Felietony

Kac

Autor: Michał Ziołowicz   |   Data publikacji: środa, 23 września 2020 08:42

kisspng-headache-therapy-fatigue-health-migraine-5cc8e999d2f614.5948534315566708738641.png

Jako ludzie prowadzący firmy, wielokrotnie przyjmowaliście i zwalnialiście pracowników. Ja również mam wiele takich doświadczeń. Zawsze kiedy odchodził pracownik – nieważne czy sam, czy był zwalniany – miałem niealkoholową odmianę kaca. Kac ten nie był spowodowany krzywdą lub niesprawiedliwością – bo tego szczęśliwie udało mi się uniknąć – ale poczuciem pewnej żenady z powodu stylu, w jakim to rozstanie się odbywało. Pewnie wiecie, o czym mówię. Spróbuję opisać kilka klasycznych sytuacji.

Czubek
Przyjmujecie człowieka do pracy – ma zapał, energię i może przyjść już od jutra. Zaczyna pracować, ale dochodzą was sygnały, że facet nie jest całkiem normalny. Nie wykonuje poleceń, robi tylko to, co sam uważa za potrzebne, głupkowato się śmieje, wychodzi gdzieś i wraca nie wiadomo skąd, jest dziwnie. Pracownicy meldują, że boją się z nim pracować, bo nie wiadomo co mu strzeli do głowy.
Nadchodzi więc czas na rozmowę mobilizującą. Mówicie, o co chodzi, jakie macie uwagi i że musi się to zmienić. Gość szeroko uśmiechnięty kiwa głową, obiecuje się lepiej starać. Uff, może jakoś to będzie… Następnego dnia gościa nie ma, kolejny dzień również, nie odbiera telefonu. Mija tydzień, potem drugi. Nagle się zjawia, jak gdyby nigdy nic i rozpoczyna pracę. Ale już po godzinie wybucha awantura i gość wychodzi trzaskając drzwiami. Nie udaje się więcej z nim już zobaczyć, świadectwo pracy trzeba wysłać pocztą. Kac parodniowy.

Bankowiec
Przychodzi człowiek do pracy – dobre wrażenie, poukładany, widać od razu, że zna fach. Wszystko mu pasuje, a jedyne czego chciałby, to umowę o pracę na czas nieokreślony. Umawiacie się, że jak będzie wszystko w porządku, to po dwóch tygodniach dostanie stałą umowę. Facet pracuje, wszystko jest dobrze, mija dwa tygodnie, dostaje umowę. Po miesiącu nagle zaczynają przychodzić pisma. Bank, komornik, drugi komornik, Skok Stefczyka i co tam jeszcze. Masakra, zajęć komorniczych więcej niż poborów. Pytasz człowieka o wyjaśnienia, a on spokojnie, że odchodzi, bo chciał tylko zaświadczenie do kolejnej pożyczki. Znowu czuję się jak bałwan.

Alimenciarz
Tak jak wyżej, z tą różnicą, że chodzi i skamle, żeby go na pół etatu przyjąć. A drugie pół pod stołem wypłacać. Żegnam ozięble! To nie kac, może lekka czkawka.

Uczeń
Ten facet z kolei przychodzi nauczyć się fachu. I, o dziwo, pracuje dzielnie, faktycznie uczy się szybko, inwestujesz w gościa, bo widzisz, że z tej mąki będzie chleb. Po kilku miesiącach masz naprawdę niezłego pracownika. I nagle dostajesz od niego wymówienie. Pytasz dlaczego, czy za mało zarabia albo czy może z kolegami jakiś problem? Facet milczy, w końcu duka, że odchodzi i już. Po kilku dniach dowiadujesz się, że gość miał obstalowany wyjazd za granicę. Kac głęboki.

