
Gdzieś niedaleko serca Gór Świętokrzyskich była wioska Wielkie Błota. Nazwę zawdzięczała stanowi swoich dróg i ścieżek. Ludzie w niej mieszkający, bogobojni i pracowici, żyli w zgodzie z otaczającym wieś lasem i darami natury w nim obecnymi. Ciężko pracowali na roli, a ich wysiłek doceniał las swoimi darami.
I tak trwało to wiele lat, aż w okolicy pojawiły się wilki, siejąc zgrozę, strach i wielkie straty w hodowlach zwierząt gospodarczych. Przez kilka lat gospodarze nie mogli się przed sforami wilków obronić, aż w końcu zdobywszy broń wystrzelali wilki. Prawie wszystkie, bo został jeden basior, wyjątkowo sprytny i zwinny. Uchodził wszystkim pułapkom i obławom, zachowywał się jak człowiek, prowadząc grę z łowczymi. Ale „uchodził wilk razy kilka, ponieśli i wilka”, przyszedł dzień, w którym wilka osaczono i nie miał najmniejszych szans ujść z życiem. Wtedy jednak wójt gminy Wielkie Błota wraz z miejscowym gajowym Zaruchą wstrzymali egzekucję i zapytali wilka:
– Wiesz już, że żywy nie wyjdziesz. Ale możesz własne życie ocalić, jeśli zgodzisz się na naszą propozycję.
Wilk łypnął ślepiami, pokazał kły i warknął:
– Ludzie i wilki nie gadają. Wiedz, że co byś nie zrobił, nie będziesz miał wielu przyjaciół.
Wójt odrzekł:
– Władza nie jest do kochania, nam działać trzeba i do tego jesteś potrzebny. Stoi u nas w lesie mały kamieniołom. Kamień dobry, ale robota ciężka. Za twoje przewinienia w sam raz, żeby odpokutować. Mamy my dla ciebie taką propozycję. Obejmiesz to miejsce i zaczniesz kamień obrabiać, tak żeby my mogli drogi budować. My tobie życie darujemy, a w podzięce za wyroby oddamy tobie, co w sidła złapiemy. A jak będzie mało, to z domu coś przyniesiem. Ważne jest to, żebyś polowań zaprzestał, a zdolności swoje na dobro ogółu przemienił.
Wzruszyło się wilczysko i z wójtem przymierze okowitą przypięczętowali. I tak stary basior objął zakład upadły po niejakim Józwie Kaprawym i w środku lasu jął kamień obrabiać na ludzkie potrzeby.
Mijały miesiące i lata. Wilk-kamieniarz stał się szanowanym członkiem lokalnej społeczności. Wielkie błota już tylko w nazwie wsi zostały – dzięki wilkowi i drogi i obejścia wybrukowane zostały. Okoliczne wioski również do komitywy przystały i sława dobrego kamieniarza rozeszła się po okolicy. I tak dziwne przymierze w dobro się obróciło i wszystkich zadowolenie zdawało się nie mieć końca…
Wiosną jednak do wsi na pogrzeb prababci zjechała panienka z miasta. W aucie czerwonym bez dachu, w butach na szpilkach jak Pałac Kultury i miną znudzonej sprzedawczyni „Geesu”. Wszyscy się dziwili, skąd u nieboszczki Ożogowej taka familia, ale jak przyjechała to przyjechała. Miejscowi od razu ją ochrzcili – ze względu na zamiłowanie do koloru – Lady Red. Na stypie po nieboszczce uwiodła całe chłopstwo pijąc bimber całymi kieliszkami i nie robiąc sobie nic z tego, że każdy jej w dekolt zaglądał. Zajęła obejście Ożogowej i na trzeci dzień – po nocnych konsultacjach z wójtem i gajowym Zaruchą – ogłosiła, że do miasta nie wraca.
Strach i nienawiść, które spadły na miejscowe kółko różańcowe, odbiły się nawet w wieczornej audycji toruńskiej rozgłośni. Gospodyni księdza wraz z wójtową i żoną gajowego zawiązały spisek, który miał Lady Red przenieść na łono Abrahama, a w gorszym przypadku z powrotem do miasta. Wszystkie jednak wysiłki zdały się na nic, Lady Red okazała się być niezatapialna.
