
Miałem szczęście współpracować z wieloma ciekawymi ludźmi. Jednym z nich był dyrektor firmy, w której kiedyś pracowałem. Dyrektor był skarbnicą wielu pysznych powiedzonek. Na przykład: „pan się musi zdecydować: nie da się trochę być w ciąży, a trochę nie” albo „pan to mi może nawet mówić Józiu, bylebyś pan tę robotę skończył”.
Pewnego razu pojechaliśmy na budowę, gdzie zawalone były wszystkie terminy, a kierownik nie dawał sobie rady. Wybuchła monstrualna awantura i trzeba było zorganizować jakąś akcję. Dyrektor zarządził, że wszyscy pracownicy pojadą na tę budowę i w ciągu 24 godzin skończymy montaż elewacji. Szaleństwo.
Około godziny jedenastej wieczorem jeden z pracowników – pochodzący z Podhala pan Staszek – ostentacyjnie usiadł na paletach i zapalił papierosa. Dopadł do niego dyrektor i powiedział: „Panie Staszku, co jest? Robota nieskończona, a pan tu sobie popala?”. Riposta była znakomita: „Panie! Jo nie jest kuń. Jo ustał.” Wywiązała się z tego pyskówka, bo Staszek okazał się mistrzem ciętej riposty i nie dawał się dyrektorowi przegadać. Ten – już wściekły – powiedział mu, że jakby chodził do szkoły, to by nie musiał tak zasuwać. I tym razem Staszek ze swoim spokojem odpowiedział dyrektorowi pokazując na mnie: „O! Widzisz pan... 18 lat do szkoły chodził i co? Fleksem się nauczył ciąć. Jo się ożenił, chałupe wystawił i piątke dzieci wychowuje. Jo z wos najlepsą szkołę skońcył.”
Budowę skończyliśmy około piątej rano, Staszek nawet jakąś premię dostał. Ale pomimo wielkiej sympatii do Staszka, nie zgadzam się, że szkoła życia to najlepsza szkoła. Szczególnie dzisiaj. Dzisiaj szkoła – a w zasadzie jej brak – to temat wielu rozmów właścicieli zakładów kamieniarskich. Średnia wieku kamieniarzy pracujących w tych firmach bardzo poszła w górę – to dzisiaj lat 50 i więcej.
Dlaczego tak jest, dlaczego tak brakuje młodych ludzi w naszym zawodzie? Można wyciągać różne opinie i statystyki, ale najlepiej skomentował to jeden z kolegów: „młodych nie ma, bo ich nie ma”. Nie ma młodych kamieniarzy, młodych stolarzy, murarzy itd. Po prostu mamy niż demograficzny. A także sporą emigrację zarobkową. Nie ma też chęci, żeby fizycznie pracować, bo źle się to kojarzy. Nie ma szkół o profilu kamieniarskim, w których młodzi ludzie zdobyliby umiejętności potrzebne w tym zawodzie. Nie ma szkoły, która zachęciłaby do tej profesji – nie tylko pucka i przecinak, a z maszyn kolankówka z 1956 roku. W takiej szkole powinna być nowoczesna oferta. Z jednej strony tradycyjne rzemiosło, a z drugiej obsługa maszyn CNC, programy CAD i języki obce na wysokim poziomie. Marzenie? Może i marzenie, ale też i konieczność.
Zgadzam się z Jackiem Łatą, który na zjeździe ZPBK we Wrocławiu, w żywej dyskusji zauważył, że szkoła kamieniarska według starych wzorców nie ma dzisiaj sensu, bo dzisiaj potrzebna jest szkoła, która łączy kilka profesji i wiele umiejętności. Profil absolwenta szkoły zawodowej musi dzisiaj pasować do wielu zadań zawodowych. Czasami może to być zawód, który jeszcze nie istnieje albo nie został jeszcze nazwany.
Jak to zrobić? Nie wiem. Ale wiem, że Ukraińcy kiedyś przestaną przyjeżdżać do Polski, tak jak my przestaliśmy gremialnie jeździć do Niemiec. Na innych pracowników na razie nie bardzo można liczyć. Dlatego reanimacja szkół zawodowych – nowoczesnych i atrakcyjnych – jest nie tylko marzeniem, ale koniecznością. Budowanie prestiżu tej profesji, zarówno od strony ekonomicznej jak i atrakcyjności zawodu, jest naszym wielkim wyzwaniem. Szkoda tylko, że reformując oświatę, władze nie zaczęły od najbardziej potrzebnej zmiany, a zajęły się gimnazjami, które funkcjonowały już całkiem przyzwoicie.