Turysta
Często spotykany typek. Gdzie on nie pracował, ile zakładów uratował, ile budów dzięki niemu ocalało. Scenariusz znany: okazuje się partaczem, leniem i nieudacznikiem. Męczysz się z facetem kilka tygodni, aż wreszcie uwalnia cię od swojej obecności porzucając pracę. Kac krótki i płytki.

Związkowiec
Dobry pracownik, ale roszczeniowy. Nic mu nie pasuje, domaga się wszystkiego, co napisane w przepisach, czy ma to sens czy nie. Zaczyna buntować załogę i grozić. Nie ma wyjścia, trzeba gościa zwolnić, bo inaczej rozmontuje nam firmę. No i zaczyna się gehenna. Musisz nagle stać się specem od prawa pracy, wojnę kończysz sowitą odprawą i postanowieniem: „nigdy więcej”. Kac wielotygodniowy.

Fachowiec
Tu zaczyna się inna opowieść. To dobry pracownik, pracuje kilka lat, jest jedną z podpór firmy. I nagle, bez ostrzeżenia, informuje, że odchodzi. Pytasz: „Odchodzisz? Czemu? Dlaczego?”. Wreszcie słyszysz od człowieka: „...bo ja się tutaj niczego nie dorobiłem, a szwagier to już trzecie mieszkanie kupuje”. No to katastrofa. Wiadomo, że odejdzie, bo tak już żona zdecydowała. Jeszcze próbujesz rozmawiać, wymyślać jakieś rozwiązania, na nic. Kac głęboki i bolesny. Epilog często bywa taki, że po dwóch-trzech latach facet wraca do ciebie. Tylko, że to już jest inny człowiek.

Majster
To najtrudniejsza sytuacja. Z tym pracownikiem nie tylko pracujesz, ty się z nim przyjaźnisz. Jest filarem firmy. Jemu powierzasz odpowiedzialność, pieniądze i zadania. Ufacie sobie i razem ciągniecie firmę. Dzień, w którym mówi że odchodzi, jest jak grom z jasnego nieba. Nagle okazuje się, że człowiek, którego znałeś tyle lat, ma też inną twarz. Robi się nerwowo, czujesz się tak, jakbyś dostał nożem w plecy. Na szczęście twój majster nie chce wojny, nie będzie cię ciągał po sądach, ale zostawia cię w stanie kaca giganta.

Celowo nie opisuję wszelkiej maści złodziejaszków, kombinatorów i innej patologii, bo na to nie warto tracić czasu. Ale to, co wynika z tych historii, to doświadczenie, które tak naprawdę szkodzi kolegom - - współpracownikom wszystkich opisanych ludzi. To oni zostają w tej firmie, z wkurzonym szefem, rozgrzebaną lub spartoloną robotą. To oni muszą przełknąć frustrację i wziąć na bary cały bajzel. Ten brak klasy w rozejściu zmienia ludzi – niestety na gorsze.

A przecież można próbować rozejść się jak ludzie, bez palenia za sobą mostów. To wszystkim wyjdzie tylko na dobre. Pracodawca, jeżeli da mu się czas, pogodzi się z odejściem, znajdzie kogoś na miejsce odchodzącego i zachowa w pamięci pozytywne wspomnienie o swoim pracowniku. Niestety to rzadkie przypadki.
Można też odejść z fasonem
Wiele lat temu pracowałem w Niemczech na budowie z kolegą, na którego mówiliśmy Misiek. Wielkie chłopisko, super kamieniarz z ogromnym doświadczeniem, po wielu latach w PKZ-etach. A do tego gołębie serce. Nie pamiętam, żeby odmówił pomocy lub nie podzielił się wiedzą. Taki pracownik to skarb. I dlatego nie chcieli go zwolnić, chociaż Misiek prosił, że chce już wracać do domu. Prosił, prosił, tłumaczył, że on się sam nigdy nie zwalniał, ale wszystko na nic. Po jakimś czasie nagle nastąpiła zmiana. Zaczęło się od śniadania.

