Felietony

Smakołyki

Autor: Chivas   |   Data publikacji: wtorek, 22 grudnia 2015 08:59

IMG_1530.jpg

Ostatnio mojego pana odwiedzili znajomi. Oczywiście starałem się im przypodobać, bo zawsze jest szansa, że załapię się na jakiś smakołyk ze stołu. Wprawdzie Pan zawsze oświadcza, żeby mi nie dawać nic przy stole, ale taka to już moja psia natura – czemu mam uznawać jakieś dziwne zasady. Dlaczego on i jego znajomi mogą jeść ze stołu, a mnie nie wolno? Ba, nawet nie mogę siedzieć koło stołu. A przecież jak coś komuś nie będzie smakowało to może mi odda.

Na tym spotkaniu byli ludzie z Pana pracy – mieli ze sobą takie małe kawałki kolorowych kamieni i się nimi zachwycali. Fakt, były kolorowe i nawet ładne. Ale ja mam coś, czego oni nie mają – węch. Po mojemu to te „piękne” kamienie straszliwie śmierdziały.
Często obwąchuję różne kamienie na podwórku i one same z siebie nie pachną w ogóle – chyba, że któryś z kolegów już je zaznaczył. Te podziwiane przy stole chyba oznakował jakiś potwór z bagien. Ciekawe, że ludzie tego nie czują.
Pan za znajomymi rozmawiał, że te kamienie to jakieś nowości – i twierdzili, że pięknie by się prezentowały na podłodze. Fuj! Jak czasem coś spadnie ze stołu na podłogę, to jest moje. Ale jak Pan ułoży takie kafelki na podłodze, to koniec ze „spadniętymi smakołykami”. W końcu smakołyki się najpierw wącha, a dopiero potem zjada.

Nawet mocno wędzona szynka na tak śmierdzącej podłodze nie zachęci mnie do jedzenia. Pozosta- nie tylko – jak Pan to nazywa – kradzież ze stołu. Swoją drogą ciekawe co to znaczy? Skoro leży, nikt tego nie rusza i nikt nie patrzy... Ale zawsze to samo – kłopoty. Raz w życiu skusiłem się na leżąca na stole, pachnącą pięknie, marchewkę. Była tak dobra, że warta była tej awantury, kiedy Pan krzyczał coś o „kradzieży”.
Chociaż przejąłem się i już potrafię zwalczyć pokusy – siedzę zwykle w gotowości niedaleko stołu i śledzę, co się dzieje. Może komuś coś upadnie? No, ale nie mamy w domu śmierdzącej podłogi.

Jak goście wychodzili to, na podłogę upadła im ulotka. No i okazało się, że ten potwór z bagien te kamienie oznakował jakąś żywicą dla poprawy koloru. No, prawda! Jak ja oznakuję kamień, to on też jest ciemny i błyszczący.

Na tej ulotce było też logo „Kamień naturalny”. Znam je, bo widziałem jak Pan to logo wstawiał kiedyś na reklamę i wtedy tłumaczył Pani, co to za znak. Że taki znak to informacja dla klientów, że kupują produkt naturalny, zdrowy. I że znak może wstawiać każdy – wystarczy, że za to zapłaci. I tego nie rozumiem.

Podobno też zasady stosowania znaku nic nie wspominają o smarowaniu kamieni takimi śmierdzącymi płynami, po których opakowania nie można wyrzucać do normalnego śmietnika, bo mogą szkodzić środowisku. Za to opisywane są warunki chroniące interes twórców znaku i ich zarobek.
To jakby w przepisach o konieczności wkładania moim agresywnym kolegom kagańca, najważniejsze było, jakiego koloru ma być ten kaganiec i jakiej firmy, a nie to, że ma zabezpieczać innych przed zębami wariata.

Widziałem też u Pana zdjęcia z takiego „ulepszania” naturalnego kamienia. Na zdjęciach był człowiek, który wyglądał jak z filmu o statkach kosmicznych. Ale ten strój to chyba nie miał służyć jako reklama nowego filmu. Jeśli tak ma wyglądać naturalny kamień, to znaczy, że nic na podłodze nie będzie już smakołykiem.

