Reklama


Felietony

Na grzyby, na ryby… i w poszukiwaniu klienta

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: poniedziałek, 05 listopada 2018 01:00

Klimat nam się zmienił, co spowodowało, że miłośnicy zbierania grzybów nie mają powodów do radości. Każdemu wyjściu do lasu jednak towarzyszy nadzieja, że może jednak będą.

Też ostatnio się postanowiłem się wybrać. Ale po odpytaniu znajomych i poczytaniu ogólnych informacji, z których wynikało, że grzybów nie ma, postanowiłem swoją wyprawę podeprzeć informacjami z sieci. Okazało się, że jest tego całkiem dużo. Znalazłem ogromną liczbę stron, a na nich mapki i opisy gdzie, kiedy i w jakich warunkach grzyby znajdowano.

Nawet jest dość powszechny parametr pomiarowy zbierania: ilości grzybów znalezionych na godzinę. Ba! Znalazłem nawet naukowe i nienaukowe informacje o tym, kiedy grzyby będą.
Ciekawe były te nienaukowe: a że po pełni księżyca, a że 2 dni po występujących mgłach... I tak dalej, i tak dalej. Najlepsze w tych prognozach było to, że wszystkie napisano jak prawdę objawioną, a jedne z drugimi były sprzeczne.

Uzbrojony w taką wiedzę, w końcu zdecydowałem: „Teraz jadę i nakoszę ze dwa wiadra.”

Przyjechałem do lasu i zauważyłem, że takich mądrych jak ja jest wielu. A problemem było już zostawienie samochodu w takim miejscu, by nie wspierać datkami służb leśnych. Jak powszechnie wiadomo do lasu wjeżdżać nie wolno i rzeczone służby skrupulatnie to egzekwowały.
Efekt zbierania – według wspomnianego powyżej parametru – 3 grzyby na godzinę. Inni zbieracze biegający po lesie mieli podobne wyniki. W rezultacie wyszła niezbyt okazała jajecznica z grzybami. Chyba jednak trzeba zaczekać na deszcz i liczyć, że temperatura będzie sprzyjała rozwojowi grzybni.

Piszę o moich dokonaniach w lesie, bo przypominają mi mocno kamieniarską walkę o klientów. W tym wypadku można zauważyć podobne działania.
Część firm pomysły na pozyskanie klienta czerpie z przepowiedni, część podpiera się wiedzą.
A w sumie wszystkim brakuje najprostszego podejścia: dobra oferta, dobra obsługa sprzedażowa i opracowany system komunikacji z rynkiem.
Co do tego ostatniego, to lekko dziwi mnie jak u wielu osób wartość Internetu stała się mityczna. Jest taka stara zasada w marketingu, że 80% działań nie daje rezultatu. Ale niestety rezygnacja z nich spowoduje, że tych 20% dających zysk też nie przyniesie efektów.

Nie wierzycie? Oto kilka przykładów z życia. Rozmawiam z ludźmi – to moja praca. Proponuję reklamę w Kurierze (to też moja praca) – odpowiedź pada: „Nie, klientów pozyskuję z Internetu.” Pytam, czy spotkamy się na targach – odpowiedź podobna: „Nie, w necie jest wszystko.” Na pytanie o przyjazd na kongres kamieniarski lub inne spotkanie branży padają analogiczne słowa: „Nie, działam w sieci.”
To prawda. Internet to doskonałe narzędzie komunikacji z rynkiem, ale też potworny śmietnik, w którym pełno informacji bzdurnych i ofert oszustów. Ludzie coraz częściej to zauważają i zaczynają szukać ofert w bardziej tradycyjny sposób.

Naprawdę czasem warto pojechać na targi, spotkać się z ludźmi, zobaczyć, co pisze prasa i w tych kanałach dystrybucyjnych też zaprezentować swoją ofertę. Bo w sieci, jak to w sieci: czasem dorodny szczupak, czasem hodowlany karp, ale częściej mała płotka albo stary but i plastikowa butelka.