Misiek miał z dwoma kolegami osobny, mały kontener z małym okienkiem. I w tym okienku któregoś ranka pojawił się wazonik z kwiatami. Zaglądamy, a tam Misiek z kolegą siedzą przy stole, koniaczek, pączki, ciasteczka i każdy w ręku z lampką koniaku i gazetą. Zaraz przyleciał polski kierownik z awanturą, a Misiek spokojnie powiedział: „Niech pan się uspokoi i nie zakłóca nam posiłku. Zapewniam pana, że nie mam więcej niż 0,2 promila, więc jest to zgodne z prawem. Pana wrzaski zakłócają mi kontemplację i jako zwykłego chama zmuszony jestem pana wyrzucić z mojej budy.” Przy różnicy wzrostu prawie pół metra i różnicy wagi około 50 kg pan kierownik nie miał wyjścia i zabrał się w cholerę. Cała budowa, nawet Niemcy, rżeli ze śmiechu cały dzień. Miśka śniadania weszły na stałe w folklor budowy, wszyscy pogodzili się z faktem, że takiemu fachowcowi jak on można wybaczyć różne fanaberie. Najbardziej wkurzało to Miśka, myślał, że jednak zwolnią go za to. Znalazł więc inny sposób. Zaczął wykuwać bardzo trudny, olbrzymi element narożnego gzymsu. Mówiliśmy na takie elementy fortepian.

Misiek postanowił, że wykona ten gzyms bez prądu. Nikt w to nie wierzył, ale on to zrobił. Pięcioma dłutami. W trzy tygodnie. Po pierwszym tygodniu przyszli do niego właściciele firm – polskiej i niemieckiej – i zagrozili, że go zwolnią. Misiek był w siódmym niebie. W drugim tygodniu przyszedł Niemiec i zaczął go prosić. Na nic się to nie zdało, Misiek zaciął się jeszcze bardziej. W końcu niemiecki szef podjął decyzję, ma być zwolniony, ale najpierw niech skończy. Skończył i pojechał do domu.

Myślę, że po tym odejściu nikt nie miał kaca, a chociaż minęło prawie trzydzieści lat, wielu ludzi pamięta Miśka z kwiatami w oknie.

przeczytaj cały artykuł

Nie uczysz się – przegrywasz

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: środa, 23 września 2020 08:32

5a1d4f06567796.3828425015118702143542.png

Jako dziecko ciągle słyszałem, że trzeba się uczyć. No i starałem się w miarę spełniać oczekiwania rodziców. Potem sam zostałem ojcem i powtarzałem ten sam schemat w stosunku do dziecka. Oczywiście rezultaty i w moim przypadku i dziecka były różne, ale kult wiedzy pozostał.

Mam swoje lata, ale do dziś uważam, że nauka nie boli. A świat rozwija się w takim tempie, że nawet poświęcając sporo czasu na naukę, trudno go dogonić. W przypadku ludzi w moim wieku sprawa jest trudna, bo i pamięć nie ta i zdolność przyswajania wiedzy jest na innym poziomie. Ale… Nadal staram się uczyć. To trudne, bo nie mam tej presji szkoły, nauczycieli, rodziców, za to obowiązków codziennych dużo.

Patrząc na swoich znajomych, w podobnym wieku, widzę jak część z nich zrezygnowała z rozszerzania wiedzy. W niektórych sprawach stali się wykluczeni. Niektóre przedmioty powszechnego użytku stały się dla nich zagadką.
Telefony nie służą już tylko do dzwonienia, telewizory są wyposażone w mysz komputerową i bez problemów korzystają z Internetu. Nawet niektóre samochody dość szeroko korzystają z sieci internetowej. I jak tu się nie uczyć? Za kilka lat, jeśli nie będziemy się uczyć, okaże się, że nie potrafimy włączyć telewizora ani zadzwonić do wnuka.

