Mam znajomego, który zajmuje się witrażami. Kiedyś, podczas spotkania towarzyskiego u niego w domu, zaciągnął mnie do warsztatu i pokazał swoją najnowszą pracę. Z zaangażowaniem gładził szkło i rozpływał się nad delikatnym turkusowym blaskiem. Wyjaśnił, że ten blask to wynik dodania specjalnego barwnika, po który jechał specjalnie na południe Francji. Oczywiście chciał od mnie usłyszeć uznanie dla pracy, ale odniosłem wrażenie, że to był tylko pretekst, by mógł kolejny raz popatrzeć na swoje dzieło.
Ostatnimi czasy miałem konieczność kilku kontaktów z fachowcami. Ot, normalne życie. Awaria laptopa, hydraulik, stolarz, mechanik samochodowy i kilku innych.
W tych domowych problemach zwróciłem uwagę na ciekawy aspekt. Oceniając po czasie, na zimno, spotkanie z fachowcami zrozumiałem, co mnie finalnie przekonało do zawarcia umowy z konkretnym specjalistą. Wierzcie, lub nie, ale nie była to ani uznana na rynku marka, ani cena, ani poziom rozreklamowania firmy. Większość ludzi przekonuje wrażenie, że człowiek, z którym rozmawiają, wie wszystko na temat swojego fachu. A jeśli nie wie, to jest skłonny się dowiedzieć. Po prostu wyczuwamy, czy jego zawód to też życiowa pasja. To bardzo często – nawet jeśli nieświadomie – klienci odbierają jako najważniejszy argument w wyborze oferty.
Jakiś czas temu byłem w zakładzie kamieniarskim, a że właściciel miał jakiś pilny telefon, zostałem w hali sam i przyglądałem się pracy. Jeden z pracowników podszedł do mnie i zaproponował obejrzenie jednego z gotowych blatów kuchennych z kwarcytu brazylijskiego.
Faktycznie, to był piękny materiał, a jakość wykonania roboty była doskonała. Przetarł element i pokazywał piękny wzór materiału oraz szczegóły świadczące o jakości wykonanej przez siebie obróbki. W pewnym momencie zauważyłem, że w zasadzie przestał mnie zauważać – tak bardzo zachwycał się materiałem i jakością swojej roboty. Ewidentnie to był pasjonat kamienia i kamieniarstwa.
Znam też przypadek, gdy szef dużej firmy przyjął zlecenie wykonania dużej, skomplikowanej mozaiki na posadzce w restauracji. Mimo że był już typowym „garniturowcem” uznał, że zrobi to lepiej niż podwładni. Popołudniami przebierał się w robocze ubranie i sam zrealizował mozaikę. Chciał po latach szefowania znowu poczuć radość z realizacji kamieniarskiego dzieła.
W kamieniarstwie nie tylko pasja do kamienia może być bardzo oczekiwaną cechą pracownika. Istnieje również szereg zadań, w których hobbyści wygrywają nawet z najsolidniejszymi konkurentami. W zakładach coraz więcej mamy maszyn zaawansowanych technicznie. Ich obsługa musi dobrze je znać. Pasjonaci potrafią zabierać instrukcję maszyny do domu, aby zrozumieć i nauczyć się, jak można wykorzystać jej możliwości. Sam widziałem, jak pracownik operator CNC kłócił się z szefem, że zadaną pracę można zrealizować szybciej, tylko trzeba pozmieniać pewne parametry. Wie na pewno, bo wziął do domu instrukcję i czytał po nocy.
Rozmawiałem o pracownikach z pasją z kilkoma szefami firm kamieniarskich. Wszyscy przyznali, że tacy ludzie nie należą do tych najbardziej roszczeniowych. Mało tego, zwykle też nie są skorzy do szukania innego pracodawcy i zmiany pracy. W większym zespole pracowników o podwyżki i wyższy status w firmie hałaśliwie zabiegają – nie dając o sobie zapomnieć – ci najbardziej roszczeniowi (co nie oznacza, że najlepsi). A w odróżnieniu od nich, ludzie z kamieniarską duszą zwykle odczuwają satysfakcję już z wykonywanej pracy, a sprawa wynagrodzenia czy pozycji w firmie nie jest dla nich najważniejsza.