Spotkałem Staszka miesiąc temu w Warszawie. Postarzało się chłopisko przez 16 lat. Okazało się, że do piątki dzieci doszło jeszcze dwoje. Ma już ośmioro wnuków, a na budowie pracuje z trzema synami. Porozmawialiśmy chwilę i – jak to bywa – zeszło na politykę. Staszek nie stracił daru ciętej riposty: „ Kierowniku, o cym my gadamy? Jakie pińcet plus? Najlepiej dzieciom to robią delegacje. Jak chłop od baby odjedzie, to jak wróci, to zaroz w chałupie więcy dzieci. Patrz pan: u mnie siedmioro, u chłopoków po dwoje, a cosik mi zdaje, ze jedno to już w drodze u Jaśka. Zarobić ino trzeba. Cała polityka”.
Piękne.
Niezależnie od tego, kiedy kamieniarz miał ostatnie wakacje, co robi na wyjeździe wakacyjnym, szczególnie zagranicznym? Tak jest! Ogląda wykonanie prac kamieniarskich. Nie mówcie, że tak nie macie. Nie uwierzę. Zawsze kończy się na sprawdzaniu szerokości fugi, wielkości sztrabów albo rozmyślaniu ile ten bloczek trzeba było polerować bez kątówki. Wypadamy nieźle na tle Europy – jakość raczej u nas wyższa. Gorzej z luzem, który jako drugą rzecz obserwuję podczas swoich podróży. W tej kwestii wypadamy gorzej niż blado.
Kilka lat temu, Barcelona
Prace na stacji metra. Remont ścian, okładzin – pojęcia nie mam czego dokładnie. W każdym razie: maszyny hałasują, młoty kują, wszędzie tumany kurzu. Ludzie niezrażeni poruszają się wzdłuż postawionych wygrodzeń, nikt nie zwraca uwagi na to, co się dzieje. Nie darowałem sobie – żeby próba statystyczna miała swoją wartość, obserwowałem przejście przez godzinę. Nikt się nie kłócił, nikt nie złorzeczył, nikt się nie próbował wejść tam, gdzie nie powinien.
Kilka tygodni temu, Rzym
Podczas przejazdu metrem, na monitorze reklamowym, wyczytujemy informację o tym, że następnego dnia mogą nastąpić przerwy w kursowaniu komunikacji miejskiej. Nie METRA. Całej KOMUNIKACJI. Przerwa od rana do godziny 17:00. Prawie 3-milionowe miasto. Zero stresu, krzyków i lamentu następnego ranka. Część wzięła wolne, część jedzie z sąsiadami samochodem – inni powyciągali z piwnic rowery i też radzą sobie.
Aktualnie, stacje warszawskiego metra
Ludzie na rusztowaniach, skuwają okładzinę ścienną nad schodami. Pył, kurz, spadający gruz kamienny. Niezrażona gwiazda płci żeńskiej, mimo rozstawionych siatek zabezpieczających, wciska się gdzieś między ogrodzenie a ścianę i wkracza na schody.
Konsternacja, robota ustaje. Pada sakramentalne: „Gdzie?!”, na które niezrażona Pani odpowiada: „Przejdę tak tutaj bokiem, nikt przecież nie zauważy.” Nie dotyczy jej informacja o zamknięciu przejścia, rozciągnięta taśma BHP, siatki, ogrodzenia etc. A zza siatki łypią już na nas kolejne gwiazdy gotowe pójść w jej ślady pierwszej. A na ich licach wypisane wielkimi literami: „jak ona przejdzie to i ja pójdę”. Kiedy się ją już stanowczo, aczkolwiek wciąż kulturalnie wyprasza, padają słowa „skarga”, „ja tego tak nie zostawię” lub „tak nie może być”.
To nie przypadek
Tak jest za każdym razem. Oto dowcip, który stracił dla mnie swój urok i stał się okrutną prawdą dzięki pracom na obiektach publicznych :
– Panie kierowco, czy dojadę tym autobusem do centrum? – pyta kobieta.
– Niestety nie, proszę pani – odpowiada kierowca.
– A ja? – pyta stojąca za nią blondynka.
Zastanawiam się nad wykonaniem kamizelek ze sło-wami wypowiedzianymi przez Gandalfa w Morii: You shall not pass... („nie przejdziesz” – przyp. red.)