A propos ryb. Z grzybami nie wyszło, więc w następny weekend pojadę na ryby. Pewnie znowu poczytam w necie – czy biorą, gdzie biorą, na co i o której godzinie. Ale też porozmawiam ze znajomymi doświadczonymi wędkarzami, umówię się z nimi nad wodą i to raczej w ten tradycyjny sposób przygotuję się do wyjazdu.

przeczytaj cały artykuł

Project manager

Autor: Michał Ziołowicz   |   Data publikacji: poniedziałek, 05 listopada 2018 01:00

I nadeszła jesień… I jak co roku cała branża przypomina dom wariatów.

Kiedy wiosną wszyscy klienci uważali, że mają czas, że nie trzeba się śpieszyć z zamówieniami, kamieniarze aż piszczeli za pracą. Latem, kiedy wszystko powinno iść pełną parą, okazuje się że trudno cokolwiek ustalić i robić, bo ten jest na urlopie, ten wrócił z urlopu i nic nie wie, a ten właśnie idzie na urlop i nic nie będzie ustalał.

I nadchodzi jesień. Nagle wszyscy dostają amoku, nic nie jest zrobione, nic nie skończone, nie dostarczone, nie zamontowane, wszędzie kata-strofa.
Wszyscy gwałtownie szukają wykonawców, oczywiście najlepiej od jutra, zaraz, teraz. I tyra się tymi ludźmi od świtu do nocy, nie pomaga tłumaczenie, że ludzie mają rodziny, dzieci, że w nie-dzielę się nie pracuje, że święta są dla wszystkich. Największa groteska jest wtedy, kiedy nasz zleceniodawca doznaje olśnienia, że jeden pracownik nie położy 20 m2 posadzki dziennie, że nie ułoży 15 m2 elewacji. I wtedy się zaczyna: „Macie dłużej pracować! Dajcie więcej ludzi! Róbcie na dwie, na trzy zmiany!” Tłumaczenie, że fasady nie da się montować od środka, a posadzkę trzeba układać rzędami, na nic się zdaje.

Awantura goni jedna za drugą, telefon grzeje się od rana do nocy. I dopiero gdzieś w grudniu – albo na początku stycznia – wszystko ucicha, uspokaja się. Coś, co było „być albo nie być”, nagle przestało takim być. Kolejny nieprzekraczalny termin można spokojnie przesunąć. Jest czas żeby wszystko dokończyć, dopieścić, wycyzelować.

I w tym czasie dzieje się coś przedziwnego – budowa przechodzi do odbiorów. Nasze prace trwały dwa miesiące, a odbiory trwają trzy miesiące i więcej. Długo nie mogłem zrozumieć czemu buduje się obiekt w półtora roku, a odbiera przez pół roku. Jak zwykle powodów jest wiele. Najczęstszy to jednak niesprzedane wszystkie lokale. Czyli lepiej, żeby za ogrzewanie, prąd i ochronę płacili wykonawcy. Przeczołga się ich trochę – w końcu kto w takim pośpiechu nie robi błędów? Wytknie się jeszcze nieścisłości w dokumentacji powykonawczej i miesiąc za miesiącem zleci.

Na budowach finansowanych z budżetu lub z funduszy unijnych (najczęściej dwa w jednym), odbiory są w terminach przewidzianych harmonogramem. Tyle, że najczęściej to odbiór wirtualny, ilość prac do zakończenia jest zazwyczaj ogromna. Mija więc wiele miesięcy od odbioru do przekazania do użytkowania. Wygląda na to, że na jedno wychodzi. Taka rzeczywistość panuje od lat i nie zanosi się, żeby coś się zmieniło.

Biorąc pod uwagę trudności z pozyskaniem pracowników, będzie gorzej. Tak ja, prosty kamieniarz, to widzę i rozumiem. Ale pojąć nie mogę, czemu nie widzą tego ludzie, którzy planują inwestycje. Przeglądając planowane na przyszły rok inwestycje, trudno nie zauważyć, że decydenci tracą kontakt z rzeczywistością i możliwościami budownictwa. To, że udało się jeden czy drugi pomnik wybudować w ekspresowym tempie, nie znaczy, że ktoś wykona i zmontuje 100 trudnych, granitowych nagrobków. Do tego ścieżki i trzy bramy oraz kawałek ogrodzenia. Wszystko to w 8 tygodni. To, że nasi kamieniarze wykonują największe i najtrudniejsze elewacje w Europie nie znaczy, że wykonają 30.000 m2 bardzo trudnej elewacji na jednej budowie i to w rok.