Miejscowe matrony, walcząc o swoje, postanowiły zaprzyjaźnić się ze znienawidzoną konkurentką. Ach, co to były za herbatki, jakie pogaduchy, jakie wyznania i sekrety. Największą tajemnicą podzieliły się panie na koniec: „Te nasze chłopy to eunuchy, jadą na niebieskich tabletkach i myślą, że nikt nie wie. Ale w lesie mieszka właściciel zakładu kamieniarskiego Wilczy Kamień. Trochę owłosiony i gburowaty, ale moja droga, bajecznie bogaty, a do tego zawsze gotowy…”
Tak miłe, starsze panie w głowie Lady Red roznieciły pożar. Pomyślała: „las znam, seks lubię” i nazajutrz była już u naszego wilka.
Basior jak zobaczył takie cudo, skrył się i nie chciał wyjść. Tyle lat żył w samotności i taki anioł przyszedł do niego. No i zgłupiało wilczysko do reszty. Dalej potoczyło się bardzo szybko: zakład „Wilczy Kamień” zmienił nazwę na „Wolf Stone sp. z o. o.”, miejscowi na kamień musieli się zapisać na specjalną listę, a Lady Red opracowała nowa strategię sprzedaży na europejskich rynkach.
Naturalny bruk z serca polskiego lasu, krzesany przez wilka, okazał się eksportowym hitem. Kilka tygodni agresywnej kampanii na Facebooku i innych portalach internetowych dało firmie Wolf Stone Sp. z o. o. gigantyczne zamówienia. Lady Red triumfowała, cała okolica zabiegała o jej względy i możliwość spotkania. Tylko stare wilczysko coraz bardziej usuwało się w cień, zamówienia przerastały wielokrotnie jego możliwości, a nocne powinności stały się gehenną. I tak mijały tygodnie – Lady Red promieniała, a wilk gasł.
Aż któregoś dnia w lesie, kiedy wilk zwoził kamień, drogę zastąpili mu wójt i gajowy Zarucha. Nikt nigdy nie dowiedział się, co się wtedy wydarzyło, ale wypadki potoczyły się błyskawicznie. Okazało się, że firma Wolf Stone sp. z o. o. dopuściła się nielegalnego zatrudnienia pracownika, nie odprowadzała składek ZUS oraz podatku od wynagrodzenia. W toku szczegółowego dochodzenia okazało się, że ów pracownik jest przedstawicielem gatunku chronionego, zagrożonego wyginięciem. W ramach zadośćuczynienia wysłano wilka do Baden-Baden na kurację regeneracyjną, gdzie zaginął po dwóch tygodniach.
Lady Red została osądzona i skazana na dwa lata więzienia.
W trakcie procesu z niewyjaśnionych przyczyn spłonęło odziedziczone przez nią gospodarstwo starej Ożogowej. Zakład Wilczy Kamień vel Wolf Stone sp. z o. o., na podstawie nowych ustaw nacjonalizacyjnych, został zwrócony gromadzie wiejskiej Błota Wielkie, gdzie stanowisko komisarza objął wójt. Powołana została rada nadzorcza, której przewodniczącym został niejaki Niedźwiedź.
Pierwszą uchwałą zabroniony został wstęp do lasu wszystkim paniom ubranym na czerwono. Druga uchwała powołała na stanowisko specjalisty od wszystkiego seniora El Lobo. Stosowne pozwolenia na pracę i kartę pobytu wystawił wójt. Produkcja bruku powoli osiąga wydajność sprzed przemian własnościowych. Miejscowe kółko różańcowe po wizycie ojca Tadeusza zostało rozwiązane. Róże zawiązały stowarzyszenie wolnej miłości i otwarły klub dla swingersów.
W zakładzie zamkniętym, w którym przebywa Lady Red, strażnicy nieustannie zastanawiają się nad wielbicielem, który co tydzień przesyła jej zaproszenie na romantyczną podróż we dwoje do Wilczego Szańca…

Pamiętacie Adama Słodowego? Od końca lat 50-tych do 1983 roku prowadził w telewizji program „Zrób to sam”. Łącznie przez 505 odcinków pokazywał, jak z ogólnie dostępnych rzeczy można zrobić zabawki i przedmioty użytkowe. Czegóż tam nie było! Autko z napędem, miniaturowa wiertarka, lampa na biurko, skarbonka na zamek cyfrowy i wiele innych.
