Reklama


Felietony

And Now for Something Completely Different

Autor: Jarek Mirowski   |   Data publikacji: środa, 02 marca 2016 22:45

Idąc za radą członków ekipy Monty Pythona dzisiaj coś kompletnie z innej beczki.

Prawdopodobnie zdarzyło mi się już kiedyś wspomnieć wypowiedź jednego ze znajomych handlowców pracujących w hurtowni kamienia, który skarżył się na to, że wciąż zmieniają się ludzie, z którymi przychodzi mu się kontaktować. W zasadzie jeździł wciąż do tych samych firm, ale za każdym razem zaczynał od nowa rozmowę z nową osobą na tym samym stanowisku (wprost przeciwnie do większych firm kamieniarskich: tu wciąż te same twarze, tylko zakłady inne – ale to już temat na inną opowieść). Otóż ten znajomy postanowił – jakąś sobie tylko znaną metodą – policzyć średnią, którą ludzie w kamieniarce wytrzymują i wyszło mu półtora roku. Pewnie byłbym się w stanie z tą tezą zgodzić z małą, ale ważną, korektą: 90% odpadnie, 10% wsiąknie w temat, zakocha się i zostanie.

Kamień twardy, więc tylko najtwardsi się ostają

Zostaną, bo ten kamień to musi być choć trochę hobby – coś do czego, mimo przeklinania po kolejnym trudnym kliencie typu „nigdy więcej”, wraca się niczym wielokrotnie zdradzony (choć nie ostatnio) kibic reprezentacji Polski w piłce nożnej na Stadion Narodowy w Warszawie. Oprócz kamienia jednak coś poza tym być musi.

A co na to mądrzy, światli psychologowie?

Niedawno wpadły mi w ręce ich badania (nie żebym im ufał, ale i im zdarza się mieć rację), z których jednoznacznie wynikało, że zarówno zdrowie psychiczne jak i zapał do pracy dłużej zachowują ludzie nie do końca się w ową pracę angażujący, traktujący ją jak wyrobnik praktykujący od 9 do 17. Podobno ludzie tacy rzadziej się wypalają i dłużej zostają produktywni w jednym miejscu pracy. Nie do końca pasuje mi to do codziennych obserwacji. Można się palić, zapalić, podpalić, później spalić i niczym feniks z popiołu powstać. Wystarczy właśnie to coś, co będziemy robić choćby przez chwilę, a co naładuje nam akumulatory na cały następny tydzień albo i na dłużej. Dla jednego to będzie wizyta na stadionie i kibicowanie ukochanej drużynie, dla drugiego przebiegnięcie maratonu albo zorbing czy przekła-danie po raz tryliard sto pięćdziesiąty zdjęć z autografami osób znanych. Ktoś inny zapuści się raz na rok w zamorskie kraje i naładuje się energią na całe następne dwanaście miesięcy. Dopóki nasze hobby nie przeszkadza i nie szkodzi nikomu – hulaj dusza! Z zainteresowaniami jest jak z pytaniami – nie ma głupich, są tylko ludzie ich nie rozumiejący.

Bo zdrowie jest najważniejsze!

Dawno, dawno temu kolega,współhobbysta – prawie czterdziestolatek, posiadający firmę z sekto-ra IT, żonę artystkę, dziecko, psa i dom, a więc człowiek w miarę stateczny – zadał mi pytanie, czy wiem, co utrzymuje go we względnej normal-ności. Odpowiedziałem, że pewnie nasze durne hobby. Odpowiedział: „Tak, dokładnie. Trzyma mnie w równowadze to, że codziennie poświęcam godzinę na dłubaniu w karabinach na plastikowe kulki albo szukam nowości z airsoftem związanych w sieci. A w weekend jest kulminacja: strzelanie i totalne oderwanie od rzeczywistości.”
Tak więc dla zdrowia nie tylko psychicznego (ale może i fizycznego – można połączyć przyjemne z pożytecznym) szukajcie sobie drodzy Państwo czegoś, co choć na moment zabierze Was ze świata codziennych problemów i pozwoli na chwilę wrzucić na luz. Tak, wiem, czasami te nasze hobby pozazawodowe to również nerwy i stres (vide wspomniana wcześniej piłka nożna, tak klubowa jak i reprezentacyjna). Tylko, że to nie ten sam stres. Ten jest trochę inny; może chciany, może oswojony, taki trochę na życzenie i własne żądanie. Nawet on nas od codzienności odciąga!