Polak potrafi? Ja uważam, że nie.
Dzięki Bogu, już nie. Polak potrafił, bo nie miał ani wyjścia ani wyboru. Dzisiaj, szczęśliwie, jesteśmy w innej sytuacji. Szkoda tylko, że nie do wszystkich to dociera. Lub też nie chcą się z tym pogodzić. Dalej wielu ludziom się zdaje, że jak dostali władzę, to wszystko mogą, i śnią o potędze.
Do tej sytuacji dobrze pasuje stara anegdota warszawska, która przypomniał mi niedawno mój znajomy architekt: „Kto to jest project manager?”. „Project manager to ktoś, kto wierzy w to, że jak będzie spał z dziewięcioma kobietami, to mu dziecko w miesiąc urodzą.”

przeczytaj cały artykuł

Lady Red

Autor: Michał Ziołowicz   |   Data publikacji: wtorek, 18 września 2018 01:00

95lr1.jpg

Gdzieś niedaleko serca Gór Świętokrzyskich była wioska Wielkie Błota. Nazwę zawdzięczała stanowi swoich dróg i ścieżek. Ludzie w niej mieszkający, bogobojni i pracowici, żyli w zgodzie z otaczającym wieś lasem i darami natury w nim obecnymi. Ciężko pracowali na roli, a ich wysiłek doceniał las swoimi darami.

I tak trwało to wiele lat, aż w okolicy pojawiły się wilki, siejąc zgrozę, strach i wielkie straty w hodowlach zwierząt gospodarczych. Przez kilka lat gospodarze nie mogli się przed sforami wilków obronić, aż w końcu zdobywszy broń wystrzelali wilki. Prawie wszystkie, bo został jeden basior, wyjątkowo sprytny i zwinny. Uchodził wszystkim pułapkom i obławom, zachowywał się jak człowiek, prowadząc grę z łowczymi. Ale „uchodził wilk razy kilka, ponieśli i wilka”, przyszedł dzień, w którym wilka osaczono i nie miał najmniejszych szans ujść z życiem. Wtedy jednak wójt gminy Wielkie Błota wraz z miejscowym gajowym Zaruchą wstrzymali egzekucję i zapytali wilka:

– Wiesz już, że żywy nie wyjdziesz. Ale możesz własne życie ocalić, jeśli zgodzisz się na naszą propozycję.
Wilk łypnął ślepiami, pokazał kły i warknął:
– Ludzie i wilki nie gadają. Wiedz, że co byś nie zrobił, nie będziesz miał wielu przyjaciół.

Wójt odrzekł:
– Władza nie jest do kochania, nam działać trzeba i do tego jesteś potrzebny. Stoi u nas w lesie mały kamieniołom. Kamień dobry, ale robota ciężka. Za twoje przewinienia w sam raz, żeby odpokutować. Mamy my dla ciebie taką propozycję. Obejmiesz to miejsce i zaczniesz kamień obrabiać, tak żeby my mogli drogi budować. My tobie życie darujemy, a w podzięce za wyroby oddamy tobie, co w sidła złapiemy. A jak będzie mało, to z domu coś przyniesiem. Ważne jest to, żebyś polowań zaprzestał, a zdolności swoje na dobro ogółu przemienił.

Wzruszyło się wilczysko i z wójtem przymierze okowitą przypięczętowali. I tak stary basior objął zakład upadły po niejakim Józwie Kaprawym i w środku lasu jął kamień obrabiać na ludzkie potrzeby.