Aby nie zostać posądzonym o mizoginię: głupota i brak pomyślunku na co dzień nie mają płci. Pyskówek odbyłem wiele i z kobietami i z mężczyznami. Kobiety są po prostu w swoich zachowaniach bardziej – powiedzmy – pocieszne, udając roztrzepanie, zaskoczenie etc.
Spięci
Porażająco jesteśmy spięci i brak w sporej części społeczeństwa zrozumienia oraz poszanowania dla pracy innych. Jeśli po budowie ktoś chodzi w przybrudzonych ogrodniczkach – w takich warunkach to raczej norma – to już ma etykietę robola, z którym nie ma co dyskutować, bo to zapewne cham i prostak. Z drugiej strony: jeśli ja tu pracuję, to czemu te chamy tam kują i nie dają mi w spokoju wykonywać obowiązków.
Kolejny autentyk:
Dworzec Centralny Warszawa, rok ubiegły
Rezydująca w punkcie jednego z operatorów komórkowych panienka – w ramach zemsty za ri-postę jednego z pracowników – wezwała Państwową Inspekcję Pracy. I to żeby riposta była chamska – po prostu: na pytanie czemu nie wykonujemy prac w nocy, usłyszała pytanie czemu ona pracuje w dzień, skoro również mogłaby w nocy. Foch był ogromny. Dowiedzieliśmy się, że poniesiemy konsekwencje. A potem przyszedł PIP i żadnych nieprawidłowości nie znalazł.
Spięci – odsłona druga
Trudno mi wyobrazić sobie prace prowadzone w ten sposób jak w Barcelonie. Nie chcę nawet próbować sobie wyobrażać tego, co działoby się w mieście przy okazji strajku komunikacji. A już absolutnie nie chcę myśleć o tym, ile osób zostałoby postawionych pod przysłowiowym pręgierzem, gdyby w środku miasta – jak na stacji Letná w czeskiej Pradze – trwała przeciągająca się bardzo długo budowa. I dodatkowo zakończyłaby się ona się sporym faux pas: zapomniano o budowie schodów ruchomych i zatrudniono specjalnie tragarzy.
Wyluzujmy, szanujmy siebie, a przede wszystkim innych. Życie będzie i łatwiejsze i przyjemniejsze.
P.S. Dziś rozpoczynaliśmy prace na kolejnej stacji metra, konieczne było zamknięcie jednego z sześciu (sic!) wejść. Nie zdążyliśmy nawet dotrzeć rano na budowę, a do kierownictwa metra dotarły pierwsze skargi, czemu wejście ma być zamknięte...
Zastanawiam się często nad tym, co takiego jest w ludzkiej naturze, że wolimy wymyślać niestworzone historie zamiast po prostu powiedzieć prawdę. Zysku z tego nie ma żadnego, a kłamstwo i tak szybko wychodzi na jaw. W efekcie „ściemniacz” – jakby to ujęła młodzież – naraża się na ośmieszenie i traci wiarygodność. I myli się ten, kto myśli, że sprawa dotyczy wyłącznie płatności. Choć pod tym właśnie względem rozmówcy bywają najbardziej pomysłowi.
Historie o zaginionych fakturach, które wpadły pod biurko, zginęły razem z aktówką czy zostały zostawione na stacji benzynowej, to nic nowego. Oczami wyobraźni widzę też jak szef firmy, z fakturą w ręku, wchodzi na obiad do baru przy autostradzie – po czym zostawia dokument obok talerza po zjedzonym schabowym.
Ciekawe, że te same faktury – skrupulatnie poukładane – leżą w księgowości w segregatorze z napisem „odliczenia VAT”.
Niechęć do płacenia lub przeciągania terminu (czytaj: rozstawania się z ciężko zarobionymi pieniędzmi) poniekąd mnie nie dziwi. Ale już naciąganie faktów i kreatywne tłumaczenia w innych przypadkach zawsze mnie zaskakują.
Ileż to razy słyszeliśmy o zepsutym aucie, chorobie żony, teściowej lub awarii zasilania od kogoś, kto nie zjawił się na umówionym spotkaniu? Rekordowe wyjaśnienie, jakie miałem okazję usłyszeć, było następujące: „Nie dojechałem, bo złapałem gumę. Potem zatrzymała mnie policja i trzymała ponad godzinę. Potem był korek, a jak już dojeżdżałem, to zawróciłem, bo żona nie mogła odebrać dziecka z przedszkola i musiałem ją zastąpić.” Zakładając nawet, że można mieć takiego pecha, to chyba wypadałoby zadzwonić i przełożyć spotkanie. Na to jednak nie starczyło kreatywności.
