Reklama


Felietony

Królewskie obyczaje

Autor: Michał Ziołowicz   |   Data publikacji: wtorek, 19 maja 2020 12:54

W rozmowie z kolegą na temat różnych kłopotów na budowach zauważyłem, że miałem budowy we wszystkich miastach, które były stolicami Polski. Nie chcę powiedzieć, że królewskie dziedzictwo ma podejrzane konotacje, ale przymiotnik „królewskie” powinien zobowiązywać. Tymczasem w każdym z tych miast miałem niezłe przygody.

I. Gniezno

Na tej budowie z pozoru wszystko było więcej niż poprawnie. Pełny profesjonalizm, inwestor państwowy, próbki, projekt warsztatowy, bardzo dobra umowa, ze zgłoszeniem podwykonawcy do inwestora, wszystko na korporacyjny wzór. W trakcie budowy również: rzeczowe, cykliczne narady, dobra współpraca, bardzo dobry kierownik, terminowe odbiory częściowe. Prawie bajka... W pewnym momencie kolejna faktura nie zostaje zapłacona, ale niepodpisanie zaświadczenia o niezaleganiu przynosi efekt i pieniądze wpływają. Traci pracę kierownik budowy, podobno za bardzo stawał po stronie podwykonawców.

Kolejny kierownik przeciąga odbiór częściowy i przyjęcie faktury w nieskończoność. I w końcu prawie kończymy budowę, a kasy brak. Zgłaszam do inwestora brak zapłaty błyskawicznie. Otrzymuję zapewnienie, że jak dokończę, to oni odbiorą budynek, dostaną ostatnią transzę z unijnego projektu i zapłacą mi bezpośrednio. Byłem jednym z siedmiu podwykonawców, którzy otrzymali zapłatę, reszta utknęła w sądach do dzisiaj. Generalny wykonawca zamknął firmę z długami, otworzył drugą i zrealizował kilka wielomilionowych zadań z państwowym inwestorem...

II. Kraków
Żeby poczuć pełny smak tej historii, trzeba znać słowo „hucpa”, chętnie w Krakowie używane. To określenie na bezczelne, wielopoziomowe kłamstwo lub oszustwo. Zaczyna się wszystko niewinnie: nie jesteś z Krakowa, ale masz dobrego znajomego, który ma zarządzać tą budową. Trzeba się spotkać ze wszystkimi przy obowiązkowym obiadku, oczywiście na twój koszt. Ustalacie, ile dla kogo ma być wziątki za przyjaźń i poparcie. Po kilku spotkaniach wszystko jest już ustalone i wtedy grom z jasnego nieba – kolega dzwoni i mówi, że wpłynęła oferta 10% niższa i musisz opuścić.

Szlag, tyle kasy już na to poszło! Dobra, opuszczasz. Ale ani grosza więcej. Budowa ruszyła, jedna, druga faktura przeszła, wypłacasz wrzutki, nie zarabiasz jakoś szczególnie, ale na koniec będzie dobrze. Niestety, kolejna faktura nie zostaje zapłacona. Kolega zapewnia: nie bój się, zapłacimy wszystko razem na koniec. Kończysz, i nagle okazuje się, że kolega nie może przyjąć ostatniej faktury bo: to, tamto, siamto... W końcu okazuje się, że kolega już nie pracuje, zmienił telefon i nie wiadomo gdzie jest, a nowy kierownik twierdzi, że musi wszystko sprawdzić.

Po kolejnych tygodniach oświadcza ci, że nie ma takich pieniędzy i nie wie, kiedy będzie miał. A jak będzie miał, to zapłaci. Po jakimś czasie dostajesz propozycję, że albo połowa albo sąd przez kilka lat... Po jakimś czasie kolega się odnajduje i zachęca cię, żebyś się odkuł na następnej budowie – tamci to byli złodzieje, jego też okradli. Ale teraz będzie inaczej. Przyjedź, spotkamy się z paroma ludźmi, na obiadku, wiesz, tam gdzie wcześniej…