Każdemu takiej odskoczni, jednej co najmniej, życzę. Żeby życie choć przez chwilę lżejszym było!

przeczytaj cały artykuł

Podwójne salto ze śrubą

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: środa, 02 marca 2016 22:39

Jako dziecko miałem swoje ukochane podwórko i kolegów. Oczywiście wśród kumpli z podwórka popularnym zajęciem było prześciganie się w biciu głupawych i raczej niebezpiecznych rekordów.
Przykładowo: miejscem, które lubiliśmy odwiedzać było stare wysypisko śmieci. Była to duża dziura w ziemi pełna złomu i szkła. Wymyśliliśmy takie zawody: kto zahamuje rowerem bliżej krawędzi. Wygrałem, bo wcale nie zahamowałem. Skończyło się podartymi spodniami i mocno przeciętą nogą.

Latem biegaliśmy nad rzekę i skakaliśmy ze skarpy do wody. „Bohaterowie” demonstrowali salta. Ale znalazł się jeden, który chciał zaprezentować podwójne i to ze śrubą. Miał sporo szczęścia, bo skończyło się tylko na złamanej ręce.
Kiedy podrosłem i byłem pełnoletni pojawiły się nowe zabawy – „pożyczone” od ojca auto i jazda po mieście poślizgami kontrolowanymi. Teraz to się nazywa drifting.

Ale wydoroślałem i z tych pomysłów wyrosłem.

Patrzę jednak na otoczenie i branżę i mam wrażenie, że niektórzy pozostali na tym etapie. Ostatnio rozmawiałem z jednym z kamieniarzy, który po latach produkowania nagrobków w zeszłym roku zrobił dwie łazienki i trzy blaty kuchenne. Teraz startuje w przetargu na wykonanie elewacji na budynku biurowym (1500 m2). Niestety, nie podejrzewam, żeby miał środki na realizację, a park maszynowy zakładu jest raczej nieprzystający do takiego zadania.
Dziwię się zleceniodawcy, że ma ochotę patrzeć jak wykonawca staje na skarpie i przygotowuję się do podwójnego salta ze śrubą. Tyle, że jeśli dobrze napisał umowę to ryzykuje tylko terminem realizacji.

W swoim czasie jedna z kopalń była na sprzedaż, a wielką ochotę na jej zakup mieli dwaj inwestorzy związani z branżą. Tyle, że cena zakupu równa była absolutnie wszystkim środkom, jakimi dysponowali. Do transakcji doszło późną jesienią. Zimą wydobycia nie było. Poza tym nowi właściciele dysponowali tylko starą ładowarko-koparką. W styczniu dostali kwit do zapłaty z gminy… i zaczęły się problemy. No, ale czy ktoś im zakazał hamowania przed krawędzią?

Nieco starszy przykład: duża realizacja w Warszawie, gdzie na wielkiej powierzchni zaprojektowano posadzkę o skomplikowanym wzorze – w zasadzie można mówić o mozaice z dużych elementów. Na dodatek inwestor oczekiwał wykonania bezfugowego. W owym czasie centrum numeryczne, które mogło podołać temu zadaniu, posiadała tylko jedna firma. Przetarg ceną wygrał ktoś inny i przystąpił do realizacji. Ale wkrótce dotarł do etapu z mozaiką. Próbował różnymi metodami, ale niestety musiał zgłosić się do przegranego w przetargu posiadacza centrum numerycznego. Nie trudno się domyśleć jaka była cena wycięcia potrzebnych elementów.

I tak, na co dzień spotykamy, tych, którzy dziecinny czy młodzieńczy dreszczyk emocji przenoszą na dorosłe życie i prowadzenie biznesu. I zaczyna się ryzykowana gra rynkowa. Niestety, zwykle idą w zaparte, co łączy się z przeniesieniem strat na dostawców, kooperantów i pracowników. I to jest niesprawiedliwe. To tak, jakby skaczący ze skarpy do wody ryzykował tym, że połamane ręce i nogi będą mieli koledzy na brzegu.

Dlatego w nowym sezonie życzę wszystkim nie tylko sukcesów, ale i rozwagi. A znane z imprez powiedzenie „Co!? Ja nie zrobię!?” pozostanie tylko powiedzeniem lub anegdotką.
Pamiętajcie: salto w przód i tył równocześnie, potrafi zrobić tylko Chuck Norris.

przeczytaj cały artykuł

Smakołyki

Autor: Chivas   |   Data publikacji: wtorek, 22 grudnia 2015 08:59

IMG_1530.jpg

Ostatnio mojego pana odwiedzili znajomi. Oczywiście starałem się im przypodobać, bo zawsze jest szansa, że załapię się na jakiś smakołyk ze stołu. Wprawdzie Pan zawsze oświadcza, żeby mi nie dawać nic przy stole, ale taka to już moja psia natura – czemu mam uznawać jakieś dziwne zasady. Dlaczego on i jego znajomi mogą jeść ze stołu, a mnie nie wolno? Ba, nawet nie mogę siedzieć koło stołu. A przecież jak coś komuś nie będzie smakowało to może mi odda.