Wielu z nas wychowało się w duchu „zrób to sam”. Zwłaszcza, że w tamtych latach faktycznie niektóre rzeczy były nie do zdobycia i jedynym wyjściem była taka droga. A i sam Adam Słodowy poszedł dalej pisząc – już nie dla dzieci – całkiem poważne poradniki, np. „Budujemy przyczepki campingowe”.
I chyba można przyjąć, że 24 lata emisji programu, w ciężkich czasach, miało znaczący wpływ na niektóre nasze cechy narodowe. Pozytywne na pewno jest wykształcenie w nas poglądu, że wszystko się da, tylko trzeba chcieć.
Polacy wyjeżdżający do pracy na tzw. „Zachód” byli cenieni między innymi za tę cechę. Znajomy wspominał, że kiedy pracował w Niemczech i zepsuł się „paleciak”, to miejscowi pracownicy powiadomili szefa i zaprzestali roboty. On przyjrzał się sprawie i przy pomocy tego, co znalazł – czyli kawałka drutu i pręta zbrojeniowego – uruchomił zawziętą maszynę.
Oczywiście taka smykałka jest cenna, ale tylko jako tymczasowe załatwienie sprawy. Gorzej, gdy prowizorka pozostaje na dłużej, jako normalne rozwiązanie. Niestety, jak wiadomo powszechnie, prowizorki zwykle trwają bardzo długo. Niby pamiętamy, że trzeba to zrobić porządnie, ale... ciągle nie ma na to czasu (pieniędzy). I tak konstrukcje rodem z programu Słodowego opanowują naszą codzienność.
W naszej branży też tak jest.
Faktycznie, gdy po przemianach ustrojowych i gospodarczych branża ruszyła, na maszyny nikogo nie było stać. Zgodnie z tradycją „zrób to sam” powstało wiele maszyn własnej konstrukcji. Niektóre z nich pracują do tej pory. I do tej pory wielu branżystów zaczyna kombinować widząc każdą maszynę, która wygląda na nieskomplikowaną: „jakbym tak poprosił sąsiada Staszka, to za flaszkę pospawałby mi taką konstrukcję, a tu zamiast paska klinowego dałoby się łańcuch z roweru” itd. itd. Niedawno w jednym z zakładów widziałem wiertarkę całą owiniętą taśmą izolacyjną. I tak funkcjonujemy w duchu Adama Słodowego.
Niby zaradność jest cechą pozytywną, ale własne konstruowanie maszyn czy naprawy realizowane drutem i taśmą klejącą niosą sporo zagrożeń. Pół biedy, jeśli spowodują tylko straty materialne. Parę lat temu widziałem, jak naprawiona takimi metodami suwnica nagle osunęła się pół metra w dół, przewracając dwa stojaki z płytami. Gorzej, jeśli z takiego powodu dojdzie do wypadku przy pracy. Inspekcja pracy, policja, może i prokurator, rozliczą właściciela tak, że zakup dowolnej maszyny, czy naprawa przez najdroższy nawet serwis, będzie jak zakup bułki w markecie.
Ale czy uświadomienie sobie możliwych konsekwencji spowoduje zmianę w naszym myśleniu? Chyba nie od razu.
Pisząc ten tekst przypomniałem sobie, że żona wczoraj znów wspominała, że roleta w oknie się zacina. Oglądałem tę roletę i już zacząłem kombinować, że jak w miejsce ułamanego plastiku wtopię kawałek drutu, to będzie działać. Jednak zmiany zaczynam od siebie. Zadzwonię po fachowców – niech zrobią to, jak należy. Mam tylko nadzieję, że ci, którzy przyjdą, nie oglądali przez lata Adama Słodowego.
Wam też, drodzy czytelnicy, proponuję o „Zrób to sam” pamiętać tylko w kontekście wspomnień z młodości i nieszkodliwych pasji. W pracy pozostańmy profesjonalistami.
Ludzi potrzeba praktycznie w każdej branży – od „spożywczaka” pani Zosi po budowę biurowca o gigantycznej powierzchni pod przyszły wynajem. Jak to się w naszym kochanym kraju czasami zdarza, spotkała nas klęska urodzaju i popyt na pracę przerósł znacznie podaż. Nie tylko na naszym budowlano-kamieniarskim poletku sytuacja jest ciężka.