Podobna sytuacja dotyczy naszej działalności zawodowej. Maszyny są coraz bardziej skomplikowane, potrzebują połączenia z Internetem i nikogo nie dziwi, że serwisant zdalnie wie, co naszej maszynie dolega.
Księgowa jest wam w stanie przygotować bardzo rozbudowaną tabelę z wynikami realizowanych zadań, pracy ludzi itp., a jeśli będziecie potrafili je przetwarzać, zobaczycie, ile dodatkowej wiedzy o własnej firmie zdobędziecie.

A to przecież tylko czubek góry lodowej. Mnogość firm na rynku i konieczność normalnej walki konkurencyjnej wymaga coraz większej wiedzy w zakresie zarządzania firmą, organizacji produkcji i sprzedaży. To też wiedza, którą trudno pokonać samym doświadczeniem i starymi metodami funkcjonowania. Zadajcie sobie sami pytanie, kiedy ostatni raz poczytaliście coś o marketingu, systemach sprzedaży, sposobie motywowania pracowników czy zarządzaniu produkcją?

Jak dobrze znacie posiadane przez siebie maszyny? Zagłębiliście się w instrukcję i znacie jej wszystkie możliwości? Przypuszczam, że raczej nie. W rozmowach często słyszę, że „to nie problem – mam młodych wykształconych pracowników”. To prawda, że to jest pomocne, ale nie mając aktualnej wiedzy, trudno podejmować decyzję, nie mówiąc już o stawianiu pracownikom zadań.

Wysyłamy do Was nasze czasopismo. W nim też jest sporo wiedzy, a często okazuje się, że przeglądacie je, ale czytacie dopiero po sezonie. Świat nie czeka, na rynku pojawiają się nowe firmy, a w nich młodzi wykształceni ludzie z głowami otwartymi na wiedzę. Żeby z nimi konkurować, trzeba starać się nadążyć. Z wiedzą zdobywaną w dojrzałym wieku ich trudno dogonić, ale macie doświadczenie i nim, w połączeniu z wiedzą, jaką uda się wam pozyskać, można już powalczyć.

Fajnie, jeśli tacy młodzi wykształceni są waszymi dziećmi i chcą pracować w firmie. To duża szansa. Ale jest jeden warunek: musicie ich słuchać, realizować ich pomysły, a nie tylko sprowadzać do roli podrzędnej.

Czasy na naukę są wyśmienite. Już nie trzeba biegać do bibliotek czy czytelni. W sieci jest ogromna ilość informacji, a chciałbym, żeby teksty, jakie publikujemy, były pierwszym krokiem do drążenia poruszonych tematów.
Tylko, jeśli już najdzie was ochota na zdobycie trochę wiedzy, to nie czekajcie, aż wam przejdzie.

przeczytaj cały artykuł

Mieć ciastko i zjeść ciastko

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: wtorek, 19 maja 2020 13:00

cupcake-279523_640.jpg

Od lat, pracując w branży i spotykając ludzi, staram się zrozumieć naszą branżę.
Powiem szczerze: czasem nie rozumiem.

Nasze kamieniarstwo, jak kilka innych branż, wywodzi się z rzemiosła. To dość oczywiste, bo do realizowania robót kamieniarskich potrzebna jest wiedza, doświadczenie i znajomość materiału, w którym się pracuje. I to wiedza niemała, bowiem materiały są pochodzenia naturalnego, a procesy ich powstania trwały miliony lat i nawet naukowcy z licznymi tytułami nie wszystko potrafią wyjaśnić. Można rzec, że praktyczna wiedza kamieniarska ma w sobie coś magicznego. Początki kamieniarstwa sięgają zamierzchłych czasów, a budowniczowie realizujący budowle z kamienia traktowani byli jak posiadacze wiedzy tajemnej, a od pierwszej organizacji kamieniarskiej rozpoczęła się kariera owianej tajemniczością masonerii.