III. Płock
Tak, Płock to też stolica Polski, krótko, ale była. A tu historia jest prostsza i krótsza. Inwestor: gruby gość, widać z daleka, że forsy jak lodu. Na pierwszym spotkaniu dostajesz reklamówkę kasy na zakup materiału, wszystko wygląda super. Bardzo szybko zmienia się to w horror. Zaliczka poszła w locie, chcesz kolejne pieniądze, a tu odpowiedź: „Za co? Nic nie skończone. Skończ pan coś, wtedy zapłacę.” Kończysz za swoje, a potem dostajesz połowę, bo „panu nie można ufać, za wolno to idzie, jaką mam gwarancję, że pan skończy resztę?”. I tak wloką cię, a na koniec zostajesz z niezapłaconymi długami i już na niczym ci nie zależy, tylko uciec jak najdalej….

IV. Warszawa
Nasza stolica ma pełen magazynek rozwiązań na każdego wykonawcę. Na pewno słyszeliście o wielu kantach, ale jeden jest naprawdę niesamowity. Jak to w Warszawie: przeszedłeś budowę jak żołnierz na froncie, stoczyłeś wiele bitew, udało ci się przeżyć i dotrzeć do końca. Wloką cię co prawda z dokumentacją powykonawczą, dręczą jakimiś wymyślonymi poprawkami, ale dajesz radę. W końcu tracisz cierpliwość i zgłaszasz sprawę do inwestora. Inspektor robi przegląd prac, wszystko jest w porządku, ale twierdzi, że rozliczenie finansowe to nie jego zakres i musisz się dogadać z generalnym wykonawcą.

Dostajesz propozycję nie do odrzucenia, musisz zmniejszyć ostatni rachunek o 15 tysięcy, bo budowa nie zamyka się finansowo i wszyscy podwykonawcy muszą zmniejszyć swoje rachunki. Jak nie, to sąd, kilka lat... W końcu godzisz się na 9 tysięcy. Przeklinasz, ale co masz zrobić. Ale najlepszego dowiadujesz się dwa lata później przy okazji jakiejś imprezy. Inspektor miał oficjalną umowę, w której miał zagwarantowane 30% od wszystkich „oszczędności”, do spółki z kierownikiem budowy i menadżerem projektu.

V. Łuck
Co prawda przez dwa dni w 1939 roku, ale był stolicą Polski. Wcześniej był w dobrach królewskich. Tam też miałem budowę. I nic się nie stało, wszystko wykonaliśmy i wszystko zostało zapłacone. Niesamowite, do dzisiaj nie wiem jak się to stało. Może to dlatego, że Łuck nie leży już w Polsce?

A morał? Nie ma, jest tylko zaduma, czy naprawdę tak musi być? I dlaczego, mimo tego, że wszyscy jesteśmy przecież tacy prawi i sprawiedliwi, robimy tyle świństwa i obłudy? Zapewne to królewski rodowód i jaśniepańskie maniery, bo przecież zwykłe chamy by tego nie wymyśliły.
Pozdrawiam wszystkich, trzymajcie się zdrowo!

kwiecień/maj 2020

przeczytaj cały artykuł

Z innej beczki

Autor: Rafał Frankiewicz   |   Data publikacji: wtorek, 19 maja 2020 12:35

Pomnik Żołnierzy 1 Armii Wojska Polskiego w Warszawie

Pomnik Żołnierzy 1 Armii Wojska Polskiego w Warszawie
fot. Adrian Grycuk, źród.: commons.wikimedia.org

Poprzednio było o konkursie. To teraz z innej beczki. Pomniki upamiętniające Żołnierzy II Wojny Światowej. Jakaś forma pozioma i do tego tyczka… Czy wiecie, że fenomenem była ich wysokość? Nie?

Nieważna była chwała i odwaga żołnierzy, którzy poświęcili swe życie dla oswobodzenia naszego kraju. Nie męstwo i pogarda śmierci, nie „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Nie to było istotne, ale najważniejsza była wysokość pomnika. Bardziej się rzuca w oczy, lepiej widać? To jest argument, ale tylko w połowie prawdziwy. Kto zgadnie – dostanie nagrodę. Nie będzie to uścisk dłoni Prezesa, ani teka ministra dalekowzroczności. Ale o tym za chwilę.