Mijały miesiące i lata. Wilk-kamieniarz stał się szanowanym członkiem lokalnej społeczności. Wielkie błota już tylko w nazwie wsi zostały – dzięki wilkowi i drogi i obejścia wybrukowane zostały. Okoliczne wioski również do komitywy przystały i sława dobrego kamieniarza rozeszła się po okolicy. I tak dziwne przymierze w dobro się obróciło i wszystkich zadowolenie zdawało się nie mieć końca…

Wiosną jednak do wsi na pogrzeb prababci zjechała panienka z miasta. W aucie czerwonym bez dachu, w butach na szpilkach jak Pałac Kultury i miną znudzonej sprzedawczyni „Geesu”. Wszyscy się dziwili, skąd u nieboszczki Ożogowej taka familia, ale jak przyjechała to przyjechała. Miejscowi od razu ją ochrzcili – ze względu na zamiłowanie do koloru – Lady Red. Na stypie po nieboszczce uwiodła całe chłopstwo pijąc bimber całymi kieliszkami i nie robiąc sobie nic z tego, że każdy jej w dekolt zaglądał. Zajęła obejście Ożogowej i na trzeci dzień – po nocnych konsultacjach z wójtem i gajowym Zaruchą – ogłosiła, że do miasta nie wraca.

Strach i nienawiść, które spadły na miejscowe kółko różańcowe, odbiły się nawet w wieczornej audycji toruńskiej rozgłośni. Gospodyni księdza wraz z wójtową i żoną gajowego zawiązały spisek, który miał Lady Red przenieść na łono Abrahama, a w gorszym przypadku z powrotem do miasta. Wszystkie jednak wysiłki zdały się na nic, Lady Red okazała się być niezatapialna.

Miejscowe matrony, walcząc o swoje, postanowiły zaprzyjaźnić się ze znienawidzoną konkurentką. Ach, co to były za herbatki, jakie pogaduchy, jakie wyznania i sekrety. Największą tajemnicą podzieliły się panie na koniec: „Te nasze chłopy to eunuchy, jadą na niebieskich tabletkach i myślą, że nikt nie wie. Ale w lesie mieszka właściciel zakładu kamieniarskiego Wilczy Kamień. Trochę owłosiony i gburowaty, ale moja droga, bajecznie bogaty, a do tego zawsze gotowy…”

Tak miłe, starsze panie w głowie Lady Red roznieciły pożar. Pomyślała: „las znam, seks lubię” i nazajutrz była już u naszego wilka.
Basior jak zobaczył takie cudo, skrył się i nie chciał wyjść. Tyle lat żył w samotności i taki anioł przyszedł do niego. No i zgłupiało wilczysko do reszty. Dalej potoczyło się bardzo szybko: zakład „Wilczy Kamień” zmienił nazwę na „Wolf Stone sp. z o. o.”, miejscowi na kamień musieli się zapisać na specjalną listę, a Lady Red opracowała nowa strategię sprzedaży na europejskich rynkach.

Naturalny bruk z serca polskiego lasu, krzesany przez wilka, okazał się eksportowym hitem. Kilka tygodni agresywnej kampanii na Facebooku i innych portalach internetowych dało firmie Wolf Stone Sp. z o. o. gigantyczne zamówienia. Lady Red triumfowała, cała okolica zabiegała o jej względy i możliwość spotkania. Tylko stare wilczysko coraz bardziej usuwało się w cień, zamówienia przerastały wielokrotnie jego możliwości, a nocne powinności stały się gehenną. I tak mijały tygodnie – Lady Red promieniała, a wilk gasł.

Aż któregoś dnia w lesie, kiedy wilk zwoził kamień, drogę zastąpili mu wójt i gajowy Zarucha. Nikt nigdy nie dowiedział się, co się wtedy wydarzyło, ale wypadki potoczyły się błyskawicznie. Okazało się, że firma Wolf Stone sp. z o. o. dopuściła się nielegalnego zatrudnienia pracownika, nie odprowadzała składek ZUS oraz podatku od wynagrodzenia. W toku szczegółowego dochodzenia okazało się, że ów pracownik jest przedstawicielem gatunku chronionego, zagrożonego wyginięciem. W ramach zadośćuczynienia wysłano wilka do Baden-Baden na kurację regeneracyjną, gdzie zaginął po dwóch tygodniach.
Lady Red została osądzona i skazana na dwa lata więzienia.

