Felietony

Kamienne rewolucje

Autor: Jarek Mirowski   |   Data publikacji: piątek, 23 września 2016 09:35

rewol.jpg

Każdy z nas to widział – choćby fragment. Choćbyśmy unikali i uciekali od tego, gdzieś nas dopadły: u rodziny, u kolegi, koleżanki albo nasza luba katowała któryś z tych programów co tydzień... Jakiś „Hell's kitchen”, „Kuchenne rewolucje” czy też inny dziecięcy „Masterchef”. Taka moda. Do tego każdy celebryta chce dziś pouczać Polaków, jak powinni się odżywiać. Stąd wysyp programów o gotowaniu, pieczeniu, wędzeniu etc.
Nasza branża show takiego nie ma. I mam na myśli nie tylko naszą działkę, ale nawet całą branżę budowlaną (nie mylić z urządzaniem). Wspomnieć możemy jedynie program o znamiennym tytule „Usterka”, który czasem mógł nas dotyczyć. Jak nazwa wskazuje, w programie rzadko pojawiają się pozytywni bohaterowie. Zwykle za to pojawiają się klopsy i „fachowcy” ich dokonujący. Cóż... dla nas reklama z tego żadna – ot, trochę czarnego „pi-aru”.

Kilka lat temu, Zamek Królewski, Warszawa

Remont Arkad Kubickiego. Demontaż chodników tuż przed wejściami: granit Strzegom, grubość 5 cm, montaż na półsuchej – duże płyty: ani lekkie ani wygodne do ułożenia. Zebrało się tego kilkadziesiąt metrów. Ktoś zapomniał zrobić zdjęcia i tydzień po ułożeniu trzeba było większość płyt ściągać ponieważ nikt nie wiedział, gdzie są studzienki kanalizacyjne...

Niedawno, duża budowa w warszawskim City, budynek projektu znanego architekta

I tu też klops. Kamieniarze montują okładziny ścienne z płytek. Dochodzą do otworu drzwiowego i kierownik każe zostawić im miejsce na ościeżnice – nie wiadomo bowiem jakiej będą szerokości. Kilka dni później dowiadują się, że od dawna wiadomo, iż żadnych ościeżnic nie będzie, a w ich miejscu powinien być zamontowany zgierowany kamień.

Klika lat wstecz, znany budynek – prezent od Wielkiego Brata

Remont basenu olimpijskiego – przebudowywana jest cała niecka. Prawie na koniec okazuje się, że basen nie ma olimpijskich wymiarów.

Również warszawskie Centrum, budowa współczesna

Podkonstrukcja stalowa umożliwiająca wykonanie drzwi z kamienia. Po miesiącu ustaleń i przepy-chanek o to, czy ktoś zmodyfikuje istniejące drzwi, czy powstaną nowe, czy drzwi całkowicie znikną, konstrukcja się pojawia. Oczywiście taka, że nic się na niej zamontować nie da...

Niezależnie od tego czy to budowa mała czy duża, to „dom uciech z paniami lekkich obyczajów” – mówiąc eufemistycznie – pojawić się może się wszędzie. Nie ma na to reguły. Choć w sumie jest jedna: jest ogromna szansa, że zobaczymy go już na kolejnej budowie, w której przyjdzie nam uczestniczyć. Co więcej: ten nietwórczy chaos zwykle dotknie nas bezpośrednio. Bo ciężko coś w tym niezorganizowaniu zaplanować, szczególnie jeśli jesteśmy tylko małym trybikiem, którego możliwość wpływu na sytuacje są niewielkie, a wręcz żadne. Za to ów chaos na nas działa jak wybuch wulkanu na Islandii na ruch lotniczy w Europie: dopada nas i uziemia wszystkie nasze plany.

I wtedy pojawiają się oni

Inspekcja nadzoru. Niczym budowlana Gessler w parze z Ramseyem, cali na biało, wpadają na budowę, łapią wszystkie projekty, wywalają przez okno z trzydziestego drugiego piętra i wrzeszczą na kierownika, żeby się zorganizował. Później przechadzają się majestatycznie po budowie i kopią walające się po posadzce profile aluminiowe. A potem wpadają za tydzień i sprawdzają dokumentacje powykonawcze. Modlimy się w  duchu, żeby nie wpadli na nasz zakład i nie zaczęli ciskać frezami w naszych pracowników.

Budowlane rewolucje

Przydałyby się na wielu budowach. Często człowiek zastanawia się, po co na nich harmonogramy i projekty, którymi wytapetowane są biura budowy (ani to Picasso, ani Pollock, ale może ktoś lubi na to patrzeć). Jeśli faktycznie diabeł jest panem chaosu, na pewno mieszka na jakiejś budowie olbrzymiego centrum handlowego.