O takich ludzi trzeba zadbać, nie czekając, aż skusi ich konkurencja. Pamiętajcie: jeden pasjonat to jak dwóch przeciętnych pracowników.
Czy zauważyliście, jak bardzo nasze rozumienie przedmiotów, zwierząt czy zjawisk może się różnić? Przykładowo: mam kolegę, który kilka lat temu miał sklep z parasolkami. Cieszył się jak dziecko z nowej zabawki, kiedy zapowiadali deszcz. Proste: przy słonecznej pogodzie miał jednego-dwóch klientów przez cały dzień. Co innego, gdy lało... Klienci tego kolegi pewnie zupełnie inaczej oceniali pogodę.
Dla nominalnych klientów naszej branży kamień może być widziany w bardzo wieloraki sposób. Pozytywy? Trwałość, elegancja, piękno. Ale z drugiej strony według powszechnej opinii kamień jest drogi, ciężki, kłopotliwy w montażu. Kamienia nie zabuduje płytkarz, trzeba znaleźć kamieniarza. Do tego niska wiedza klientów o dostępnych kolorach. Powszechnie utarło się, że kolorowe są marmury, a te nie są tak trwałe jak granity. W powszechnej opinii granit jest szary albo czarny.
Sklepów z ceramiką jest pełno i w nich czasem można zobaczyć naturalny kamień. Tyle, że asortymentowo jest to dosłownie kilka wzorów. Za to asortyment ceramiki jest ogromny i jest ona prezentowana we wzorcowy sposób. W boksach urządzone łazienki, korytarze i inne propozycje zastosowania i połączenia kolorów i wzorów. A kamień? Jeśli jest, to na topornym stojaku jakieś przykładowe płytki – zwykle któraś odmiana szarego chińskiego (bo nie straszy ceną) lub Star Galaxy (bo efektowny).
Ta pozycja kamienia to nie przypadek. Rozmawiałem ze znajomą właścicielką salonu z płytkami. Ona ma nawet nieco więcej wzorów kamienia. Ale stoją na stojaku z boku. Pytałem, dlaczego w takim miejscu. Bo jeśli znajdzie się klient na ceramikę, to ma kilka namiarów na wykonawców. Kamień, nawet w płytce modularnej, to zupełnie inny temat. Ma, co prawda, jakieś namiary na firmy kamieniarskie, ale współpraca nie jest najlepsza.
Podobnie jest z firmami oferującymi okna. To wbrew pozorom ogromny rynek. Tu także oferta kamiennych parapetów jest mało promująca kamień – zwykle gdzieś na samym dole stojaka z przykładowymi parapetami. Dlaczego? Otóż montujący potrafią osadzić parapet kamienny, ale potrzebnych jest do tego trzech ludzi, a zwykle na montaż jedzie dwóch. Poza tym wnoszenie parapetu kamiennego na 3 piętro, to już spore wyzwanie, a i ryzyko uszkodzenia jest niemałe.

Trochę czasu już minęło od ostatniego mojego felietonu. Jakoś taki zapracowany byłem. A może, po prostu, żyłem sobie szczęśliwie. Jednakże ostatnio miałem kilka przygód związanych z branżą, którymi chętnie się podzielę.
Zaczniemy może od najnowszych świeżości związanych z Targami Budma 2023. Wszyscy wiemy, jak bardzo utrudniono nam życie przez ostatnie 2 lata. Jak sobie przypomnę zamykanie lasów… Dobra, nie o tym miało być. Po co się denerwować, chociaż teraz możemy się z tego śmiać, pod warunkiem, że wyciągniemy z tego wnioski.