Mokry sen HR
Jak grzyby po deszczu wyrastają agencje pracy tymczasowej i nie tymczasowej, które obiecują dostarczenie wszelkiej maści pracowników wykwalifikowanych zza wschodniej granicy lub zza kilku granic w kierunku wschodnim palcem po mapie podążając.
Rzeczywistość
...jak zawsze jest inna. Realia do obietnic mają się tak mniej więcej, jak marzenia kanclerz Merkel, że uchodźcy przyjeżdżający do Niemiec to szukający pracy architekci, lekarze etc., do faktycznego ich stanu wykształcenia i chęci do pracy.
Po części jesteśmy krajem tranzytowym. Nie można jednak powiedzieć, że większość ludzi przyjeżdżających do pracy do Polski marzy o ucieczce dalej na zachód. Większość z nich nie przeżywa u nas szoku kulturowego. Języki pochodzą z jednej grupy słowiańskiej (myślę oczywiście o Ukraińcach i Białorusinach – z innymi jest gorzej, ale o tym później), sporo Polaków mówi po rosyjsku, a jeśli nie mówi, to sporo z niego rozumie.
I tak przyjeżdżają do nas ci lekarze, prawnicy i pracują w… marketach lub na budowach. Zupełnie jak my kilka lub kilkanaście lat temu wstecz w Niemczech, Francji, Irlandii etc.
Pamiętam, jak mój kolega wyjechał jako poligraf, żeby po dwóch latach w Anglii zostać szefem kuchni w małej restauracji. Absolutnie nic w tym złego, że ludzie ci przyjeżdżają do nas w poszukiwaniu pracy i płacy. Gdyby nie oni, większość branż, na czele z budowlaną, leżałaby na łopatkach.
Budowa wieży Babel
Nie zaspokajają oni całego popytu, poszukiwania trwają więc dalej. Działają agencje sprowadzające do pracy ludzi z Nepalu (z nimi też dość łatwo się porozumieć, bo wielu z nich włada angielskim), pełno mamy Hindusów pracujących w uber eats czy wszelakich call center. Mocno eksploatuje się również te bardziej odległe od nas byłe republiki sowieckie. I tu zaczynają się małe komediodramaty.
Jak w mappetach świętej pamięci Jima Hensona
Przyjeżdżają do nas Gruzini, Tadżycy etc. I tu z autopsji mogę powiedzieć, że zaczynają się schody. Naprawdę, wyższym poziomem abstrakcji jest próba rozmowy, w której żadna ze stron praktycznie nie zna ani jednego wyrazu z języka, którym posługuje się druga. Miałem przyjemność przeprowadzić taką rozmowę z Gruzinem, który chciał, żebym pokazał mu, gdzie może podłączyć myjkę ciśnieniową. Dopóki nie przyniósł przewodu, nie miałem kompletnie pojęcia, czy chce jeść, spać czy... (wstawcie dowolne). Przed oczami miałem „szwedzkiego kucharza” z mappetów, który posługiwał się sobie tylko znanym językiem. Dzięki temu, podczas tej próby konserwacji, popłakałem się prawie ze śmiechu. Podobno mówił do mnie po rosyjsku. Tak przynajmniej powiedział mi pracujący z nami Ukrainiec, który śmiejąc się powiedział mi również, że mimo tego, iż od urodzenia posługuje się rosyjskim, ledwo rozumie gruziński–rosyjski. Uwierzcie mi: tadżycki– rosyjski jest jeszcze lepszy. A i Tadżyków można na budowach spotkać.
Przyniesie przez losowanie
Wyższym poziomem abstrakcji okazuje się również próba przekazania, czego podczas pracy na budowie ci potrzeba. W pewnym momencie dochodziło do tego, że pracownicy robili zakłady, co tym razem przyniesie im mieszkaniec byłych republik Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Chcesz taczkę, dostajesz wiadro. Chcesz szczotkę, dostajesz śmietniczkę.