Współczesność to jednak brutalna ekonomia, walka o zysk i poszukiwanie klientów. W ramach dostosowywania się do tych zasad wielu właścicieli firm zaczęło dążyć do innowacyjnego spojrzenia na swoją działalność. Obserwując inne branże i ich działalność przemysłową, pozazdrościli efektywności masowej produkcji. Zaczęli przekształcać swoje zakłady w zakłady produkcji przemysłowej. Część ma jeszcze bardziej ambitne pomysły i najchętniej widziałaby swoje firmy jako korporacje. To coraz częściej spotykane, bo współczesne maszyny kamieniarskie osiągnęły poziom technologiczny umożliwiający masową produkcję.

Niby wszystko OK, ale czy kamieniarskie zakłady przemysłowe są w stanie zapewnić to unikatowe rozumienie materiału?
Nawet jeśli właściciel firmy z rodowodem rzemieślniczym to potrafi, to produkcja przemysłowa wiąże się z większym zatrudnieniem. A wtedy pojawiają się problemy z przekazywaniem doświadczenia wszystkim pracownikom, którzy będą chcieli poznać tajemnice konkretnych materiałów i niuanse jego obróbki.
Ważnym aspektem jest też podejście do klienta. Wśród rzemieślników hołdujących tradycyjnym wartościom to podejście to bardzo osobisty kontakt z klientem i rozumienie jego potrzeb nie tylko czysto handlowych. Do tego coś, co można nazwać honorem rzemieślniczym: „takie coś nie może zostać dostarczone klientowi – na ścianie mam dyplom mistrza, a to zobowiązuje”.

Czy możliwe jest takie podejście w firmie z rozbudowaną strukturą, w której handlowcy zajmują się sprzedażą, produkcja to oddzielny dział w firmie, a montażyści pracują w systemie akordowo-wykonawczym?
Dyskutowałem na ten temat z jednym z tradycyjnych kamieniarzy-rzemieślników. Powiedział krótko: „nie da się zjeść ciastka i mieć ciastko”. Rozbudowanie zakładu w kierunku przemysłowym, to inna działalność niż rzemieślnik, który doradzi, wie o kamieniu wszystko i zawsze pamięta, że jego praca świadczy o nim. To nie znaczy, że wśród rzemieślników nie znajdą się tacy, dla który kamieniarstwo to tylko zwykła praca. Tu kiepska jakość zdarza się dość często, a o indywidualnym podejściu do każdego zlecenia nie ma co marzyć.

Są też zakłady działające w warunkach masowej produkcji, które pomimo takiego funkcjonowania chcą, aby ich produkt miał te same cechy co wyrób rzemieślnika, a nawet był lepszy, bo w produkcji wykorzystywany jest zaawansowany park maszynowy.

Dla mnie ciekawy jest powrót w branży do uzyskiwania tytułów mistrzowskich i czeladniczych. Łatwo sprawdzić, że do egzaminów przystępują nie tylko rzemieślnicy i ich pracownicy, ale również przedstawiciele firm działających w reżimach przemysłowych.

Może jednak da się „zjeść ciastko i mieć ciastko”. Jeśli tak się stanie, to możemy być unikatową branżą, a jej przedstawiciele będą cieszyli się uznaniem jak twórcy kamieniarskich dzieł z przeszłości – i to niezależnie w jakiej formule pracujący.

przeczytaj cały artykuł

Królewskie obyczaje

Autor: Michał Ziołowicz   |   Data publikacji: wtorek, 19 maja 2020 12:54

W rozmowie z kolegą na temat różnych kłopotów na budowach zauważyłem, że miałem budowy we wszystkich miastach, które były stolicami Polski. Nie chcę powiedzieć, że królewskie dziedzictwo ma podejrzane konotacje, ale przymiotnik „królewskie” powinien zobowiązywać. Tymczasem w każdym z tych miast miałem niezłe przygody.