Z Międzynarodowymi Targami Poznańskimi współpracuję już bardzo długo. Oczywiście byłem wielokrotnie na targach kamieniarskich. Może mnie kojarzycie? Targi branżowe nie były takie wielkie – możliwe, że na siebie nawet wpadliśmy. Na Budmie byłem również kilkukrotnie, ale te ostatnie wspominam chyba najlepiej. Może dlatego, że miałem fajne stoisko, może fajne mozaiki, które spotykały się z bardzo pozytywnym odbiorem, a może dlatego, że jestem starszy i mam więcej dystansu do sytuacji i ludzi, z którymi się spotykałem przez te 4 dni…
W pierwszych dniach jeszcze podchodziłem do ludzi dosyć poważnie, czyli bardzo chętnie rozmawiałem, tłumaczyłem, opowiadałem o mozaikach, o możliwościach kamienia, rodzajach kamienia, parametrach itd. Lecz w kolejnych dniach chęć ta zaczęła we mnie przygasać, a raczej zaczęła przekształcać się w adekwatne podejście do ludzi – upraszczając: na głupie pytanie słyszeli głupią odpowiedź. Tak mi się to spodobało, że zacząłem aktywnie podtrzymywać dziwne dyskusje.
Stoisko miałem jak zwykle otwarte, każdy mógł śmiało wejść, oglądać i macać mozaiki. A także zagadywać do nas – w końcu od tego tam byliśmy. Na środku stoiska był stół, na którym układaliśmy wzór iglicy MTP z kamiennych tesser. Zaczęliśmy ten projekt na targach Stone w 2022 roku, a mieliśmy go ukończyć na Budmie 2023 – mozaika 120 na 200 centymetrów z ponad 25 tysięcy centymetrowych kosteczek kamienia widoczna na sąsiednim zdjęciu. Teksty typu: „Żona, ty nic nie robisz w domu, ja Ci przywiozę odpadów z roboty, to będziesz takie układać – zobacz jakie to łatwe i proste” to standard, przywykłem. Ale zdarzył się pan, który podszedł, poruszał kamieniami tam, gdzie dopiero zostały przyklejone (zrywając spoiwo) i rzekł: „To takie dobre, antypoślizgowe.” Odparłem: „Tak” uśmiechając się i licząc, że zobaczy tam coś więcej oprócz faktury. Gdy już chciałem mu wyjaśnić co to jest i do czego służy, on dalej oceniał pracę jako wspaniały wynalazek antypoślizgowy. Straciwszy motywację do prostowania jego koncepcji podsumowałem, że „będzie się o to wspaniale buty wycierało”. Pan usatysfakcjonowany moim poparciem dla jego wniosków, oddalił się dumnie.
Lubię targi bardziej niż wystawy. Może dlatego, że więcej się dzieje, że ludzie tam przychodzący nie tylko poklepują cię po ramieniu pijąc wino i mówiąc: „Tak, wspaniałą sztukę robisz. Rób to dalej”, bo to nie rozwija. Krytyka jakakolwiek mnie osobiście prowadzi do refleksji, dlaczego ktoś tak to odebrał. Może mój przekaz w mozaice kojarzy się inaczej, niż myślałem – mimo, że iglica była prawie biała na ciemnym, kontrastowym tle. Tak też było z panem od antypoślizgowej powierzchni. Może kiedyś się wywrócił na lodzie, a może żona kazała mu zrobić schody do domu z polerowanego granitu, a może rzeczywiście faktura mozaiki była tak mocna, że pierwsze skojarzenie miał właśnie takie. Nie oceniam tego, raczej odbieram jako ciekawostkę, która uczy.

Było też sporo ciekawych, poważniejszych rozmów – pomysłów na logotypy firm, realizacje dla deweloperów, aby uatrakcyjnić ich nową inwestycję. Ale to były standardowe rozmowy, do których najczęściej dochodzi podczas targów, więc nie będę nimi zanudzał. Za to opowiem jeszcze jedną historię: z ekipą remontową. Normalni faceci, którzy pracują na budowie – też kiedyś pracowałem na budowie i wiem jak to jest.