Cechą wspólną pomników z przeszłości jest to, że są niezłe, a wiele jest bardzo dobrze skomponowanych. Mają poprawne proporcje, żołnierskie postacie na ogół nie mają błędów anatomicznych. Jest rozmach, patos, oręż, walka i chęć pokonania niemieckiego najeźdźcy. Z materiałem bywało już różnie: z reguły używano kamienia i odlewu w brązie, później często stosowano odlewy z betonu, aby obniżyć koszty.

Ale forma – lepiej lub gorzej - zawsze się broniła. Nawet w takich przypadkach jak pomnik Żołnierzy Wojska Polskiego w Stolicy dłuta Xawerego Dunikowskiego: na odsłonięciu pewien wysokiej rangi towarzysz partyjny zapytał Artystę, czy nie wydaje mu się, że nogi żołnierza są zbyt krótkie w stosunku do całej reszty ciała? Miał usłyszeć taką odpowiedź: „Mają. Wy, towarzyszu, gdybyście przeszli szlak bojowy od Lenino do Berlina, to też by wam nogi w d... wlazły!” I faktycznie: trudno czegoś więcej się tu doszukać poza krótkimi nogami oswobodzicieli. Może właśnie takie mieli?

Może do rzeźby pozował pluton zapaśników z Dywizjii Kościuszkowskiej? Ci muszą mieć krótkie odnóża, bo środek ciężkości jest wtedy niżej, bliżej ziemi, więc trudniej takiego obalić…

Nie mają tyle szczęścia i wdzięku pomniki wojenne robione po 1989 roku. W nich wartości plastyczne zeszły na dalszy plan. Priorytetem jest kolesiowska zależność i miejsce w stajence przy żłóbku. Kompozycja z reguły jest chaotyczna, jakby zgodnie z owsiakowym „róbta co chceta”, a proporcje zaczynają wołać o pomstę do nieba. Nie ma dawnej staranności, nie ma rzetelności. Jest pośpiech i owczy pęd po gotówkę. Nikt na nic nie zwraca uwagi. Nawet zamawiający – zazwyczaj urzędnik – nie stara się zadbać o przyzwoity wygląd dzieła. Interesuje się nim tylko do odbioru i odsłonięcia. Potem wszystko ma głęboko w... kopalni.
Czy takie realizacje coś więcej za sobą niosą? Kiedyś mówiono o patriotyzmie. O dumie narodowej, o kłanianiu się, ale po polsku.

Obecne realizacje odrażają i rodzą pytanie: po kiego je postawiono skoro nic w sobie nie mają i niczego dobrego ze sobą nie niosą? Przykład? Polecam z mojej okolicy. Lokalny kamieniarz miał się popisać, to zrobił jak umiał. Ja bym za taką glapę nie chciał umierać. A dla porównania: rzeźba spotkana na Powązkach.

Nie będę się nad nim pastwił. Kiedyś miałem okazję go spotkać.

Na powitanie mi rzucił: „Cześć. Jestem Czesław. Stawiam osiemset pomników w roku.”

Jako żywo przypomniała mi się scena i dialog między Bobem Dylanem i Mickiem Jaggerem, kiedy się poznawali: „Cześć Dylan. Jestem Jagger. Mick Jagger. TEN Jagger!” Na co Dylan mu odpowiedział: „Cześć. Jestem Dylan. Bob Dylan. Czy ja ci się zwierzam ze swoich problemów?”

 


#RafałFrankiewicz #rafalfrankiewicz

przeczytaj cały artykuł

Dedal

Autor: Michał Ziołowicz   |   Data publikacji: czwartek, 27 lutego 2020 14:18

104_fz.jpg

Znacie mit o Dedalu i Ikarze? Znacie. Ale opowiem Wam, jak było naprawdę.

Dedal, kiedy uciekł przed powieszeniem z Aten na Kretę, dostał od króla Minosa dobrą posadę i – jako doskonały rzemieślnik – obsypywany był lukratywnymi zleceniami. Był człowiekiem wielu talentów – był kowalem, złotnikiem, kamieniarzem, płatnerzem, cieślą. Bogacił się więc i realizował swoje ambicje bycia najlepszym z najlepszych (za co zresztą zabił wcześniej swojego ucznia, który okazał się być zdolniejszy). Mieszkał sobie wygodnie, razem z dorastającym synem, nie interesując się zupełnie polityką i tyranią króla Minosa.