W trakcie procesu z niewyjaśnionych przyczyn spłonęło odziedziczone przez nią gospodarstwo starej Ożogowej. Zakład Wilczy Kamień vel Wolf Stone sp. z o. o., na podstawie nowych ustaw nacjonalizacyjnych, został zwrócony gromadzie wiejskiej Błota Wielkie, gdzie stanowisko komisarza objął wójt. Powołana została rada nadzorcza, której przewodniczącym został niejaki Niedźwiedź.

Pierwszą uchwałą zabroniony został wstęp do lasu wszystkim paniom ubranym na czerwono. Druga uchwała powołała na stanowisko specjalisty od wszystkiego seniora El Lobo. Stosowne pozwolenia na pracę i kartę pobytu wystawił wójt. Produkcja bruku powoli osiąga wydajność sprzed przemian własnościowych. Miejscowe kółko różańcowe po wizycie ojca Tadeusza zostało rozwiązane. Róże zawiązały stowarzyszenie wolnej miłości i otwarły klub dla swingersów.

W zakładzie zamkniętym, w którym przebywa Lady Red, strażnicy nieustannie zastanawiają się nad wielbicielem, który co tydzień przesyła jej zaproszenie na romantyczną podróż we dwoje do Wilczego Szańca…

przeczytaj cały artykuł

Nici, karton i taśma klejąca – czyli jak naprawić piłę

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: wtorek, 18 września 2018 01:00

95fd1.png

Pamiętacie Adama Słodowego? Od końca lat 50-tych do 1983 roku prowadził w telewizji program „Zrób to sam”. Łącznie przez 505 odcinków pokazywał, jak z ogólnie dostępnych rzeczy można zrobić zabawki i przedmioty użytkowe. Czegóż tam nie było! Autko z napędem, miniaturowa wiertarka, lampa na biurko, skarbonka na zamek cyfrowy i wiele innych.

Wielu z nas wychowało się w duchu „zrób to sam”. Zwłaszcza, że w tamtych latach faktycznie niektóre rzeczy były nie do zdobycia i jedynym wyjściem była taka droga. A i sam Adam Słodowy poszedł dalej pisząc – już nie dla dzieci – całkiem poważne poradniki, np. „Budujemy przyczepki campingowe”.
I chyba można przyjąć, że 24 lata emisji programu, w ciężkich czasach, miało znaczący wpływ na niektóre nasze cechy narodowe. Pozytywne na pewno jest wykształcenie w nas poglądu, że wszystko się da, tylko trzeba chcieć.

Polacy wyjeżdżający do pracy na tzw. „Zachód” byli cenieni między innymi za tę cechę. Znajomy wspominał, że kiedy pracował w Niemczech i zepsuł się „paleciak”, to miejscowi pracownicy powiadomili szefa i zaprzestali roboty. On przyjrzał się sprawie i przy pomocy tego, co znalazł – czyli kawałka drutu i pręta zbrojeniowego – uruchomił zawziętą maszynę.

Oczywiście taka smykałka jest cenna, ale tylko jako tymczasowe załatwienie sprawy. Gorzej, gdy prowizorka pozostaje na dłużej, jako normalne rozwiązanie. Niestety, jak wiadomo powszechnie, prowizorki zwykle trwają bardzo długo. Niby pamiętamy, że trzeba to zrobić porządnie, ale... ciągle nie ma na to czasu (pieniędzy). I tak konstrukcje rodem z programu Słodowego opanowują naszą codzienność.

W naszej branży też tak jest.
Faktycznie, gdy po przemianach ustrojowych i gospodarczych branża ruszyła, na maszyny nikogo nie było stać. Zgodnie z tradycją „zrób to sam” powstało wiele maszyn własnej konstrukcji. Niektóre z nich pracują do tej pory. I do tej pory wielu branżystów zaczyna kombinować widząc każdą maszynę, która wygląda na nieskomplikowaną: „jakbym tak poprosił sąsiada Staszka, to za flaszkę pospawałby mi taką konstrukcję, a tu zamiast paska klinowego dałoby się łańcuch z roweru” itd. itd. Niedawno w jednym z zakładów widziałem wiertarkę całą owiniętą taśmą izolacyjną. I tak funkcjonujemy w duchu Adama Słodowego.