Tak jest

Czasami sami jesteśmy sobie winni, bo chaos pielęgnujemy. Naprawianie świata zaczyna się zawsze od siebie – tu też tej zasady wypadałoby się trzymać. Niestety... Kiedy się próbuje, tryby świata potrafią tę próbę zniweczyć.

Udanych kamiennych rewolucji z pozytywnym efektem we własnych firmach życzę. A najlepiej gdyby ten porządek, powstały w wyniku ich przeprowadzenia, przeniósł się szczebel wyżej: na budowy, na których przyjdzie nam pracować!

przeczytaj cały artykuł

Na upał strzyżenie

Autor: Chivas   |   Data publikacji: piątek, 23 września 2016 09:31

IMG_0692.jpg

O tym, że zaczyna się okres gorący zorientowałem się dość szybko. Zawsze przed gorącym Pani do mnie idzie z nożyczkami i takim warczącym czymś – to oznacza tylko jedno: strzyżenie. Wtedy trzeba siedzieć lub leżeć bez ruszania się i cierpliwie znosić usuwanie futra.

Nie lubię tego strzyżenia, ale potem leżenie na chłodnej podłodze jest zdecydowanie przyjemniejsze. Widocznie jeśli ma być fajnie, to najpierw trzeba pocierpieć. Podobnie zresztą jest z inną „przyjemnością” – kąpielą. Trzeba przyznać, że po kąpieli to ta suczka z piątego piętra patrzy na mnie jakoś przyjaźniej i nie ucieka jak mnie widzi. I ludzie dłużej mnie głaszczą. Ale najpierw trzeba stać z mokrym futrem i nie wolno się otrzepywać. Brrr...

Byłem z Panem niedawno w prawdziwym zakładzie kamieniarskim. Ja już byłem po strzy-żeniu i kąpieli, ale w zakładzie jakoś nikt, chyba od zimy, porządku nie zrobił: moja sierść po strzy-żeniu trafiła do kosza na śmieci, a w zakładzie wszędzie pełno papierków, szmat, kawałków kamieni i kamyczków (jak ten żwirek dla tych paskudnych kotów, tylko nie tak równego i nie tak białego), który strasznie w łapy mi wchodził. Czekając na Pana przed budynkiem obserwowałem, jak co chwilę o taki kawałek kamienia ktoś się potykał. Dziwni ci ludzie. Że też nie potrafią wyżej łap podnosić.

Potem z Panem wszedłem do innego budynku, w którym było głośno i ruszały się takie duże maszyny. Pan mówił, że to hala. Na dworze było ciepło, w hali straszny upał. Dziwni ci ludzie. Jak jeżdżę z Panem autem, to Pan coś naciska i wieje taki zimny wiaterek. Nawet jak to się kiedyś zepsuło, to Pan pomamrotał coś pod nosem i pootwierał okna. W sumie też było znośnie. W tej hali nie było ani zimnego wiatru, ani otwartych okien. Okna zresztą wyglądały tak, że chyba nawet by się nie udało ich otworzyć jak w domu, w którym mieszkam z Panem.

Położyłem się na mokrej posadzce (Pan nie był zadowolony) i nic mi się nie chciało. Ludziom, którzy też tam byli, też nie. Wcale mnie to nie dziwiło. Za to przewodnik tego stada – ten co wyglądał inaczej i był jakby większy – warczał na wszystkich. Pewnie dlatego, że im się nic nie chce.
Ci ludzie w hali wyglądali też inaczej niż ludzie, których teraz spotykam na spacerze. To znaczy jak jest ciepło. Bo jak jest zimno, to wszyscy tak wyglądają. Takie mają grube ubrania jak moje zimowe futro. Prezentowałem się temu przewodnikowi stada, jak tylko mogłem, żeby zobaczył, że ja nie mam futra. Nie zwrócił uwagi. Dziwni ci ludzie. Pewnie byłoby im łatwiej, gdyby poszli na strzyżenie.

Kończę pisanie, bo Pan poszedł do kuchni. Może wyjmie z lodówki jakiś smakołyk. Jakaś premia za ten upał w zakładzie kamieniarskim chyba mi się należy, nie?

przeczytaj cały artykuł

Matematyka a rachunki

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: piątek, 23 września 2016 09:26

Dawno temu, w liceum, uczęszczałem do klasy z bardzo rozszerzonym programem matematyki. To już nie były tylko typowe zagadnienia, z jakimi można się spotkać w czasie nauki. Kolejne działy matematyki to były oddzielne przedmioty. Wśród nich tak tajemnicze jak algebra abstrakcyjna, topologia liczb, geometria nieeuklidesowa itd.