I. Gniezno

Na tej budowie z pozoru wszystko było więcej niż poprawnie. Pełny profesjonalizm, inwestor państwowy, próbki, projekt warsztatowy, bardzo dobra umowa, ze zgłoszeniem podwykonawcy do inwestora, wszystko na korporacyjny wzór. W trakcie budowy również: rzeczowe, cykliczne narady, dobra współpraca, bardzo dobry kierownik, terminowe odbiory częściowe. Prawie bajka... W pewnym momencie kolejna faktura nie zostaje zapłacona, ale niepodpisanie zaświadczenia o niezaleganiu przynosi efekt i pieniądze wpływają. Traci pracę kierownik budowy, podobno za bardzo stawał po stronie podwykonawców.

Kolejny kierownik przeciąga odbiór częściowy i przyjęcie faktury w nieskończoność. I w końcu prawie kończymy budowę, a kasy brak. Zgłaszam do inwestora brak zapłaty błyskawicznie. Otrzymuję zapewnienie, że jak dokończę, to oni odbiorą budynek, dostaną ostatnią transzę z unijnego projektu i zapłacą mi bezpośrednio. Byłem jednym z siedmiu podwykonawców, którzy otrzymali zapłatę, reszta utknęła w sądach do dzisiaj. Generalny wykonawca zamknął firmę z długami, otworzył drugą i zrealizował kilka wielomilionowych zadań z państwowym inwestorem...

II. Kraków
Żeby poczuć pełny smak tej historii, trzeba znać słowo „hucpa”, chętnie w Krakowie używane. To określenie na bezczelne, wielopoziomowe kłamstwo lub oszustwo. Zaczyna się wszystko niewinnie: nie jesteś z Krakowa, ale masz dobrego znajomego, który ma zarządzać tą budową. Trzeba się spotkać ze wszystkimi przy obowiązkowym obiadku, oczywiście na twój koszt. Ustalacie, ile dla kogo ma być wziątki za przyjaźń i poparcie. Po kilku spotkaniach wszystko jest już ustalone i wtedy grom z jasnego nieba – kolega dzwoni i mówi, że wpłynęła oferta 10% niższa i musisz opuścić.

Szlag, tyle kasy już na to poszło! Dobra, opuszczasz. Ale ani grosza więcej. Budowa ruszyła, jedna, druga faktura przeszła, wypłacasz wrzutki, nie zarabiasz jakoś szczególnie, ale na koniec będzie dobrze. Niestety, kolejna faktura nie zostaje zapłacona. Kolega zapewnia: nie bój się, zapłacimy wszystko razem na koniec. Kończysz, i nagle okazuje się, że kolega nie może przyjąć ostatniej faktury bo: to, tamto, siamto... W końcu okazuje się, że kolega już nie pracuje, zmienił telefon i nie wiadomo gdzie jest, a nowy kierownik twierdzi, że musi wszystko sprawdzić.

Po kolejnych tygodniach oświadcza ci, że nie ma takich pieniędzy i nie wie, kiedy będzie miał. A jak będzie miał, to zapłaci. Po jakimś czasie dostajesz propozycję, że albo połowa albo sąd przez kilka lat... Po jakimś czasie kolega się odnajduje i zachęca cię, żebyś się odkuł na następnej budowie – tamci to byli złodzieje, jego też okradli. Ale teraz będzie inaczej. Przyjedź, spotkamy się z paroma ludźmi, na obiadku, wiesz, tam gdzie wcześniej…

III. Płock
Tak, Płock to też stolica Polski, krótko, ale była. A tu historia jest prostsza i krótsza. Inwestor: gruby gość, widać z daleka, że forsy jak lodu. Na pierwszym spotkaniu dostajesz reklamówkę kasy na zakup materiału, wszystko wygląda super. Bardzo szybko zmienia się to w horror. Zaliczka poszła w locie, chcesz kolejne pieniądze, a tu odpowiedź: „Za co? Nic nie skończone. Skończ pan coś, wtedy zapłacę.” Kończysz za swoje, a potem dostajesz połowę, bo „panu nie można ufać, za wolno to idzie, jaką mam gwarancję, że pan skończy resztę?”. I tak wloką cię, a na koniec zostajesz z niezapłaconymi długami i już na niczym ci nie zależy, tylko uciec jak najdalej….