Na tym spotkaniu byli ludzie z Pana pracy – mieli ze sobą takie małe kawałki kolorowych kamieni i się nimi zachwycali. Fakt, były kolorowe i nawet ładne. Ale ja mam coś, czego oni nie mają – węch. Po mojemu to te „piękne” kamienie straszliwie śmierdziały.
Często obwąchuję różne kamienie na podwórku i one same z siebie nie pachną w ogóle – chyba, że któryś z kolegów już je zaznaczył. Te podziwiane przy stole chyba oznakował jakiś potwór z bagien. Ciekawe, że ludzie tego nie czują.
Pan za znajomymi rozmawiał, że te kamienie to jakieś nowości – i twierdzili, że pięknie by się prezentowały na podłodze. Fuj! Jak czasem coś spadnie ze stołu na podłogę, to jest moje. Ale jak Pan ułoży takie kafelki na podłodze, to koniec ze „spadniętymi smakołykami”. W końcu smakołyki się najpierw wącha, a dopiero potem zjada.

Nawet mocno wędzona szynka na tak śmierdzącej podłodze nie zachęci mnie do jedzenia. Pozosta- nie tylko – jak Pan to nazywa – kradzież ze stołu. Swoją drogą ciekawe co to znaczy? Skoro leży, nikt tego nie rusza i nikt nie patrzy... Ale zawsze to samo – kłopoty. Raz w życiu skusiłem się na leżąca na stole, pachnącą pięknie, marchewkę. Była tak dobra, że warta była tej awantury, kiedy Pan krzyczał coś o „kradzieży”.
Chociaż przejąłem się i już potrafię zwalczyć pokusy – siedzę zwykle w gotowości niedaleko stołu i śledzę, co się dzieje. Może komuś coś upadnie? No, ale nie mamy w domu śmierdzącej podłogi.

Jak goście wychodzili to, na podłogę upadła im ulotka. No i okazało się, że ten potwór z bagien te kamienie oznakował jakąś żywicą dla poprawy koloru. No, prawda! Jak ja oznakuję kamień, to on też jest ciemny i błyszczący.

Na tej ulotce było też logo „Kamień naturalny”. Znam je, bo widziałem jak Pan to logo wstawiał kiedyś na reklamę i wtedy tłumaczył Pani, co to za znak. Że taki znak to informacja dla klientów, że kupują produkt naturalny, zdrowy. I że znak może wstawiać każdy – wystarczy, że za to zapłaci. I tego nie rozumiem.

Podobno też zasady stosowania znaku nic nie wspominają o smarowaniu kamieni takimi śmierdzącymi płynami, po których opakowania nie można wyrzucać do normalnego śmietnika, bo mogą szkodzić środowisku. Za to opisywane są warunki chroniące interes twórców znaku i ich zarobek.
To jakby w przepisach o konieczności wkładania moim agresywnym kolegom kagańca, najważniejsze było, jakiego koloru ma być ten kaganiec i jakiej firmy, a nie to, że ma zabezpieczać innych przed zębami wariata.

Widziałem też u Pana zdjęcia z takiego „ulepszania” naturalnego kamienia. Na zdjęciach był człowiek, który wyglądał jak z filmu o statkach kosmicznych. Ale ten strój to chyba nie miał służyć jako reklama nowego filmu. Jeśli tak ma wyglądać naturalny kamień, to znaczy, że nic na podłodze nie będzie już smakołykiem.

Kończę, bo Pan idzie do kuchni robić kolację. Jest szansa, że coś mu upadnie.

przeczytaj cały artykuł

Świat do poprawki

Autor: Jarek Mirowski   |   Data publikacji: wtorek, 22 grudnia 2015 08:52

e_Strona_58_Obraz_0001.jpg

 

Im większa robota, tym prawdopodobieństwo poprawek większe. Małe zlecenia można dopieścić i przypilnować. Na dużych nie wszystkich „trzyma się za rękę”, ludzi jest więcej – więc i o błąd łatwiej. Jak coś człowiek zepsuje, trzeba posypać głowę popiołem i poprawić lub wymienić. Jeśli są to naprawy racjonalne, to w porządku. Często jednak poprawki to istny cyrk...