Skoro mowa o telefonach... Nieodbieranie telefonów i nie oddzwanianie to kolejna bolączka naszych czasów. Jasne, że nie zawsze można odebrać. Ale jeśli do kogoś nie można się dodzwonić przez wiele dni, to już chyba nie jest przypadek. Zresztą zawsze można oddzwonić. Niestety, niewielu korzysta z tej możliwości.
Na pytanie o powód nieodbierania telefonu też pojawiają się dość fantastyczne wytłumaczenia, z których wynikać by mogło, że „komórki” należą do najbardziej awaryjnych urządzeń jakie używamy. Wygodne wytłumaczenie: „bateria mi padła” jest grubymi nićmi szyte, gdy osoba dzwoniąca słyszy kilka sygnałów i zaproszenie do zostawienia wiadomość zamiast komunikatu: „telefon jest wyłączony lub jest poza zasięgiem”.
Kolejne interesujące zjawisko to wytłumaczenia dla niedotrzymanych terminów. Uzasadnienia są równie zabawne, co w wyżej opisywanych sytuacjach, ale dochodzi jeszcze do zwalania winy na podwykonawców, dostawców itp.
„Elewacja nie jest montowana, bo przyszły kotwy nie takie jak zamówiłem.” „Klej, który mieliśmy stosować, okazał się wadliwy i musimy czekać na inny.” Częstym winowajcą stają się też choroby pracowników – „brygada dostała grypy i jest na zwolnieniu”. Cała?
Ciekawe, że wszystkie te przypadki występują tym częściej, im większa część faktury została zapłacona. A największe kataklizmy dotyczą zleceń zapłaconych w całości.
Pocieszać może fakt, że wyjaśnienia – nawet najbardziej fantastyczne – jednak się pojawiają. Świadczyć to może, że nasz rozmówca ma świadomość niestosowności zachowania i czuje potrzebę wytłumaczenie się z tego.

Na początek anegdota z życia wzięta.
Paręnaście lat temu mieliśmy w stolicy budowę, na której Inspektorem Nadzoru był niezwykle interesujący i nietuzinkowy człowiek, pan W. Kiedy doszło do odbioru robót pan W., we właściwy dla siebie sposób, pokazał nam, co zrobiliśmy źle, czego nie umiemy i czego musimy się jeszcze nauczyć. Po kilku tygodniach „czołgania” wreszcie nasze prace zostały odebrane.
Poszliśmy razem z kolegą do pana W. I zaprosiliśmy go na obiad. Było bardzo miło, sypały się anegdoty, iskrzyło humorem, aż nagle mój kolega, który de facto prowadził te roboty, zapytał pana W.: „Panie Inspektorze obiecałem sobie, że jak wreszcie oddam tę robotę to zapytam pana o jedno. Dlaczego jest pan taki ch…?” Ja zamarłem, a pan W. niewzruszony i nie przerywając konsumpcji odpowiedział. „Widzi pan, faktycznie coś w tym jest. Ja sam wiele razy się nad tym zastanawiałem, i myślę, że ja się taki urodziłem…”
Przez następne lata spotkałem wielu inspektorów i usłyszałem niezliczone opowieści o odbiorach. I —jak to w życiu —okazywało się, że pomimo zapewnień, nie zawsze ten Wykonawca był taki niewinny, a ten Inspektor taki straszny. Prawda zazwyczaj leży pośrodku, a obie strony toczą ze sobą zmagania przypominające trochę zawody sportowe. Mnie te zawody kojarzą się z piłką nożną, gdzie występują charakterystyczni gracze. Tych zawodników można by rozstawić w parach odpowiadających budowlanym realiom.
1. Inspektor Widmo kontra Wykonawca Solidny —dla wielu wykonawców wymarzone losowanie.
Nikt się nie wtrąca, robota idzie, inspektor podpisuje — jest super. Do czasu, kiedy wejdzie ktoś z ławki rezerwowej i nastąpi zmiana. A wtedy wygrana przez Wykonawcę nie koniecznie będzie oczywista.
2. Inspektor Grzeczny kontra Wykonawca Cwaniak —w rozgrywkach bardzo częste spotkanie.
Wykonawca wszystko robi jak chce i kiedy chce, Inspektor bezsilnie usiłuje ucywilizować spotkanie. Mecz jest jednak sprzedany, bo Wykonawca ma układ z kimś wyżej.