IV. Warszawa
Nasza stolica ma pełen magazynek rozwiązań na każdego wykonawcę. Na pewno słyszeliście o wielu kantach, ale jeden jest naprawdę niesamowity. Jak to w Warszawie: przeszedłeś budowę jak żołnierz na froncie, stoczyłeś wiele bitew, udało ci się przeżyć i dotrzeć do końca. Wloką cię co prawda z dokumentacją powykonawczą, dręczą jakimiś wymyślonymi poprawkami, ale dajesz radę. W końcu tracisz cierpliwość i zgłaszasz sprawę do inwestora. Inspektor robi przegląd prac, wszystko jest w porządku, ale twierdzi, że rozliczenie finansowe to nie jego zakres i musisz się dogadać z generalnym wykonawcą.

Dostajesz propozycję nie do odrzucenia, musisz zmniejszyć ostatni rachunek o 15 tysięcy, bo budowa nie zamyka się finansowo i wszyscy podwykonawcy muszą zmniejszyć swoje rachunki. Jak nie, to sąd, kilka lat... W końcu godzisz się na 9 tysięcy. Przeklinasz, ale co masz zrobić. Ale najlepszego dowiadujesz się dwa lata później przy okazji jakiejś imprezy. Inspektor miał oficjalną umowę, w której miał zagwarantowane 30% od wszystkich „oszczędności”, do spółki z kierownikiem budowy i menadżerem projektu.

V. Łuck
Co prawda przez dwa dni w 1939 roku, ale był stolicą Polski. Wcześniej był w dobrach królewskich. Tam też miałem budowę. I nic się nie stało, wszystko wykonaliśmy i wszystko zostało zapłacone. Niesamowite, do dzisiaj nie wiem jak się to stało. Może to dlatego, że Łuck nie leży już w Polsce?

A morał? Nie ma, jest tylko zaduma, czy naprawdę tak musi być? I dlaczego, mimo tego, że wszyscy jesteśmy przecież tacy prawi i sprawiedliwi, robimy tyle świństwa i obłudy? Zapewne to królewski rodowód i jaśniepańskie maniery, bo przecież zwykłe chamy by tego nie wymyśliły.
Pozdrawiam wszystkich, trzymajcie się zdrowo!

kwiecień/maj 2020

przeczytaj cały artykuł

Z innej beczki

Autor: Rafał Frankiewicz   |   Data publikacji: wtorek, 19 maja 2020 12:35

Pomnik Żołnierzy 1 Armii Wojska Polskiego w Warszawie

Pomnik Żołnierzy 1 Armii Wojska Polskiego w Warszawie
fot. Adrian Grycuk, źród.: commons.wikimedia.org

Poprzednio było o konkursie. To teraz z innej beczki. Pomniki upamiętniające Żołnierzy II Wojny Światowej. Jakaś forma pozioma i do tego tyczka… Czy wiecie, że fenomenem była ich wysokość? Nie?

Nieważna była chwała i odwaga żołnierzy, którzy poświęcili swe życie dla oswobodzenia naszego kraju. Nie męstwo i pogarda śmierci, nie „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Nie to było istotne, ale najważniejsza była wysokość pomnika. Bardziej się rzuca w oczy, lepiej widać? To jest argument, ale tylko w połowie prawdziwy. Kto zgadnie – dostanie nagrodę. Nie będzie to uścisk dłoni Prezesa, ani teka ministra dalekowzroczności. Ale o tym za chwilę.