Nie tylko my
Nie, nie. Nie tylko nas to dotyczy. Znajomy Ukrainiec dorabiający w weekendy na różnych małych zleceniach wspomniał mi ostatnio, że po jednym dniu przy pakowaniu paczek został brygadzistą, ponieważ jako jedyny był w stanie porozumieć się ze wszystkimi zatrudnionymi pracownikami (osiem osób) i managerem, który, gdyby nie nowy brygadzista, musiałby wszystko tłumaczyć w sposób manualny. Ewentualnie pozostałby do dyspozycji nie znający granic międzynarodowy język miłości…
Wieszcze
...zapowiadają spowolnienie. Zapewne wtedy nastąpi zatrzymanie podążania w głąb tej paszczy szaleństwa. Nie jest to oczywiście dobry prognostyk. Schłodzenie gospodarki to nigdy nic dobrego. Z drugiej strony jednak trafiłem na artykuł o agencji chcącej sprowadzać pracowników z Filipin – jako kraju chrześcijańskiego, podobno zbliżonego do naszego kręgu kulturowego…
Nie wiem, gdzie sięgną dalej.
Nie tak dawno pisałem o tym, że wkrótce pojawią się niedziele niehandlowe i spora część osób w owym handlu pracujących odetchnie z ulgą (nie wszyscy oczywiście, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto stwierdzi, że jego sklep spożywczy to tak naprawdę ukryty urząd pocztowy i pretekst do otwarcia znajdzie).
Nas to oczywiście nie dotyczy. Budowlaniec jest budowlańcem. Po to nim został, żeby dzień święty nie za bardzo święcić, a wieczory i noce czasem zamiast w domu spędzać na budowie walcząc z kolejnym zagrożonym terminem. I choć zagrożony termin nie do końca wynika z jego opieszałości, a często z harmonogramów przerastających niejednego stachanowca, to – jak to mawiają klasycy – „było przywyknąć”.
Co roku w Warszawie nadchodzą jednak momenty zwolnienia jej budowlanego życia – tzw. długie weekendy. Zdarzają się takie chwile, kiedy święto i dzień wolny przypada tuż przed weekendem. I wtedy następuje istny armagedeon urlopowy, który dotyka wszystkich – nie tylko naszą branżę.
Ostatnio przeżywaliśmy majowy weekend, z którym mamy do czynienia co rok. Patrząc na to, co się działo, rodzi się kilka myśli.
Ludzie wyjeżdżają do domów
A właściwie do swoich drugich, właściwych, innych – jak zwał tak zwał – domów. Jadą odwiedzić rodziców, znajomych, na urlop, działkę, grillowanie czy też pomieszkać z rodziną, którą widują jedynie w standardowe, krótkie weekendy będące przerwą w pracy.
Miasto pustoszeje
To nie tak, że zamiera ruch na ulicach, ale wszystko dzieje się kilka stopni wolniej. Widać wtedy jak dużo ludzi potrzeba, aby tego molocha napędzić. Widać też wyraźnie ile wokół jest budów, które zatrzymują się i są bardziej widoczne na tle wolniej, ale wciąż pracującego miasta.
Buduje się na każdym rogu
Wspominałem już o tym. Buduje się na każdym skrawku, gdzie postawić coś się da. A gdy lokalizacja jest atrakcyjna i inwestor stwierdza, że da się zarobić więcej stawiając coś nowego, to wyburza się wszystko co ma zbyt niską wysokość albo zbyt niski standard.
Plan zagospodarowania
...wciąż jest mrzonką. Rosną więc różnorakie potworki, plomby, budynki przyklejone niczym bluszcz do starej zabudowy – ale w przeciwieństwie do bluszczu, do starej zabudowy nie pasujące. Urbaniści kłócą się przy różnych okazjach czy przedwojenna teoria tak zwanych klinów napowietrzających ma dziś zastosowanie, czy jest jedynie teorią na papierze. Na szczęście, dzięki tej teorii udało się uratować Pola Mokotowskie. Gdyby stanęło na nim osiedle, które deweloperzy obiecywali, krakowski smog pewnie mógłby naszemu czyścić buty...