Niby zaradność jest cechą pozytywną, ale własne konstruowanie maszyn czy naprawy realizowane drutem i taśmą klejącą niosą sporo zagrożeń. Pół biedy, jeśli spowodują tylko straty materialne. Parę lat temu widziałem, jak naprawiona takimi metodami suwnica nagle osunęła się pół metra w dół, przewracając dwa stojaki z płytami. Gorzej, jeśli z takiego powodu dojdzie do wypadku przy pracy. Inspekcja pracy, policja, może i prokurator, rozliczą właściciela tak, że zakup dowolnej maszyny, czy naprawa przez najdroższy nawet serwis, będzie jak zakup bułki w markecie.

Ale czy uświadomienie sobie możliwych konsekwencji spowoduje zmianę w naszym myśleniu? Chyba nie od razu.
Pisząc ten tekst przypomniałem sobie, że żona wczoraj znów wspominała, że roleta w oknie się zacina. Oglądałem tę roletę i już zacząłem kombinować, że jak w miejsce ułamanego plastiku wtopię kawałek drutu, to będzie działać. Jednak zmiany zaczynam od siebie. Zadzwonię po fachowców – niech zrobią to, jak należy. Mam tylko nadzieję, że ci, którzy przyjdą, nie oglądali przez lata Adama Słodowego.

Wam też, drodzy czytelnicy, proponuję o „Zrób to sam” pamiętać tylko w kontekście wspomnień z młodości i nieszkodliwych pasji. W pracy pozostańmy profesjonalistami.

przeczytaj cały artykuł

Szwedzki kucharz z mapetów

Autor: Jarek Mirowski   |   Data publikacji: wtorek, 18 września 2018 01:00

Ludzi potrzeba praktycznie w każdej branży – od „spożywczaka” pani Zosi po budowę biurowca o gigantycznej powierzchni pod przyszły wynajem. Jak to się w naszym kochanym kraju czasami zdarza, spotkała nas klęska urodzaju i popyt na pracę przerósł znacznie podaż. Nie tylko na naszym budowlano-kamieniarskim poletku sytuacja jest ciężka.

Mokry sen HR
Jak grzyby po deszczu wyrastają agencje pracy tymczasowej i nie tymczasowej, które obiecują dostarczenie wszelkiej maści pracowników wykwalifikowanych zza wschodniej granicy lub zza kilku granic w kierunku wschodnim palcem po mapie podążając.

Rzeczywistość
...jak zawsze jest inna. Realia do obietnic mają się tak mniej więcej, jak marzenia kanclerz Merkel, że uchodźcy przyjeżdżający do Niemiec to szukający pracy architekci, lekarze etc., do faktycznego ich stanu wykształcenia i chęci do pracy.
Po części jesteśmy krajem tranzytowym. Nie można jednak powiedzieć, że większość ludzi przyjeżdżających do pracy do Polski marzy o ucieczce dalej na zachód. Większość z nich nie przeżywa u nas szoku kulturowego. Języki pochodzą z jednej grupy słowiańskiej (myślę oczywiście o Ukraińcach i Białorusinach – z innymi jest gorzej, ale o tym później), sporo Polaków mówi po rosyjsku, a jeśli nie mówi, to sporo z niego rozumie.
I tak przyjeżdżają do nas ci lekarze, prawnicy i pracują w… marketach lub na budowach. Zupełnie jak my kilka lub kilkanaście lat temu wstecz w Niemczech, Francji, Irlandii etc.
Pamiętam, jak mój kolega wyjechał jako poligraf, żeby po dwóch latach w Anglii zostać szefem kuchni w małej restauracji. Absolutnie nic w tym złego, że ludzie ci przyjeżdżają do nas w poszukiwaniu pracy i płacy. Gdyby nie oni, większość branż, na czele z budowlaną, leżałaby na łopatkach.