3. Inspektor Gwiazda kontra Wykonawca Osaczony —w tym meczu zwycięzcą może być tylko On.
On Alfa i Omega, Bóg i Car. Musi być nerwowo, głośno, musi być komplet publiczności. Dla efektu nie zawaha się nawet przerwać spotkanie wpisem do Dziennika Budowy.
4. Inspektor Spółdzielca kontra Wykonawca Bankomat —w tym spotkaniu wszystko jest jasne: wiadomo, kto sprzedaje, a kto kupuje.
5. Inspektor Inżynier kontra Wykonawca Oszust —bardzo często rozgrywany mecz.
Wygrywa najczęściej Inspektor —jak prze-trwa kontuzje kardiologiczne, psychiatryczne i nerwowe. Wykonawca fauluje i oszukuje bezustannie i jest wiecznie zdziwiony, że ktoś stale zwraca mu na coś uwagę.
6. Inspektor Badacz kontra Wykonawca Stoik —często rozgrywane spotkanie ze wskazaniem na remis.
Wszystko zależy od cierpliwości Wykonawcy i dociekliwości Inspektora.
7. Inspektor Consigliere kontra Wykonawca Ofiara —tu inspektor jest jak Tom Hagen w „Ojcu Chrzestnym”. Plan powstał wcześniej, on go tylko realizuje, a Wykonawca może się tylko modlić, żeby nie musiał zamknąć firmy.
8. Inspektor Policjant kontra Wykonawca Bandyta —wbrew pozorom Inspektor nie zawsze wygrywa.
Czasami dla dotrzymania terminów i zapobieżeniu płacenia kar Bandyta może wygrać.
I można mnożyć jeszcze więcej opisów — większość czytelników zna te rozgrywki doskonale. Problem tak naprawdę nie dotyczy graczy, ale zasad gry: kto i jak je ustala i czy zmienia je w trakcie spotkania. Mamy Polskie Normy, Prawo Budowlane, Umowy. Ale ile razy dzwoni ktoś znajomy i błaga: „znajdź, daj mi jakąś normę, zawziął się na mnie, nie chce mi odebrać”. Te normy oczywiście są ogólnodostępne, jak czegoś nie ma to zazwyczaj jest w normach niemieckich lub innych europejskich. Ale kto te papiery nosi ze sobą?
A przecież można by, na wzór zachodnich sąsiadów, opracować praktyczne zastosowanie norm. I tak na przykład: zęby na posadzce —pod
poziomicę dwumetrową można podłożyć najwyżej dziesięciogroszówkę. Na fasadzie do pionu pod listwę nie może wejść nic ponad „piątaka”. Tych sposobów sprawdzania zgodności z Normami można opracować bardzo wiele, problem, kto to opracuje i uwierzytelni. Może Izba Rzemieślnicza, może ZPBK? Na pewno skorzystaliby wszyscy — najwięcej kamieniarze. Ale i klienci również.
Tęsknię czasem za panem W. Zasady spotkania z nim były ustalone jasno i klarownie: był twardy, nieustępliwy i wymagający. Z perspektywy czasu doceniłem fakt, że miałem okazję zagrać z samym Diego Maradoną. W tym meczu nie sposób było go pokonać, ale dopiero dzisiaj zrozumiałem, że istotą była gra, a nie wynik.

Zdarzało mi się już na niego powoływać. Jak powiedział As: „Ważne jest przestrzeganie przepisów BHP, zwłaszcza na kolei.”* Mój ulubiony, niewystępujący w hollywoodzkich blockbusterach, superbohater pouczał tymi słowami dróżnika, który zasnął w pracy.
Na kolei nie zdarza się Wam zapewne pracować, za to równie ważne są wspomniane zasady w naszym codziennym, budowlanym życiu pracowniczym. Nie raz i nie dwa widywałem sytuacje, w których na Asa należałoby się powołać.