Ekipa 5-6 chłopa wbija na stoisko z delikatną – choć zimną i twardą – ale sztuką. I wpadają w zachwyt (nie przechwalam się – opisuję sytuację). Inna sprawa, że to było już późne popołudnie, a chłopaki byli tu od rana i zdążyli zwiedzić tylko jedną halę. Co robili przez ten dzień? Nie wiem, nie wnikam, ale byli weseli, uśmiechnięci i raczej zadowoleni z tego powodu, że tu są.
Wszyscy byli bardzo wrażliwi, przynajmniej w tamtym momencie, na sztukę. Jeden z ekipy był jakby bardziej czuły i bardziej wrażliwy na moją pracą niż pozostali. On kontemplował każdy element mozaiki, zastanawiał się dlaczego ten jeden kawałek tak został docięty, a nie inaczej, i zadawał pytania bardzo konkretne. I nie wiem, czy dla mnie jest to już rutyna, ale dla niego każdy element składowy całego obrazu miał swoją historię. I to począwszy od momentu narodzin kamienia, czyli wydobycia z Matki Ziemi, do momentu ostatecznego przeznaczenia – w tym wypadku zastosowania go w takiej formie w mozaice. Ten pan autentycznie przeżywał, odczuwał emocje gdy patrzył, dotykał mozaiki. To było fantastyczne, zazdrościłem mu, że tak ma. Ja nigdy tak nie miałem. Może i dobrze, bo nigdy nie sprzedałbym żadnej mozaiki i jak każdy utalentowany artysta miałbym pokaźną kolekcję prac, z którymi nie mógłbym się rozstać… A w moim wypadku mam do dyspozycji raptem trzy mozaiki, które jeszcze wykorzystuję do prezentacji samego siebie i tego co robię, zanim oddam klientom, którzy je zamówili.
Po wizycie tego właśnie młodego człowieka doszedłem do kilku wniosków. Począwszy od tego, że jestem niewrażliwym na sztukę gruboskórnym facetem i aż dziw, że zajmuję się mozaiką artystyczną od 16 lat – po wniosek bardziej przyziemny, że aby podziwiać moje mozaiki, trzeba najpierw coś spalić lub wypić – albo najlepiej jedno i drugie – wtedy efekt interakcji ze sztuką się wzmaga. Tak więc spodziewajcie się modernizacji stoiska Pracowni na kolejnych targach. :-)
A tak bardziej serio, to warto się wystawiać, pokazywać, rozmawiać, spotykać z ludźmi; doprowadzać do pewnych sytuacji tylko po to, aby potem móc to opisać i wyciągać wnioski. To chyba nazywa się rozwojem. I nie wiem jak Wy, ale ja z roku na rok coraz chętniej jeżdżę na targi. Nie zamykam się w internecie, który – nie powiem – daje mi pracę, ale jednak nie zastąpi prawdziwego życia.
Żyjmy więc, cieszmy się, poznawajmy ludzi i róbmy biznesy. Kolejność nie jest przypadkowa.


Pamiętam, jak kiedyś powszechnie promowano zakładanie na zimę opon zimowych. Wyjaśnień było wszędzie pełno. Że inny bieżnik, że materiał opony specjalnie dobrany do niskich temperatur. Początki tej promocji były trudne. Niewielu było chętnych na dodatkowy wydatek. Mięły lata i zmiana na opony zimowe stała się powszechna.
Opony uniwersalne istniały od dawna, jednak ich jakość pozostawiała wiele do życzenia. Dopiero w 2015 roku Michelin wprowadził na rynek opony wielosezonowe o dobrych parametrach. Za nim nowy typ ogumienia wprowadziły Goodyear i Continental, a potem cała reszta.