Cechą wspólną pomników z przeszłości jest to, że są niezłe, a wiele jest bardzo dobrze skomponowanych. Mają poprawne proporcje, żołnierskie postacie na ogół nie mają błędów anatomicznych. Jest rozmach, patos, oręż, walka i chęć pokonania niemieckiego najeźdźcy. Z materiałem bywało już różnie: z reguły używano kamienia i odlewu w brązie, później często stosowano odlewy z betonu, aby obniżyć koszty.

Ale forma – lepiej lub gorzej - zawsze się broniła. Nawet w takich przypadkach jak pomnik Żołnierzy Wojska Polskiego w Stolicy dłuta Xawerego Dunikowskiego: na odsłonięciu pewien wysokiej rangi towarzysz partyjny zapytał Artystę, czy nie wydaje mu się, że nogi żołnierza są zbyt krótkie w stosunku do całej reszty ciała? Miał usłyszeć taką odpowiedź: „Mają. Wy, towarzyszu, gdybyście przeszli szlak bojowy od Lenino do Berlina, to też by wam nogi w d... wlazły!” I faktycznie: trudno czegoś więcej się tu doszukać poza krótkimi nogami oswobodzicieli. Może właśnie takie mieli?

Może do rzeźby pozował pluton zapaśników z Dywizjii Kościuszkowskiej? Ci muszą mieć krótkie odnóża, bo środek ciężkości jest wtedy niżej, bliżej ziemi, więc trudniej takiego obalić…

Nie mają tyle szczęścia i wdzięku pomniki wojenne robione po 1989 roku. W nich wartości plastyczne zeszły na dalszy plan. Priorytetem jest kolesiowska zależność i miejsce w stajence przy żłóbku. Kompozycja z reguły jest chaotyczna, jakby zgodnie z owsiakowym „róbta co chceta”, a proporcje zaczynają wołać o pomstę do nieba. Nie ma dawnej staranności, nie ma rzetelności. Jest pośpiech i owczy pęd po gotówkę. Nikt na nic nie zwraca uwagi. Nawet zamawiający – zazwyczaj urzędnik – nie stara się zadbać o przyzwoity wygląd dzieła. Interesuje się nim tylko do odbioru i odsłonięcia. Potem wszystko ma głęboko w... kopalni.
Czy takie realizacje coś więcej za sobą niosą? Kiedyś mówiono o patriotyzmie. O dumie narodowej, o kłanianiu się, ale po polsku.

Obecne realizacje odrażają i rodzą pytanie: po kiego je postawiono skoro nic w sobie nie mają i niczego dobrego ze sobą nie niosą? Przykład? Polecam z mojej okolicy. Lokalny kamieniarz miał się popisać, to zrobił jak umiał. Ja bym za taką glapę nie chciał umierać. A dla porównania: rzeźba spotkana na Powązkach.

Nie będę się nad nim pastwił. Kiedyś miałem okazję go spotkać.

Na powitanie mi rzucił: „Cześć. Jestem Czesław. Stawiam osiemset pomników w roku.”

Jako żywo przypomniała mi się scena i dialog między Bobem Dylanem i Mickiem Jaggerem, kiedy się poznawali: „Cześć Dylan. Jestem Jagger. Mick Jagger. TEN Jagger!” Na co Dylan mu odpowiedział: „Cześć. Jestem Dylan. Bob Dylan. Czy ja ci się zwierzam ze swoich problemów?”

 


#RafałFrankiewicz #rafalfrankiewicz

przeczytaj cały artykuł
Strona 8 z 27

Najnowszy numer
6/2025 (139)

grudzień 2025 – styczeń 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

SPRZEDAM BELLANI – SUPERMODULO
2025-11-26 00:00:00
SPRZEDAM używaną maszynę BELLANI – SUPERMODULO, rok produkcji 2008. Maszyna w bardzo dobry stanie, po remoncie w 2024 roku. Miejsce: okolice Krakowa. Cena 75 000 zł Tel. 609 102 580

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.