BHP głęboko ukryte
Fachowiec, jak wiadomo, pić musi. Dlatego też wielu fachowców w stanie wskazującym na mocne spożycie na budowach widywałem. Czasami cudem był fakt, że niektórym z nich nic złego się nie przydarzyło. Ot, choćby montażyście pracującemu w zaprzyjaźnionej firmie przy montażu elewacji. Jego stan był tak kiepski, że błędnik miotał nim po całym rusztowaniu. To był taniec z płytą granitową (nie była mała, pewien nie jestem, ale coś blisko standardów, 120 cm x 60 cm), którą chciał zamontować (jakimś cudem) na wysokości drugiego piętra. Strach było krzyknąć, żeby przypadkiem nie postanowił się zbliżyć do krawędzi rusztowania, by sprawdzić, kto i w jakim celu woła. Na szczęście udało mu się odłożyć rzeczoną płytę, a chwilę potem przechwyciła go reszta brygady znajdująca się rusztowaniu.
Różne cuda widziałem, Wy zapewne też. Również teraz się to zdarza...
...nie ukrywajmy
Sięgnijcie do pamięci: czy zdarzyło się, żeby z któregoś z zakładów lub firm kamieniarskich nie poleciał choćby jeden pracownik za picie alkoholu w pracy? Jeśli przedstawiciele takich firm ten tekst akurat czytają, to gratuluję, składam wręcz hołd. Mnie się tego uniknąć nie dało. Czasami wręcz przez alkohol bywało na budowach nieśmiesznie.
Eliminacja
Jest czas na pracę, czas na zabawę, a przy tym alkohol. Truizm, wiadomo. Czasy wolnej amerykanki w zakresie zasad bezpieczeństwa na budowach —szczególnie tych dużych —odeszły w zapomnienie. Było minęło. I dobrze. Choć, jak zawsze w naszym polskim piekiełku, nie do końca.
Absurdy
Jak to się u nas zdarza. Nie wszędzie, nie generalizujmy, ale już taka cecha ludzkiej percepcji, że rejestruje przede wszystkim skrajności. Codzienne sprawdzenie trzeźwości na bramie? Tak! Każdy powinien posiadać kask? Tak jest! Buty z wzmocnieniem na noskach? Tak. Ponadto wiele, wiele innych rzeczy - tak. Ale...
Skrajności
Montaż posadzki, kamieniarze ją montujący są jedynymi pracownikami. Nie ma tam ponadto nikogo, temperatura w pomieszczeniu sporo powyżej 25 stopni. Wszyscy pracują w kaskach klepiąc posadzkę, nerwowo rozglądają się za każdym razem, kiedy ściągają je, żeby wytrzeć pot z czoła. Abstrakcja? Tak, ale niestety jest to sytuacja prawdziwa, niewymyślona.
Montaż wentylacji, ludzie ją montujący z drabiny starają się dostać do jednej z rur. Przychodzi behapowiec i kategorycznie zabrania pracy z drabiny —żąda rozstawienie rusztowania. Za chwilę lecą wyzwiska. Montażyści nie mają siły tłumaczyć, że pomieszczenie jest zbyt małe, aby rusztowanie w nim rozstawić. Nie. Nie i koniec —nie ma możliwości ominięcia zasad.
Transport na budowę. Kierowca małego samochodu dostawczego nie może wjechać na budowę, ponieważ nie ma koguta sygnalizacji świetlnej. Znajduje się jakaś dobra dusza, która użycza swojego. Co z tego, jak ochrona i tak nie chce go wpuścić, ponieważ jego samochód nie daje sygnału dźwiękowego podczas cofania.
Badania lekarskie, wiadomo, rzecz niezbędna. Konia jednak z rzędem temu, kto przewidzi, iż lekarz wykonujący badania, straci za pół roku uprawnienia do ich wykonywania. Według Pani Inspektor nie jest to żadne wytłumaczenie – badania po prostu przestają być ważne. Kropka. Zrobić je trzeba ponownie.
To tylko skromny wyciąg z warszawskich budów firmy X, na których inspektor bhp zaczął być szarą eminencją. Niestety, często są to ludzie bez jakiejkolwiek fantazji, których – o zgrozo! – boją się czasami nawet kierownicy (karani również).
Konsekwencje
Pojawiły się szybko. Nawet bardzo szybko. I nie spodziewałem się tak szybkiej reakcji. Firmie X nikt już nie chce przygotowywać wycen, ponieważ nikt nie ma zamiaru podpisywać z nimi umów. Nie tylko kamieniarze, również gipsiarze, elektrycy etc. Po co się męczyć, skoro później i tak nie dadzą ci pracować?
Pamiętajmy, zasady są ważne, ale również pisane przez ludzi. Należy je stosować, ale to od nas zależy ich interpretacja. A czasami ich literalne traktowanie prowadzi do absurdów. Których jak najmniej sobie i Wam życzę.