej starej Stolicy zostało. Czasem w opłakanym stanie, czasem w trochę lepszym.

Wspomniane schody
Gdzie nie zajrzymy na klatkę schodową tam Carrara lub lastryko. Czasem Dębnik, zdarza się Winnica. Często tak zniszczone, że nie da się z nimi nic zrobić. Wybrane środki trepów, połamane podstopnice, potłuczone cokoły i wangi. Super, gdy stan umożliwia renowację. Niestety, zdarza się też reanimacja przysłowiowego trupa.

Materiałów nie ma
Zaczyna się szukanie zamienników lub rozbieranie wyższych partii schodów, po to, aby ratować te z niższych pięter. Przekładki, łatanie uszkodzeń, flekowanie i żywicowanie. Materiał zdegenerowany, poplamiony i głęboko porysowany. Człowiek na koniec patrzy na to, co zrobił i nie do końca jest zadowolony z osiągniętego efektu. Robi się z tego takie stare-nowe, zawieszone gdzieś pomiędzy. Ani to estetyczne, ani zrobione na lata.

Nie tylko prywatne kamienice
Nie tylko kamienic to dotyczy. Są również pałace, budynki użyteczności publicznej, które staramy się w wyniku opieki konserwatora zabytków wyciągać z grobów. Zdarza się, że mam wrażenie bezsensowności takich działań. W niektórych przypadkach uczciwsze wydaje się rozebranie wszystkiego – prócz fasad (tak, wiem: ich rozebranie możliwe jest w budynkach, w których przetrwały wojnę jedynie one) – i postawienie praktycznie od nowa w duchu pierwotnego projektu.
Oczywiście, absolutnie nie jestem zwolennikiem rozbierania dobrze zachowanych budynków, ale... Czasami, jak to mawiają, „skórka nie warta wyprawki”. Bo ani pieniędzy (których renowacja pochłania sporo), ani efektu (o czym wyżej wspomniałem), ani satysfakcji z pracy. Dodatkowo, w zaskakująco krótkim czasie, obiekty po renowacji wracają do stanu poprzedniego...

A może stare pozostawić stare?
Jak most Karola w Pradze, który po czyszczeniu dla mnie stał się parodią samego siebie. Jak zabudowa w Edynburgu. Jak budynek katedry w Dreźnie, gdzie nikt nie przejmuje się, że nowy element muru różni się kolorem od elementu sąsiadującego. Może czasem lepiej dać im spokój, jak wielowiekowym nagrobkom i figurom z piaskowca na cmentarzach, które tracą cały swój urok po zabiegach czyszczących?

przeczytaj cały artykuł

Hybrydy

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: poniedziałek, 12 marca 2018 12:22

Hybryda

Ostatnimi czasy hasło „hybryda” głównie kojarzy się nam z samochodami, które według zapewnień producentów są oszczędniejsze, mocniejsze i ekologiczne. Czym jest naprawdę hybryda?

Krótka wizyta na stronie Wikipedii i… okazuje się, że brak jest jednoznacznej, prostej definicji. Istnieje wiele haseł związanych ze słowem hybryda. Można znaleźć tam określenia: lakier hybrydowy do paznokci, hybryda biologiczna, hybryda napędu jako mechaniczny układ współdziałający, hybryda jako rodzaj neologizmu, hybryda jako połączenie przeciwstawnych myśli politycznych... Czy wreszcie określenie z heraldyki, w której dość często można odnaleźć na starych herbach fantastyczne zwierzęta będące połączeniem cech zwierząt realnie istniejących, na przykład: gryf – pół orzeł, pół lew. W takie rozumienie hybryd wpasowuje się również: warszawska syrenka czy mityczny pegaz.

Według mnie stąd właśnie wywodzi się geneza nazwy „hybrydowy”. A nazwa robi w ostatnich latach sporą karierę. Mamy wojnę hybrydową, łodzie hybrydowe (skrzyżowanie pontonu z łodzią), zasilanie hybrydowe, nawet studia hybrydowe. A w reklamie usłyszałem nawet o hybrydowym proszku do prania (nie pytajcie mnie o co chodzi, bo chyba nawet producent tego proszku nie wie).
Słowo jak słowo – modne i tyle. Ja jednak będę się trzymał twierdzenia, że hybrydy są mityczne i niekoniecznie realne. Ewentualnie są nieskutecznymi tworami.

Ale co hybrydy mają wspólnego z kamieniarstwem? Dziwię się, że jeszcze nikt nie wpadł na pomysł, aby o konglomeratach mówić „kamień hybrydowy”, a firmę kamieniarską, której właściciel ma również hotel lub zajazd, określać jako działalność „kamieniarska hybrydowa”.
Zgadza się, że w teorii marketingu mocno podkreślana jest konieczność posiadania przez firmy – jak to ładnie nazwano – różnych jednostek biznesu. Ale poza wspólnym kapitałem nie powinno ich nic łączyć.