Jedno jest pewne: o zagadnieniu jeżdżenia samochodem w zmienionych warunkach trzeba pamiętać. Nawet, jeśli zdecydujemy się na opony wielosezonowe, trzeba sprawdzić bieżnik, ciśnienie w oponach i wyważenie kół. Tak samo ważne jest przygotowanie zakładów kamieniarskich do pracy w zimie.
Kiedyś większość zakładów zamykała się w okresie zimowym. Nie było potrzeby dostosowywania firm do zimowego okresu. Czasy się zmieniły i mało jest firm, które stać na zimową przerwę. Tym bardziej, że pozyskanie dobrych pracowników stało się bardzo trudne. Jeśli ich zwolnimy przed zimą, może się okazać, że na wiosnę nie będzie miał kto pracować w zakładzie.
Wiadomo, że okres zimowy dla większości zakładów to trudny czas. Mniej zleceń, dodatkowe koszty i mniejsza wydajność pracy. Niestety, ogrzewane hale produkcyjne nadal nie są powszechne. Nawet jeśli są, to w kontekście ogromnego wzrostu cen energii zapewne zakłady będą oszczędzały obniżając temperaturę w halach.
W tym miejscu chcę zwrócić uwagę na kluczowy w zakładzie element – pracowników. Odpowiednie ubranie robocze, buty, rękawice wydają się oczywiste. Niestety odwiedzając zakłady widzę, że w niewielu szefowie firm dbają o te elementy. Częstym widokiem są pracownicy w prywatnym ubraniu i adidasach, bez rękawic lub takich w strasznym stanie. Na dodatek, te elementy są „wielosezonowe”. Lato – zima bez zmian.
Efekt – w zimie przemarznięci pracownicy, w lecie przepoceni. A praca z kamieniem to duże obciążenia i spore zagrożenie wypadkowe. Jak w takim kontekście dziwić się, że trudno znaleźć pracowników, a ci, którzy są, po przetrwaniu roku – odchodzą z branży. Mało tego, ich opinia o pracy w kamieniarstwie rozpowszechnia się. Nasze ogłoszenia o chęci zatrudnienia pozostają bez odpowiedzi.
Warto zauważyć też inny efekt brako dbałości o osobiste wyposażenie pracowników. Naszych ludzi widzą też klienci. Marną reklamą firmy są pracownicy w starych dżinsach i flanelowych prywatnych koszulach. Jak by nie patrzeć, oferujemy produkt dość luksusowy. Jeśli klient widzi pracowników, nieubranych przez firmę, to delikatnie mówiąc, kłóci się to z wizerunkiem luksusowego produktu. Zachęcam zatem do sprawdzenia, jak do zimy przygotowany jest zakład i jego pracownicy.
Jeśli nie zadbamy o warunki pracy, pracownicy będą odchodzić i sformułowanie – rodem z branży oponiarskiej, ale w innym kontekście – pracownik wielosezonowy odejdzie w zapomnienie. Ludzie po przepracowaniu okresu zimowego będą odchodzić, szukając pracy w lepszych warunkach.

W młodości rodzice mocno mnie szkolili w zakresie pozyskiwania wiedzy. Mama była polonistką, ojciec matematykiem. Kiedy jednak miałem jakieś pytania, to nieodmiennie słyszałem: „Wiesz, gdzie jest biblioteczka – idź, weź książkę i poczytaj.” Zatem korzystanie z zapisanej gdzieś wiedzy wpojono mi bardzo konkretnie.
W tamtych czasach mało było publikacji, w których wiedza była marnej jakości. Gros wydawnictw, zanim wydało książkę, otrzymany materiał dokładnie kontrolowało. Byli recenzenci, korektorzy i kilka innych osób zaangażowanych w proces powstawania pozycji.
Trudniej było o wiedzę na wyższym poziomie – tu trzeba było odpowiedniej literatury szukać w bibliotece lub czytelni. Radziliśmy sobie jednak i poziom wiedzy ogólnej przeciętnego człowieka był na przyzwoitym poziomie.