Budowa wieży Babel
Nie zaspokajają oni całego popytu, poszukiwania trwają więc dalej. Działają agencje sprowadzające do pracy ludzi z Nepalu (z nimi też dość łatwo się porozumieć, bo wielu z nich włada angielskim), pełno mamy Hindusów pracujących w uber eats czy wszelakich call center. Mocno eksploatuje się również te bardziej odległe od nas byłe republiki sowieckie. I tu zaczynają się małe komediodramaty.

Jak w mappetach świętej pamięci Jima Hensona
Przyjeżdżają do nas Gruzini, Tadżycy etc. I tu z autopsji mogę powiedzieć, że zaczynają się schody. Naprawdę, wyższym poziomem abstrakcji jest próba rozmowy, w której żadna ze stron praktycznie nie zna ani jednego wyrazu z języka, którym posługuje się druga. Miałem przyjemność przeprowadzić taką rozmowę z Gruzinem, który chciał, żebym pokazał mu, gdzie może podłączyć myjkę ciśnieniową. Dopóki nie przyniósł przewodu, nie miałem kompletnie pojęcia, czy chce jeść, spać czy... (wstawcie dowolne). Przed oczami miałem „szwedzkiego kucharza” z mappetów, który posługiwał się sobie tylko znanym językiem. Dzięki temu, podczas tej próby konserwacji, popłakałem się prawie ze śmiechu. Podobno mówił do mnie po rosyjsku. Tak przynajmniej powiedział mi pracujący z nami Ukrainiec, który śmiejąc się powiedział mi również, że mimo tego, iż od urodzenia posługuje się rosyjskim, ledwo rozumie gruziński–rosyjski. Uwierzcie mi: tadżycki– rosyjski jest jeszcze lepszy. A i Tadżyków można na budowach spotkać.

Przyniesie przez losowanie
Wyższym poziomem abstrakcji okazuje się również próba przekazania, czego podczas pracy na budowie ci potrzeba. W pewnym momencie dochodziło do tego, że pracownicy robili zakłady, co tym razem przyniesie im mieszkaniec byłych republik Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Chcesz taczkę, dostajesz wiadro. Chcesz szczotkę, dostajesz śmietniczkę.

Nie tylko my
Nie, nie. Nie tylko nas to dotyczy. Znajomy Ukrainiec dorabiający w weekendy na różnych małych zleceniach wspomniał mi ostatnio, że po jednym dniu przy pakowaniu paczek został brygadzistą, ponieważ jako jedyny był w stanie porozumieć się ze wszystkimi zatrudnionymi pracownikami (osiem osób) i managerem, który, gdyby nie nowy brygadzista, musiałby wszystko tłumaczyć w sposób manualny. Ewentualnie pozostałby do dyspozycji nie znający granic międzynarodowy język miłości…

Wieszcze
...zapowiadają spowolnienie. Zapewne wtedy nastąpi zatrzymanie podążania w głąb tej paszczy szaleństwa. Nie jest to oczywiście dobry prognostyk. Schłodzenie gospodarki to nigdy nic dobrego. Z drugiej strony jednak trafiłem na artykuł o agencji chcącej sprowadzać pracowników z Filipin – jako kraju chrześcijańskiego, podobno zbliżonego do naszego kręgu kulturowego…
Nie wiem, gdzie sięgną dalej.

przeczytaj cały artykuł
Strona 14 z 27
dfgdfgdfg

Najnowszy numer
4/2026 (143)

sierpień-wrzesień 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

Fartuchy wodoodporne dla kamieiarzy
2026-08-18 10:17:44
Producent fartuchów i rękawów wodoodpornych dla kamieniarzy. Sprzedaż wysyłkowa – błyskawiczna wysyłka pocztą lub kurierem. Strzegom, ul. Św. Anny 1/6, www.fartuchywodoodporne.pl, tel. 60 34 26 223, tel./fax 74 8 551 472

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.