Wspaniała wyspa, bogata w winorośl, sery, bydło i zalana słońcem, wydawać się mogła rajem na ziemi. Z biegiem lat, pod rządami Minosa, stawała się jednak miejscem coraz bardziej ponurym. Rok po roku król zarządzał coraz to nowe podatki i daniny, wmawiając sobie i poddanym, że Kreta jest zagrożona i wszyscy czyhają, żeby ją napaść. Rozbudowywał flotę i wojsko – mężczyźni, zamiast uprawiać ogrody, doskonalili się w zabijaniu. Demokracja została zniszczona, Zgromadzenie Ludowe rozwiązane za występowanie przeciwko królowi, a wszelkie głosy sprzeciwu uznawane były za zdradę państwa. Rozpędzono sądy, jedynym sędzią był król.

Coraz częściej ludzie dowiadywali się, że ten czy ów zaginął bez wieści. Nie można było już wypłynąć z wyspy, wszystkie porty były zablokowane, a okoliczne wody bezustannie patrolowane. Dla prostych ludzi król wprowadził darmowe igrzyska, w miejscu dawnych zgromadzeń wybudował potężny amfiteatr, w którym oddani królowi artyści dawali występy. Wyśmiewali dawnych senatorów i sędziów, chwaląc nowe porządki. Do tego właściciele wielkich winnic musieli na te imprezy bezpłatnie dostarczać wino. Król, który co roku obiecywał, że nie będzie nowych, wielkich podatków, z Nowym Rokiem ogłaszał, że spełnia obietnice i wprowadza pięć nowych małych podatków. Dodawał, że prości ludzie tego nie odczują, bo podatki dotyczą tylko bogaczy.

Artystów i aktorów król odciął od świata, pozbawił zleceń, a swoje potrzeby powierzał takim, jak Dedal. To był człowiek oddany, nie krytykował, wielbił swojego króla i nie chciał widzieć żadnych złych rzeczy, które były wokół. Dostał w końcu zlecenie życia: budowę labiryntu przeznaczonego na mieszkanie dla Minotaura, półczłowieka – półbyka, który był synem żony króla Minosa. Poświęcił się temu zadaniu, bez wytchnienia pracując dzień i noc.

W tym czasie dorósł i stał się młodym mężczyzną jego syn Ikar. Dedal próbował go wciągnąć w prace przy labiryncie, ale okazało się, że Ikar jest zagorzałym wrogiem króla i, o zgrozo, wielkim zwolennikiem demokracji. Przerażony Dedal nie mógł w żaden sposób przekonać syna, żeby do niego przystał. Ikar odpowiadał mu, że jest urodzonym ateńczykiem, jest dumny z ateńskiej demokracji i musi się wydostać z wyspy, by wszystko opowiedzieć w Atenach. Wtedy Ateny pomogą ciemiężonej Krecie i ludziom tu uwięzionym. Nie pomagało tłumaczenie, że jest im dobrze, że są zamożni i mają dostęp do dworu i różnych korzyści. Młodzian odpowiadał, że to złota klatka, że ojciec nie widzi, jakim stał się niewolnikiem.

Przez to wszystko Dedal stawał się coraz bardziej samotny i ponury. Nosił on w duszy jeszcze jedną wielką tajemnicę: potajemnie kochał żonę króla i to przy jego pomocy królowa przespała się ze świętym bykiem i powiła Minotaura. Gryzło go poczucie winy, nie umiał wybrać pomiędzy uczuciem do królowej, a oddaniem królowi. Do tego jeszcze syn, który bezustannie błagał go, by uciekli z Krety. Nie umiał Dedal wyjść z tego impasu i celowo przedłużał budowę labiryntu.