Potem doszło do rewolucji – powstał Internet, który w błyskawicznym tempie zapełnił się treściami. Z założenia publikowane w Internecie treści nie są w żaden sposób weryfikowane, a jeśli już, to w minimalnym stopniu. W ten sposób powstał problem. Z jednej strony mamy przy sobie (od czasu, gdy telefony obsługują Internet) potężny zasób informacji, przy którym nawet słynna Encyklopedia Britannica to mała książeczka, z drugiej są to w znacznym stopniu informacje niesprawdzone. Jeśli kiedyś, żeby pozyskać jakąś informację, musieliśmy naszukać się książek, to teraz trzeba sporo wysiłku, aby znalezione informacje zweryfikować. A zasób informacji jest ogromny.
Przykładowo hasło „kamień” wpisane w przeglądarkę daje prawie 24 miliony adresów, ale już hasło „Stone” 3,3 miliarda. Oczywiście ogromna ilość odpowiedzi w większości odsyła do stron komercyjnych, ale część z nich zawiera jakieś elementy zawierające potrzebne nam informacje – czasem prawdziwe, a czasem nie.
Każdy z nas właśnie w Internecie szuka informacji. Nie ma w tym nic złego – tyle, że często nie sprawdzamy ich wiarygodności. Nie można się zatem dziwić klientom, którzy przed wizytą w zakładzie grzebią w Google szukając informacji, żeby ustrzec się przed problemami. Niestety, również nie poświęcają już czasu na weryfikację zdobytej „wiedzy”. I tak powstają „złote myśli” klientów, – że chiński granit się rozleci, prawdziwy czarny granit to tylko „Szwed”, a nagrobek z piaskowca to nieporozumienie.
Znalazłem też kilka „świetnych pomysłów” w sieci dotyczących pielęgnacji kamienia. Zwykle dotyczą stosowania agresywnej chemii. Przykładowo: do usunięcia plam z wina na marmurze ktoś polecił ocet. Na wielu stronach podane są dobre porady w zakresie czyszczenia kamienia, ale są też i takie, jak przytoczone powyżej – wszystko kwestia, na co trafi poszukujący porady. Jest grupa dociekliwych klientów, która wynajduje ceny slabów i kwestionuje wycenę zamawianego produktu.
Denerwują nas klienci z nadmiarem googlowej wiedzy, ale sami też często ulegamy tej manii. Łatwo spotkać w Internecie porady dotyczące prowadzenia biznesu. Jedna z częstych porad brzmi: „Wszystko jest w Twoich rękach. Firma to Ty!”
Nie ma chyba głupszej rady. Naprawdę, jeśli chcesz osiągnąć sukces, musisz zaufać ludziom, otoczyć się wykwalifikowanymi pracownikami, oddać im część odpowiedzialności za firmę.
Ale błędy internetowych poszukiwań to też uleganie internetowym promocyjnym ofertom. Przykładowo stwierdzamy, że nasza własna strona internetowa, powinna być na wysokiej pozycji. Wpisujemy hasło „pozycjonowanie stron tanio” i… Trafiamy na internetowych czarodziejów, którzy świetnie sprzedają swoje usługi. Znam przypadek, kiedy tak znaleziony specjalista pozycjonowanie własnej strony, zlecił faktycznym fachowcom od takiej pracy, dzięki czemu trafiliśmy na jego ofertę. Efekty dla nas mizerne.
Z Internetu, przez pocztę mailową, przychodzą też oferty reklamy. Nie do końca wiadomo gdzie i do kogo trafią, ale są tanie, więc je zamawiamy i płacimy.
Proponuję nieco więcej czasu poświęcić na sprawdzanie internetowych ofert i porad, bo naszą reklamę znajdziemy na portalu o szydełkowaniu, a samochód naprawiany samodzielnie na podstawie filmików z YouTube i tak trzeba będzie odholować do serwisu.