Poza konkretną wiedzą nauczyłem się dostrzegać różnicę między matematyką a rachunkami.

W zakresie, który nazywam „rachunkami” mieszczą się zadania, których rozwiązanie jest sprawą wiedzy i znajomości wzorów oblicze-niowych. W takich zadaniach nie ma miejsca na twórcze myślenie. Inaczej w prawdziwej matematyce. Tu pojawiają się zadania, których rozwiązanie zależy od myślenia twórczego i umiejętności nieszablonowego stosowania wzorów. Przykładowo: o ile wyliczenie pochodnej z funkcji, nawet najbardziej skomplikowanej, to nadal jeszcze rachunki – to już rozwiązywanie całek, nawet niezbyt skomplikowanych, potrafi stać się wyzwaniem dla umysłu.

Piszę o tym rozróżnieniu matematyki i rachunków, bo w biznesie też można by rozdzielić prowadzących biznes na takie dwie kategorie.
Istnieją proste metody działania na rynku, opisane w literaturze i znane dość powszechnie, które pozwalają na osiąganie zadawalających rezultatów. Ale szczerze mówiąc genialnych rozwiązań w tym nie ma. Są też firmy, które wkraczają w swojej działalności na obszary, gdzie trzeba błysnąć pomysłem i nieszablonowym podejściem do problemów rynku, konkurencji i poszukiwania nowych klientów.
Kiedyś jeden z zakładów produkował granitowe kolumny głośnikowe, inny zegary...

Niestety, w naszej branży nadal brakuje współpracy z designerami. A o tym, co oni potrafią można się przekonać choćby oglądając projekty studentów na konkurs ogłoszony przez EGA i opisywany w poprzednim numerze Kuriera Kamieniarskiego lub czytając tekst na stronie 42 niniejszego wydania. Nie zapominajmy też o po-mysłach prezentowanych co roku w Weronie.

Dlaczego o tym piszę? Bo klient, który chce zamówić łazienkę czy posadzkę może to zrobić w wielu miejscach. Firm, które ułożą kamień, jest wiele. Ale zaproponowanie czegoś nietypowego to wartość, którą można klienta zatrzymać u siebie.
Byłem świadkiem rozmowy z klientem, który wprost deklarował, że przed podjęciem decyzji zamierza odwiedzić jeszcze kilka innych zakładów. Jednak po zaproponowaniu do łazienki kilku elementów wyciętych waterjetem i połączenia materiałów w różnych kolorach tak się zainteresował pomysłem, że złożył zamówienie. W innym przypadku przeważyła propozycja wykonania ka-miennego wieszaka według ciekawego wzoru jako dodatek do zamówienia posadzki do przedpokoju.
To właśnie taka prawdziwa matematyka – a nie zwykłe rachunki. Ona zaczyna się, kiedy zaproponujemy coś nietypowego – bo podeszliśmy do klienta indywidualnie i poznaliśmy jego gust oraz zrozumieliśmy oczekiwania.

Często klientowi brak wyobraźni albo nie zdaje sobie sprawy z możliwości współczesnego kamieniarstwa. Warto więc pokazać mu trochę nietypowego podejścia do realizacji. Czasem wystarczy wstawienie fragmentu z innego materiału lub w innej obróbce powierzchni...

Warto poświęcić trochę czasu na przeglądanie internetu i notowanie ciekawych pomysłów – nie tylko z kamienia. Pokazując takie pomysły klientom – nawet jeśli w finale zamówią tylko zwykłą posadzkę – przekazujemy im wiadomość, że potrafimy dla nich rozwiązać „trudne całki”.
Życzę wszystkim pokochania takiej kamieniarskiej prawdziwej matematyki, a nie tylko zwykłego rozwiązywania zadań rachunkowych.

przeczytaj cały artykuł

Permanentna inwigilacja

Autor: Jarek Mirowski   |   Data publikacji: czwartek, 30 czerwca 2016 07:50

Surveillance_quevaal.jpg

Dzisiejsza technologia daje pracodawcy do ręki wiele narzędzi do nadzoru pracownika i jego pracy. Elektroniczne karty pracy, przepustki z chipami, kamery telewizji przemysłowej w zakładach, nadajniki GPS w samochodach firmowych.  Teoretycznie wszystko w celu ochrony interesów pracodawcy. Choć coraz częściej nie tylko z tego powodu.