Pod koniec minionego sezonu usłyszałem w branży określenie „hybrydowy” w zabawnym kontekście. W jednym z zakładów, w automacie polerskim, diabli wzięli automatykę. A dokładnie sterowanie przesuwu głowicy. Roboty było dużo, więc operator przykręcił kawał pręta i sterował ręcznie. Można? Można. Zabawne było, że sprzedawca zapewniał klienta, że poler będzie rewelacyjny, bo „mamy polerkę hybrydową”.

W branży mamy jednak więcej hybryd. Największa i najbardziej mistyczna to pieniądze – jako skrzyżowanie faktur, kosztów i stanu konta. Realia znamy.
Inny przykład – na świeżo ułożonej posadzce granitowej pojawiły się plamy. Oburzony inwestor usłyszał, że to niemożliwe, bo przecież klejone było supernowoczesnym klejem hybrydowym. Hybrydowość polegała na skrzyżowaniu solidnego kleju do kamienia z najtańszym klejem do płytek ceramicznych – uczciwie: pół na pół.

Ciekawostką dla mnie jako psiarza jest panująca ostatnio moda na tworzenie mieszanek ras psów. Powstały krzyżówki wielu znanych ras w celu osiągnięcia oczekiwanego efektu: wygląd plus charakter. I, o dziwo, nawet Światowy Związek Kynologiczny, wpisuje niektóre przypadki do re-jestru nowych ras. Tak powstały rasy Labradoodle, czyli połączenie pudla z labradorem, czy Schnoodle – krzyżówka sznaucera z pudlem).
Tak więc tworząc koncepcje hybrydowe uważajmy czy przypadkiem hasło „hybrydowe” nie jest usprawiedliwieniem lub dorabianiem teorii do niezbyt sensownych pomysłów.

 

_______
fot.https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/6/67/Zeedonk_800.jpg

przeczytaj cały artykuł

Gęsie pipki

Autor: Michał Ziołowicz   |   Data publikacji: poniedziałek, 12 marca 2018 12:17

Raków

Trzymając nadal balladowy ton moich komentarzy do rzeczywistości, za motto przyjmę znowu tekst Wojciecha Młynarskiego:
Tych miasteczek nie ma już
Okrył niepamięci kurz
Te uliczki, lisie czapy, kupców rój
Płotek z kozą żywicielką
Krawca Szmula z brodą wielką
Co jak nikt umiał szyć ślubny strój

Wracając jakiejś z budowy przejeżdżałem obok miejscowości Raków położonej niedaleko Kielc. Pięknie wybudowana obwodnica zniechęca do skrętu, ale wspomnienie z dzieciństwa mną zawładnęło: czterdzieści lat temu, mój tata budował nieopodal most dla kolei i zabrał mnie pewnego razu ze sobą. I właśnie w tym Rakowie zaprowadził mnie do restauracji „Pod Gąską” gdzie, jak mówił, podają najlepsze „gęsie pipki” w Polsce. Raków był bardzo biedną, pożydowską mieściną – z piękną, co prawda, przeszłością (Arianie, powstania, partyzanci), ale niepewną dość przyszłością.

Restauracja mieściła się w rynku, wybrukowanym „kocimi łbami”. Na środku rynku stały chaotycznie stragany, gdzie handlowano wszystkim – od jajka do konia. Wokół rynku stały malutkie chatki, niektóre już przebudowane na murowane domy w stylu lat siedemdziesiątych. Czuło się tą małomiasteczkową senność i słodkość w powietrzu – taką, po której chętnie zamyka się oczy i albo śpi albo marzy. Pamiętam też lekko nieświeżego kelnera i mój strach, co to są te „gęsie pipki”. Tata się śmiał i nie chciał powiedzieć, aż w końcu kelner przyniósł wspaniałe gęsie żołądki w sosie własnym, których smak pamiętam do dzisiaj. A wokół siedzieli głównie panowie przy zakąskach i wódeczce – klimat lat siedemdziesiątych w czystym wydaniu. I to wspomnienie prowadziło mnie znów na rynek w Rakowie.

Nie spodziewałem się, że spotkam ducha tamtych lat, ale to, co zobaczyłem zezłościło mnie bardzo. Oczywiście restauracji już nie ma od lat, jest bar piwny „Pod Gąską”, w którym można coś zjeść, ale wymaga to dużej desperacji. Na rynku nowoczesne wiaty handlowe ustawione „pod sznurek”, obok koszmarna fontanna z granitu. Dalej coś, co ma udawać studnię, a cały plac wyłożony granitem. Wokół rynku, na domach, krzykliwe, kolorowe reklamy i może z pięć osób wsiadających albo wysiadających z samochodu.