Odbiory

Robota tuż przed odebraniem. Jakieś małe po- prawki wskazane przez kierownika czy inspektora. Wszystko dogadane, pozostały drobnostki. Wtedy zjawia się gwiazda lub gwiazdor (niestety większa szansa na istotę pierwszą – wybacz płci przeciwna, ale to twoi przedstawiciele mają większe tendencje do dramatyzmu – choć zdarzają się jednostki trzeźwo myślące, prostujące i biczujące publicznie swoich mężów przy odbieraniu prac – jest to jednak domena prac mniejszych). Gwiazda z umocowaniami od samego Boga, która widzi tam wyszczyp, tu przebarwienie, a w rogu to już kompletnie inny materiał. Okazuje się, że nasza robota to standardowa „partaczka” i istota z niebios protokół oczywiście podpisze, ale pod warunkiem stu tysięcy poprawek.

Rozpoczyna się koncert życzeń

Lista poprawkowa długa. Człowiek zastanawia się czy uciekać od razu, czy jednak podjąć walkę. Trochę strach. Przeciwnik nieprzewidywalny.
Na stole jednak gruba kasa i trzeba podjąć rękawice.
Zaczynamy syzyfowe prace – zamiast pracować nad kolejnym zamówieniem, tracimy energię na coś, co już raz zrobiliśmy. Czas i pieniądze przeciekają przez szeroko rozstawione palce...

Nihil novi sub sole, czyli z wizytą u króla

Poprawki to nie tylko duże budowy.
Przykład: robota na nie tak dawno powstałym warszawskim osiedlu, które wciąż pączkuje połykając okoliczne łąki. Miejsce przeklęte przez budowlańców i taksówkarzy. Klient w hurtowni zachwyca się materiałem – podoba mu się struktura Gabro w satynie i z radości gotowy zemdleć. Przy pierwszej ścianie pojawiają się symptomy problemów, ale te możemy jeszcze zrzucić na własny błąd. Poprawka, wszyscy szczęśliwi. Czarny materiał, klient uradowany z małej ilości odpadu (miało być na bogato, ale tanio – ot, taka dysharmonia), ściana zamontowana.

Rozpoczyna się dramat w trzech aktach.

Akt pierwszy: prośba o poprawienie i załatanie
miejsc z drobnymi ubytkami. Jeśli ktoś nie wie o co chodzi – ja również nie miałem pojęcia: owe drobne ubytki to po prostu ubytki w strukturze satyny wielkość łepka od szpilki w liczbie około dwóch do trzech na metr kwadratowy. Nadchodzi refleksja: robią sobie ze mnie jaja, albo gdzieś tu jest ukryta kamera i biorę udział w jakimś nowym durnym programie. Nie. Jednak nie, to smutna rzeczywistość. A przed nami stoi klient, u którego na próżno szukać racjonalności.
Akt drugi: impregnacja pogłębiaczem koloru.
Kropeczki zniknęły. Klient wciąż je widzi. Powtórka impregnacji. Według klienta wciąż je widać.
Akt trzeci:dochodzimy do wniosku,że my kasy mieć nie będziemy,ale on za darmo roboty nie dostanie, co sugerował podczas odbioru. Dramat kończy zdziwienie na twarzy klienta podczas demontażu kamienia.

Wisienka na torcie

Niestety nie moje, ale od dobrego znajomego. Nagrobek wykonywany na zamówienie. Starsza pani, zamawiająca, przychodzi na odbiór. Z uśmiechem wyciąga lupę z torby i praktycznie ciągnąc nią i nosem po płycie stwierdza, że teraz dokładnie sobie zamontowany materiał obejrzy. Potem zaś były, jak w piosence Limahla, niekończące się poprawki.

Poprawki

Magiczne słowo wywołujące dreszcz niepozytywnych emocji. Są w stanie rozłożyć nawet dobrze policzoną robotę, na której mieliśmy zarobić. Jak jednak wkalkulować dziesięć dni poprawek przy miesięcznej robocie? Jak we wstępie pisałem – coś zawaliliśmy, zaciskamy zęby, poprawiamy. Co jednak z koncertem życzeń? Tu jak w dramacie greckim, co nie wybierzemy będzie miało konsekwencje dramatyczne. Zrobimy - źle, nie zrobimy - jeszcze gorzej, kogoś na te poprawki za nasze pieniądze wprowadzą. Strach pomyśleć co byłoby gdyby Stwórca jak kamieniarze, dostawał listę poprawkową. Nie byłoby siódmego dnia odpoczynku, obstawiam, że po dziś dzień siedziałby w naszej kuchni i łazience, i poprawiał mechanikę płynów która zapewne komuś by się nie spodobała.

Co pozostaje?