Częściowo ta inwigilacja towarzyszy nam już od dłuższego czasu. Jak choćby słynne „ciasteczka” w naszych przeglądarkach internetowych. W jakiś sposób wydaliśmy na nią – czy to dla własnej wygody, czy dla możliwości korzystania z nowych technologii – ciche przyzwolenie. A ona chyba chce więcej...
Wielu z nas używa na co dzień „dżimajla”. Primo: jest wygodny w obsłudze i intuicyjny. Secundo: telefony z systemem Android wymagają założenia skrzynki na Gmailu, by móc w ogóle pobrać jakieś aplikacje dostępne dla tego systemu. Zakładamy zatem skrzynkę i instalujemy programy. A w czasie instalacji dowiadujemy się, że nasz nowy, „super-hiper” program prosi o zezwolenie na dostęp do... praktycznie wszystkiego, co znajduje się w naszym telefonie, w naszej skrzynce oraz wszystkim, co z nimi powiązane. Ups... Tak, wiem. Większość z tych zezwoleń ma taki sam charakter, jak ostrzeżenie o obecności soi i orzeszków we wszystkich produktach żywnościowych – żaden producent nie zaryzykuje procesu z alergikiem, więc woli dmuchać na zimne umieszczając tysiące ostrzeżeń. Ale większość, to nie wszystkie...

Jakby to powiedział Maks Paradys z „Seksmisji”: permanentna inwigilacja. Przykład? Proszę! Szukam czegoś na komputerze stacjonarnym w biurze. Wychodzę z biura i sprawdzam coś w „necie” na telefonie, a „wujek” Google sugeruje mi czego powinienem szukać, bo przecież szukałem tego przed chwilą na komputerze przy otwartej w tle skrzynce mailowej. „Ups” do kwadratu.

Świat powoli wariuje

Od czego duża część nabywców rozpoczyna współpracę z laptopem po jego rozpakowaniu?
Nie, nie od podłączenia do prądu. Zaczyna od… zaklejenia kamery, którą ma teraz praktycznie każdy laptop. Czemu? Odpowiedź jest bardzo prosta: dzięki kamerze można zbierać wiele danych o nas. Nie chodzi mi absolutnie o rejestrowanie obrazów, które mogą nas zdyskredytować lub posłużyć do szantażu, ale rejestrację spraw bardziej prozaicznych takich jak: co jemy, jakich firm napoje pijemy, jak się ubieramy etc. To jednak „pikuś”.
Ostatnimi czasy – oficjalnie, bez zbędnego owijania w bawełnę – pewien koncern ostrzegł swoich klientów, że telewizory ich produkcji z obsługą komend głosowych gromadzą i prze-syłają dane, które mogą być przekazane obcym podmiotom. „Ups” do sześcianu. A do potęgi wyższej „ups” będzie wtedy, gdy ktoś się przyzna, że koncerny mogą rejestrować i przesyłać obrazy z naszych telefonów w celu ich przekazania dalszym, tak zwanym podmiotom.
O emocjach związanych z ewentualnym zbieraniem danych przez Facebooka chyba nawet nie trzeba wspominać.

Największy ups

Ten będzie wtedy, gdy nasze CNC lub piła, wyślą raport do właściwej instytucji, że złamaliśmy zasady BHP i odłączyliśmy czujki na barierze bezpieczeństwa. Wtedy nadejdzie czas zamknięcia się w szpitalu psychiatrycznym, bo chyba już tylko tam będzie normalnie.

A może by tak Panie w Bieszczady?

Jednakże – gdziekolwiek te Bieszczady będą – ważne, żeby nie było w nich zasięgu. Nie tylko 3G i LTE umożliwiających przesył danych, ale i jakiegokolwiek zasięgu łączności bezprze-wodowej. Niech nikt się do nas nie dodzwoni. Chociaż w wakacje, ten tydzień czy też dwa tygodnie w roku, niech się uda kopnąć tę cała technologię w kąt. Potem i tak do niej na kolanach wrócimy, bo przecież nie damy rady już bez niej żyć. Dwa tygodnie wytrzymamy.
Ona bez nowych informacji wytrzyma też. Szczególnie, że wcześniej – na różne sposoby – dokładnie już sprawdziła co, kiedy i z kim niezdrowego albo glutenowego jemy.

Znalezienia własnych Bieszczad Państwu życzę!

przeczytaj cały artykuł

Wypadki, czyli coś wykombinuję

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: czwartek, 30 czerwca 2016 07:43

accident.jpg

Wielu z nas pewnie narzeka na przepisy BHP – że utrudniają życie, pracę i generują sporo kosztów. Tyle, że jeśli się tych zasad przestrzega, to wypadków w pracy jest zdecydowanie mniej. A nawet jeśli się zdarzą, to ich skutki są dużo łagodniejsze.
Czasem wydaje się, że niektóre przepisy są idiotyczne, a ich autorzy widzieli przypadki, w które aż trudno uwierzyć. Jednak zmęczony pracownik potrafi robić niewyobrażalnie głupie rzeczy.