Mam pełne zrozumienie konieczności zmian w urbanistyce miasta, sam jestem ich gorącym zwolennikiem. Rozumiem, że miasta nie mogą być skansenem. Ale takie zmiany niszczą tożsamość tego miejsca. Wraz z tym remontem, z którego ludzie są bardzo dumni, odparowała aura tego miasteczka. Taki rynek jest jak pieczątka postawiona a to w Rakowie a to w pobliskich Chęcinach czy w podczęstochowskim Olsztynie. Te brukowane uliczki, znalezionymi na okolicznych polach kamieniami; te pożydowskie małe domki z ławeczkami, na których wysiadywali mieszkańcy; ta knajpa ze swoimi specjałami – to było świadectwo pewnej autentyczności, ciągłości dziedzictwa kulturowego. Zaimportowany „Rynek wzór nr 3" ma się nijak do tego. Budowanie nowej tożsamości takiego Rynku będzie bardzo trudne.

Te wyślizgane chłopskimi wozami „kocie łby” były strażnikami pamięci. Przecież można było im, chociaż jakiś „rezerwat” urządzić – a tak wszędzie piękny, nowy, bezosobowy granit. Ktoś powie, że to biadolenie, przecież ludzie są zadowoleni, a wszystko tak elegancko wygląda. Ludzie w większości powtarzają, co im telewizja powie. Albo ksiądz. Edukacja w zakresie estetyki i kultury to temat, którego nikt nie chce poruszać. I bardzo źle. Przecież nikt nie każe korzystać z wychodka (skoro jest kanalizacja), ani jeździć furmanką (kiedy pod domem stoi samochód). Tu chodzi o to, że takie rynki to są zabytki urbanistyczne – krajobrazy należące do zbiorowości ogólnej, a nie tylko miejscowych notabli. Zachwycamy się urokliwymi miasteczkami we Włoszech czy w Chorwacji, a sami takie miejsca nieodpowiedzialnie zmieniamy.

To oczywiście zarzut do architektów i konserwatorów zabytków, ale również wyzwanie dla nas kamieniarzy. Postulujmy używanie miejscowych materiałów, nie dajmy sobie wmawiać, że „Unia to albo tamto”, bo to nieprawda. Nie polecajmy wszędzie granitu, zwłaszcza nie ze Strzegomia tylko z Chin (bo taniej i więcej się zarobi). Szukajmy dobrych rozwiązań „uszytych” na miarę miejsca i ludzi.
Rynki miast i miasteczek w większości już są zrewitalizowane – wygląda na to, że teraz przyszedł czas na obiekty sakralne. Postarajmy się w proboszczach wzbudzić refleksję, że może nie Yellow Pink będzie dobrym materiałem w historycznym wnętrzu kościoła. Może jednak Libiąż, może Morawica?
Jestem przekonany, że za te zunifikowane Rynki, kolejne pokolenia nam nie podziękują i będą bardzo krytyczne. Wiem, że to bardzo trudny temat i wiele osób twierdzi, że jest bezsilne. Ale rozmawiajmy, przekonujmy, uczmy. Tym bardziej, że negatywnym bohaterem tych zmian jest kamień – coś, na czym się znamy.

Na koniec dialog z pogranicza żartu i smutku:
– Dzień dobry, a co tu u pana tak mało ludzi?
– Przyjdo, przyjdo, ale pod wieczór jak z babami wytrzymać nie bedo mogli. Na piwo przyjdo.
– Na gęś już nie przychodzą?
– Panie, tera to ludzie pieniądze mają, kto by gęsi trzymał. Jak bedzie chciał to se w Bierdonce kupi. Tera to jeszcze po „pińcet” dostali, to by chyba gupi byli, jak by się z gadziną uganiali. Zresztą, na to gęś to tylko przyjezdni przyjeżdżali, głównie w niedziele. A piwo cały tydzień sprzedaje.
– To się u pana już tej gęsi nie zje? Bo wie pan – ja właśnie przyjezdny jestem, gęsie pipki myślałem, że zjem.
– Pipki mom, zrobie panu, ale trza będzie zaczekać, bo rozmrozić muszę. To co piwko podam?
– A nieee, dziękuję. Innym razem przyjadę.


Ps. Zachęcam wszystkich do odwiedzenia Rakowa, piękne okolice, wiele atrakcji i bardzo przyjaźni ludzie.

przeczytaj cały artykuł
Strona 15 z 27

Najnowszy numer
6/2025 (139)

grudzień 2025 – styczeń 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

noimage
2025-12-08 00:00:00
Sprzedam automat polerski firmy PROMASZ, mało używany, z głowicą. Cena do uzgodnienia. Krotoszyn. Tel. 607 334 259

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.