Co za dużo …
...to niezdrowo, wiadomo. Jest popyt, będzie, więc i podaż, to też wiadomo. Tylko, że jak wszyscy dobrze wiemy, dużo nie znaczy też ani dobrze ani zdrowo dla naszej kieszeni. Czasami rozmawiając z właścicielami firm działającymi w województwach innych niż mazowieckie, dziwię się jakiej wysokości stawki udaje im się wynegocjować. Odpowiadają na pytanie odnośnie tego zjawiska w jeden sposób: wszyscy jadą do was, tam biją się, a u nas nie ma kto robić. Może więc należy uciekać od tych świateł wielkiego miasta?
Przypuszczam, że analogicznie sytuacja ma się w większości dużych ośrodków miejskich, w których dzieje się równie wiele, co w stolicy. Nowe budynki, renowacje, rewitalizacje, a przy okazji wysokie tempo życia i pracy. A może da się inaczej. Może nie aż tak jak w długie weekendy, ale jednak spokojniej.
Spełnienia się tego inaczej życzę!

Na początek małe porównanie. Mniej więcej 10 lat temu, kiedy chciałem znaleźć jakąś informację w Internecie, to wpisywałem czego szukam – trzeba było trochę zaczekać, bo sieć była wolna – i mogłem przeczytać informacje, których szukałem.
Dziś, w 2018 roku, czynności jest więcej:
1. Wpisuję czego szukam. [ENTER]
2. Zamykam okienko z RODO.
3. Zamykam pasek informujący o „cookies”.
4. Zamykam okienko z prośbą o zgodę na wysyłanie powiadomień.
5. Zamykam okienko proszące o wyłączenie AdBlock’a lub zamykam reklamę „czegoś tam” zupełnie mi niepotrzebnego.
6. Zamykam zgodę na ustalenie mojej lokalizacji.
7. Czytam co chciałem znaleźć.
8. Po chwili muszę wyłączyć okienko informacji o newsletterze.
9. Czytam dalej, ale nie do końca, bo po chwili okazuje się, że cały artykuł dostępny jest po zapłaceniu subskrypcji.
O ile dość często spotykam się z dość luźnym podejściem do obowiązującego prawa, zasad normalnej współpracy, czy metod rozwiązywania problemów, to są momenty, kiedy wszystkich opanowuje jakiś amok.
Ostatnio taki amok, opanował prawie wszystkich, w zakresie osławionego RODO.
Codziennie przez Internet jestem zasypywany informacjami, że jakaś firma X dysponuje moimi danymi. W sumie nic dziwnego. Robię zakupy przez Internet, jestem użytkownikiem wielu aplikacji, które wymagały podania danych, aby móc z nich korzystać, a w wielu miejscach – dla własnej wygody – podawałem przez lata swoje dane. Jakoś nie czułem się pokrzywdzony.
Ciekawe, że trudno zgadnąć, co stało się zapalnikiem do działania. Można by pomyśleć, że to perspektywa kar tak wpływa na właścicieli – wróć – administratorów plików z nazwiskami i adresami.
Żyję już trochę lat i widziałem wiele. Wszyscy znamy zasady BHP – może nie dokładnie, ale mamy orientację co jest bezpieczne i co powinno się robić. Niestety, z przestrzeganiem nawet oczywistych zasad BHP nie jest dobrze. Jeździmy samochodami i znamy przepisy, ale ich przestrzeganie… to już inna bajka. Jakoś kary za naruszanie przepisów BHP czy mandaty drogowe nas nie ruszają.
Kiedy otrzymujemy fakturę z terminem płatności, też nie do końca przejmujemy się tą datą. O dziwo, kiedy chodzi o fakturę, którą sami wystawiamy, to złorzeczymy bez końca.
Dziwne, że RODO tak nas rusza. Podobnie jak informowanie, że strona korzysta z plików cookies.
Ale trzeba być niezłym optymistą, żeby wierzyć, że zadyma z RODO zmniejszy ilość spamu.
Poza tym mam wrażenie że ilość informacji o RODO jest tak duża, że jeśli ktoś w tej informacji poda, że informuje nas o chęci sprzedaży naszych danych gdzie popadnie, to i tak nikt tego nie zauważy.
Czekam na kolejne genialne pomysły ku naszemu bezpieczeństwu i ochronie prywatności. Nie zdziwię się, kiedy po otwarciu puszki sardynek znajdę informację o RODO, bo przecież za chwilę te sardynki zobaczą dane mocno wrażliwe – na przykład o tym, że mam problemy żołądkowe.