Mam swoje lata i pracowałem w wielu firmach. Sporo też się nasłuchałem o ludzkiej bezmyślności w pracy. W wielu przypadkach winne są „świetne pomysły” pracowników, którzy, dla ich wcielenia w życie, nie potrzebują ani dłuższego namysłu, ani konsultacji z przełożonym.

W jednej z firm pracownik miał obciąć metalową konstrukcję, która pozostała po mon-tażu na wysokości pierwszego piętra. Zabrał się do tego fachowo: ubrał szelki, przystawił drabinę, wszedł na górę i nawet pamiętał, że pracując na wysokości powinien się przypiąć. Przypiął się więc. Tylko, że do konstrukcji, którą obcinał. Obcięta konstrukcja była na tyle ciężka, że kiedy spadała pociągnęła za sobą nieszczęśnika. Wylądował na kupie piachu, więc nauczka nie była zbyt dotkliwa.
Drugi przypadek dotyczy demontażu rusztowania. Pracownik, po zakończeniu montażu elewacji, przystąpił do jego rozbiórki. Jeden z elementów zakleszczył się, więc pracownik postanowił zadziałać siłą. Zaparł się i całym ciałem pchał element rusztowania na zewnątrz. No i udało się. Ale siła była tak duża, że stracił równowagę i razem z elementem wylądował na ziemi. Tym razem od poważnych obrażeń uchroniły go rosnące na dole krzaki.

Do jednego z zakładów kamieniarskich przyjechały płyty. Trzeba było je rozładować za pomocą suwnicy. Gdzieś jednak zapodziały się odpowiednie zawiesia, a jedyne dostępne były za krótkie. Brakowało raptem 30 centymetrów. Znalazł się spryciarz, który zauważył na ziemi kawałek dość długiego, solidnie wyglądającego drutu, którym przedłużył zawiesie. Jak można było łatwo się domyślić, konstrukcja nie wytrzymała. Wynik: złamana noga, zniszczona burta samochodu i oczywiście połamana płyta.

Płyty i ich przemieszczanie mają w zakładach wielki udział w rozwijaniu pomysłowości pracowników. Słyszałem o dwóch takich, którzy postanowili przetoczyć płytę na stojącej opodal gaśnicy. Okazało się, że gaśnica nie była tak solidna jak wyglądała. Nie tylko się rozszczelniła pokrywając pianą wszystko dookoła, ale „wyjechała” spod płyty powodując jej upadek i złamanie oraz uszkodzenie nogi jednego z pomysłowych pracowników.

Osobnym tematem są własnoręcznie wykonywane przeróbki maszyn i urządzeń. Oczywiście bez jakiejkolwiek konsultacji z producentem czy firmą, która je instalowała. Zdejmowanie osłon, barierek ochronnych i innych „przeszkadzających” w pracy elementów jest tak częste, że czasem aż niewiarygodne. Na własne oczy widziałem z jakim zapałem pracownik demontował osłonę na szlifierce kątowej, bo – jak twierdził – ta osłona nie pozwala dokładnie widzieć miejsca pracy.
Do tego dochodzi częste rezygnowanie ze środków ochrony osobistej jak okulary, kaski czy rękawice.

* * *
Pamiętacie dobranockę „Pomysłowy Dobromir”? Jeśli w przypadku jakiś trudności usłyszycie od pracownika, że coś się wykombinuję, to niech Wam się zapali lampka ostrzegawcza i sprawdźcie, jaki pomysł wpadł mu do głowy.
Na koniec, żeby nie było tak bardzo serio, wspomnijcie sobie humorystyczne zeznanie pracownika, który uległ wypadkowi – popularną kiedyś historyjkę o beczce i cegłach. Dla tych, którzy jej nie znają przypomnę ją na Facebook’u.

 

przeczytaj cały artykuł
Strona 21 z 27

Najnowszy numer
6/2025 (139)

grudzień 2025 – styczeń 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

SPRZEDAM BELLANI – SUPERMODULO
2025-11-26 00:00:00
SPRZEDAM używaną maszynę BELLANI – SUPERMODULO, rok produkcji 2008. Maszyna w bardzo dobry stanie, po remoncie w 2024 roku. Miejsce: okolice Krakowa. Cena 75 000 zł Tel. 609 102 580

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.