I pewnie zgryzoty doprowadziłyby Dedala do szaleństwa lub śmierci, ale wydarzenia, które nastąpiły, nie dały mu żadnego wyboru. Król Minos w tajemniczy sposób dowiedział się, kto pomógł w zdradzie żony i wysłał po obu ateńczyków wojsko, które wtrąciło ich do lochu, a potem do labiryntu.
Przesiedzieli w labiryncie bardzo długo, Dedal zrozumiał, że przegrał całe swoje życie, i ostatnie co mu pozostało to ratować syna. Dniami i nocami rozmyślał, jak się wydostać. Na powierzchni król ogłosił ich zdrajcami, pozbawił wszelkich praw i majątku oraz obwieścił, że nie mają powrotu na wolność. Gawiedź szalała z radości, ponieważ wszystko, co było własnością Dedala, król pozwolił rozszabrować.

Dedal tymczasem wymyślił sposób, jak wybudować maszynę latającą, którą dzisiaj nazwalibyśmy lotnią. Nie mając innego materiału zbierał pióra i połączył je woskiem. Pozostało się wydostać – w tym pomogła królowa, po cichu wyprowadzając ich z labiryntu. Czas spędzony w więzieniu, długie brody i brudne łachy spowodowały, że nikt ich nie rozpoznał. Dedal dotarł do swojego domu i zapłakał: dom nie istniał, warsztaty zostały zniszczone, reszta budynków spalona. Okoliczni sąsiedzi, zacni obywatele, również stracili wszystko – winnice, cegielnie, warsztaty. Tłuszcza rabowała wszystko i była bezkarna. Król zaś zamknął się w twierdzy i zajmował się jedynie tropieniem „zdrajców”. Piór i wosku starczyło tylko na jedną lotnię. Dedal nawet nie chciał rozmawiać o tym, że on poleci tą lotnią. Poszli na klif i Ikar skoczył w przepaść, za chwilę wzbił się w górę i poszybował.

Pierwszy raz od niepamiętnych czasów poczuł wolność, uczucie tak niesamowite, że oszołomiło go jak narkotyk. Latał w górę i w dół, śmiał się i krzyczał. Ojciec z dołu błagał go, żeby odleciał z wyspy, ale on zawrócił nad miasto i krzyczał do ludzi o wolności. Żołnierze dostali rozkaz strzelania, Ikar wzniósł się wysoko, poza zasięg strzał i dalej krzyczał do ludzi. W pewnym momencie poczuł, że wosk topnieje i pióra wypadają. Próbował jeszcze ratować się, zniżyć lot i wylądować gdzieś bezpiecznie – było jednak za późno. Runął w dół i nie było już ratunku… Żołnierze zawrócili do koszar, ludzie się rozeszli, Dedal siedział na kamieniu i płakał. Słońce powoli zaczęło zachodzić.

Zadziwiające, jak ta znana wszędzie historia dopełnia się w naszych czasach. Wszystko jest aktualne i prawdziwe. No może za wyjątkiem wina – u nas głównie idzie wódka.

zdjęcie: reprodukcja obrazu „Upadek Ikara” pędzla Petera Bruegela, fot.: pl.wikipedia.org

przeczytaj cały artykuł

Zaskoczył mnie

Autor: Rafał Frankiewicz   |   Data publikacji: czwartek, 27 lutego 2020 14:06

104_opo1.jpg

Od lewej kolejno:
Władysław II Opolczyk praca Studia Rzeźby MaciejaJagodzińskiego – Jagenmeer fot. M. Matuszkiewicz
Władysław II Opolczyk dłuta Zbigniewa Mikielewicza
Władysław II Opolczyk zespołu autorskiego Lyubomira Grigorova

Michał Misiaszek zaskoczył mnie. Kędzierzyńsko-koźlarski Artysta podjął się nie lada wyzwania: konkurs na pomnik-rzeźbę Władysława Opolczyka. Nie wygrał. Jury zdecydowało, że będzie mieć wyróżnienie. Moim zdaniem wygrać powinien.

Dowody? Proszę bardzo.

Rzeźba zwycięzcy konkursu, Macieja Jagodzińskiego, ma lepiej rozwiązany postument, na którym stoi rzeźba, niż zrobił to Michał. I to jest jedyny argument na rzecz zwycięzcy. W pozostałych kategoriach już nie jest tak na przedzie.