Pozostaje mi życzyć Państwu mniej poprawek w Nowym Roku!

przeczytaj cały artykuł

Zły czas, złe miejsce

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: wtorek, 22 grudnia 2015 08:48

Pisząc ten felieton jestem już bliżej Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku niż problemów codziennej pracy i związanej z tym gonitwy. Dlatego nachodzą mnie pewne refleksje: są w trakcie naszego życia takie momenty, kiedy nieco zwalniamy, co stwarza przestrzeń do przemyśleń i analizy tego, co robimy i co planujemy. A przynajmniej mam taką nadzieję. Bowiem tak wiele naszych zachowań jest wywołanych przyzwyczajeniem, niemożnością spokojnej analizy rzeczywistości i podjęcia decyzji nieco innych, niż te oczywiste, a wynikające z rozwiązań, jakie już kiedyś przyjęliśmy.

Wypadałoby podać jakieś przykłady – proszę bardzo. Jestem „na świeżo” po zwiedzaniu obu naszych imprez targowych. W obu przypadkach zorganizowano prelekcje i wykłady, a ich miejscem były przestrzenie wydzielone na halach targowych.

To taki odruch – kiedyś ktoś tak wymyślił i wszyscy kolejno robią to samo. Wiem nawet dlaczego. Obawiano się, że jeśli te imprezy będą poza halą, to nikt ich nie zauważy i nie doceni starań organizatora. Poza tym jest szansa, że ktoś przechodzący obok usłyszy coś, co go zainteresuje, i przysiądzie zwiększając frekwencję na wykładzie. Niestety – nawet jeśli, to efekt końcowy jest smutny. Patrzyłem jak kolejni prelegenci starają się jak mogą, ale atmosfera hali targowej, przechodzący obok ludzie, szum rozmów raczej nie sprzyjają skupieniu się na dość trudnych czasem zagadnieniach. Osobiście byłem zainteresowany kilkoma tematami wymienianymi w programach wykładów. Ale zrezygnowałem – z powodów wyżej wymienionych.

Inny przypadek, jaki często spotykamy, to chęć zrobienia interesu w każdych okolicznościach i każdej sytuacji. Pamiętam taką scenkę kiedy jeden z przedstawicieli handlowych, będąc z przypadkową wizytą u konkurencji, zaczepiał klienta swojego gospodarza proponując własną ofertę.
Ale bywają przykłady bardziej drastyczne.
Kiedyś w kolejce do lekarza zaczepiony zostałem przez człowieka, który usiłował mi sprzedać ubezpieczenie na życie, z hasłem: „Wie pan, różnie bywa – warto zabezpieczyć rodzinę.”

Znajomy spoza branży opowiadał, że kiedyś na cmentarzu po pogrzebie, ktoś wręczył mu ulotkę zakładu kamieniarskiego. Jak widać, niektórzy są tak mocno ukierunkowani na zysk, że nie potrafią przeanalizować okoliczności.

W swoim czasie pewien amerykański biznesmen przyjechał do Polski skuszony wysokimi notowaniami naszego kraju w analizach szans inwestycyjnych. Długo szukał pomysłu, na którym mógłby zrobić dobry interes. Po kilku dniach już wiedział. Znalazł coś, co jest dobrym interesem w USA, a w Polsce w ogóle tego nie ma. Nie zgadniecie, co to było.

Otóż, zauważył, że popularne w Stanach pralnie publiczne, w Polsce w ogóle nie istnieją. Już chciał zamawiać pralnice, kiedy ktoś uświadomił mu, że w Polsce nie ma takiej tradycji, a Polacy po prostu mają pralki w domach.

Zresztą w polskim kamieniarstwie jest wiele zakładów, których możliwości rynkowe można oszacować na – powiedzmy – 100 m2 w miesiącu, ale spłacających maszyny o wydajności na poziomie tysiąca metrów.
Oczywiście, można próbować sprzedawać lody i napoje chłodzące na biegunie, ocieplane kurtki w Kongo czy wyeksportować granit ze Strzegomia do Chin.

Ale efekty pewnie będą takie jak w przypadku założenia pralni publicznej w Strzegomiu.

Zatem, jeśli mamy jakieś super pomysły na przyszły rok, zadajmy sobie pytanie: czy to ten czas i to miejsce?

przeczytaj cały artykuł
Strona 23 z 27
dfgdfgdfg

Najnowszy numer
4/2026 (143)

sierpień-wrzesień 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

Sprzedam automat polerski
2026-08-18 10:16:19
Sprzedam tanio automat polerski firmy PROMASZ, mało używany, z głowicą. Cena do uzgodnienia. Krotoszyn. Tel. 607 334 259

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.