W kompozycji postaci ciężko uchwycić, czy stoi w kontrapoście czy tylko ma taki zamiar? Czy podnosi nogę do góry, czy też ma ją krótszą? Czy obraz Matki Boskiej Jasnogórskiej można tak nonszalancko trzymać, czy mu właśnie wypada z ręki? Czy miecz to wciska w pochwę, czy go raczej uwiera jak obcisłe galoty? Czy ciało nosi szaty, czy szaty żyją własnym życiem, niekoniecznie skrywając w sobie ciało?

W portrecie też nie jest lepiej: to jakiś zamglony jegomość, a nie Piast z krwi i kości!
Wiem. Mam skrzywienie matejkowskie. Wszyscy je mamy. Matejko też je miał, gdy skończył malować „Poczet Królów Polskich”. Stał się zakładnikiem własnego wytworu. Ale – jak popatrzymy na Piastów – widać w nich niezłomną siłę, dzikość i hardość serca, wrażliwość na sprawy boskie i niepohamowaną żądzę przygody, która zawsze łączyła się z wojaczką. Michał wyrzeźbił Opolczyka – niczym króla – w zbroi, misiurce, z pasem rycerskim z mizerykordią i mieczem, hełmem i ostrogami. Zwycięski Maciej – jako miękko odzianego szlachcica z mieczykiem u pasa i w koronce narzuconej na biret…

Nie wspomniałem o dwu innych rzeźbach, które otrzymały laury. Drugie miejsce zajęła rzeźba, którą można by nazwać „Pan Buła – strażnik miecza i papieru”. Trzecie miejsce to Władysław Opolczyk à la parkowy kryptoekshibicjonista. Ma kulkę z krzyżem i do tego dziwnie skrojony płaszczyk z niestosownie obnażonymi łydkami. A do tego kapelusik rodem z polowań na jelenie, i bródkę jak dawni mieszkańcy krakowskiego Kazimierza.
Tak. Mogę jeszcze długo „drzeć łacha”. Do porównania pozostało jeszcze wiele ciekawych aspektów. I nie tylko moje oczy widzą te różnice…

Tylko po co? Nie kreślę tych słów, by się nad kimś pastwić czy wyśmiewać. Sprawa jest poważna, a konkurs daje jej właściwą przestrzeń do prezentacji.
Rzeźba to nie płaski telewizor, gdzie pokazują panią H. i panią J. z najlepszego frontu – bo z profilu zaplecione nóżki już tak efektownie nie wyglądają. A i brzuszek pani H. jest bardziej widoczny.

104_op2.jpg

Władysław II Opolczyk dłuta Michała Misiaszka

Rzeźba to opowieść o człowieku. O jego wzlotach i upadkach. O jego froncie, fejsie, bokach, boczkach... Ale też o jego tyłach i tyłkach. To ruch, to myśl, to czas… I tajemnica zamknięta gdzieś głęboko w środku. Czy może każdy w równym stopniu jej dotknąć lub ją posiąść? Każdy musi odpowiedzieć sobie sam, krytycznie patrząc w lusterko.
Wiem. Jest wielu bezkrytycznych – dzięki czemu tak wiele jest knotów i gniotów, a tak mało naprawdę wartościowych rzeczy.

Jak mawiał Piotr Skrzynecki: artystów – jak plemników – na świecie są miliony. Ale spośród nich tylko jeden może dotrzeć do celu i stworzyć dzieło sztuki.

Myślę, że Michał – czytając ten artykuł – też jest zaskoczony.

 

 


#RafałFrankiewicz #rafalfrankiewicz

przeczytaj cały artykuł

Marketing to nie tylko teoria

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: środa, 26 lutego 2020 01:00

Był kiedyś w telewizji program, w którym magik z zawiązanymi oczami rzucał nożami do tarczy, przed którą stała asystentka. Oczywiście w większości przypadków jest to trik i urodziwej asystentce nic nie grozi. Ale co jakiś czas znajdzie się szaleniec, który tego typu pokaz usiłuje wykonać normalnie – bez trików. No cóż – pewnie casting na asystentki bywa utrudniony, bo kto normalny chciałby zaryzykować.

Niestety, w marketingu bywa podobnie. W teorii opisanych jest wiele metod pozyskiwania klientów i zleceń opierających się w znacznej części o triki. Dlatego do pracy w marketingu bezcenne jest znalezienie odpowiedniego pracownika.
Dobrze jest, gdy ma on wiedzę, ale – jak to się określa w logice – to warunek konieczny, ale nie wystarczający. Czyli sama wiedza powinna być wymagana, lecz nie gwarantuje sukcesu.

Klasycznym przypadkiem jest sytuacja, w której nasz świetnie wykształcony marketingowiec zna wiele opisanych w książkach technik i metod pozyskiwania klientów, ale nie potrafi tej wiedzy zastosować w konkretnych warunkach, dostosowując ją do własnego otoczenia.
Zwykle w teorii jest opisanych wiele przykładów, ale zwykle są to przykłady dotyczące gigantów. Oczywiście dla autora książki to spektakularne przykłady – niestety większość czytelników nie potrafi skorzystać z wiedzy, jaka płynie z takiego przypadku.

Przykładowo: w teorii jest opisywany przypadek Mercedesa, który przez dziesiątki lat był symbolem sukcesu dla jego nabywców, i gwarancją najwyższej klasy. Był w tej kategorii absolutnym liderem na rynku. Jednak w pewnym momencie, w ramach szukania nowych rynków zbytu, postanowił znaleźć klientów nieco mniej zasobnych. Tak powstały samochody z symbolem trzyramiennej gwiazdy w klasie średniej.Wydawało się, że to sukces, bowiem sprzedaje się tych aut dużo. Tymczasem wartość marki Mercedesa sporo ucierpiała.

Od jakiegoś czasu z Mercedesem, tym górnopółkowym, usiłowała konkurować na rynku Toyota robiąca coraz lepsze jakościowo pojazdy. Mercedes jednak nie ustępował pola ani na krok. Po wypuszczeniu na rynek Mercedesów w klasie średniej, Toyota utworzyła nową markę Lexus. I oto nowa marka odebrała niemieckiemu koncernowi spory kawałek tortu.

Czytelnicy, poznając taki przykład z „klasyki”, kiwają głowami: „tak, to był błąd”. Ale wniosków dla swojej firmy nie widzą. Co ma wspólnego Mercedes z moją małą hurtownią kamienia? Otóż ma.

Weźmy przykładową hurtownię, która nie dysponuje dużym terenem. Dlatego w pewnym momencie zapada decyzja o specjalizacji: sprzedaż materiałów luksusowych i drogich. Efekt: mniejszy obrót ilościowy, mniejsza powierzchnia magazynowa – zyski zupełnie przyzwoite. No i kamieniarze, którzy pamiętają, że jeśli mają klienta, który poszukuje materiału luksusowego, to przyjeżdżają z nim do tej wyspecjalizowanej hurtowni.

Wyobraźcie sobie, że hurtownia taka zacznie sprzedawać G-603, Breccię czy jakieś inne, popularne materiały. Dotychczasowi odbiorcy zaczną szukać innego miejsca zaopatrzenia. Z punktu widzenia firmy kamieniarskiej klient, chcący realizować inwestycję z drogich materiałów, nie powinien trafić do hurtowni, w której może mu się spodobać coś z tanich materiałów.

Ten przykład pokazuje, jaką ogromną wiedzę można czerpać z opracowań teoretycznych. I dlaczego warto do tego znaleźć marketingowca, który będzie chciał zrozumieć kamień, jego rynek i wykorzystać metody znane z teorii. Jeśli jego wiedza ograniczy się do rozdawania ulotek na cmentarzu, to my i nasza firma stajemy się asystentką dla magika rzucającego nożami – w ciemno i bez trików .

przeczytaj cały artykuł
Strona 9 z 27
dfgdfgdfg

Najnowszy numer
4/2026 (143)

sierpień-wrzesień 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

Domeny na sprzedaż
2026-08-26 00:00:00
DOMENY NA SPRZEDAŻ spiekikwarcowe.com.pl, marmur-granit.com ZAPROPONUJ SWOJĄ OFERTĘ malwinawyrwiak@sole.pl, tel. 510 047 890

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.