Kończę, bo Pan idzie do kuchni robić kolację. Jest szansa, że coś mu upadnie.

przeczytaj cały artykuł

Świat do poprawki

Autor: Jarek Mirowski   |   Data publikacji: wtorek, 22 grudnia 2015 08:52

e_Strona_58_Obraz_0001.jpg

 

Im większa robota, tym prawdopodobieństwo poprawek większe. Małe zlecenia można dopieścić i przypilnować. Na dużych nie wszystkich „trzyma się za rękę”, ludzi jest więcej – więc i o błąd łatwiej. Jak coś człowiek zepsuje, trzeba posypać głowę popiołem i poprawić lub wymienić. Jeśli są to naprawy racjonalne, to w porządku. Często jednak poprawki to istny cyrk...

Odbiory

Robota tuż przed odebraniem. Jakieś małe po- prawki wskazane przez kierownika czy inspektora. Wszystko dogadane, pozostały drobnostki. Wtedy zjawia się gwiazda lub gwiazdor (niestety większa szansa na istotę pierwszą – wybacz płci przeciwna, ale to twoi przedstawiciele mają większe tendencje do dramatyzmu – choć zdarzają się jednostki trzeźwo myślące, prostujące i biczujące publicznie swoich mężów przy odbieraniu prac – jest to jednak domena prac mniejszych). Gwiazda z umocowaniami od samego Boga, która widzi tam wyszczyp, tu przebarwienie, a w rogu to już kompletnie inny materiał. Okazuje się, że nasza robota to standardowa „partaczka” i istota z niebios protokół oczywiście podpisze, ale pod warunkiem stu tysięcy poprawek.

Rozpoczyna się koncert życzeń

Lista poprawkowa długa. Człowiek zastanawia się czy uciekać od razu, czy jednak podjąć walkę. Trochę strach. Przeciwnik nieprzewidywalny.
Na stole jednak gruba kasa i trzeba podjąć rękawice.
Zaczynamy syzyfowe prace – zamiast pracować nad kolejnym zamówieniem, tracimy energię na coś, co już raz zrobiliśmy. Czas i pieniądze przeciekają przez szeroko rozstawione palce...

Nihil novi sub sole, czyli z wizytą u króla

Poprawki to nie tylko duże budowy.
Przykład: robota na nie tak dawno powstałym warszawskim osiedlu, które wciąż pączkuje połykając okoliczne łąki. Miejsce przeklęte przez budowlańców i taksówkarzy. Klient w hurtowni zachwyca się materiałem – podoba mu się struktura Gabro w satynie i z radości gotowy zemdleć. Przy pierwszej ścianie pojawiają się symptomy problemów, ale te możemy jeszcze zrzucić na własny błąd. Poprawka, wszyscy szczęśliwi. Czarny materiał, klient uradowany z małej ilości odpadu (miało być na bogato, ale tanio – ot, taka dysharmonia), ściana zamontowana.

Rozpoczyna się dramat w trzech aktach.

Akt pierwszy: prośba o poprawienie i załatanie
miejsc z drobnymi ubytkami. Jeśli ktoś nie wie o co chodzi – ja również nie miałem pojęcia: owe drobne ubytki to po prostu ubytki w strukturze satyny wielkość łepka od szpilki w liczbie około dwóch do trzech na metr kwadratowy. Nadchodzi refleksja: robią sobie ze mnie jaja, albo gdzieś tu jest ukryta kamera i biorę udział w jakimś nowym durnym programie. Nie. Jednak nie, to smutna rzeczywistość. A przed nami stoi klient, u którego na próżno szukać racjonalności.
Akt drugi: impregnacja pogłębiaczem koloru.
Kropeczki zniknęły. Klient wciąż je widzi. Powtórka impregnacji. Według klienta wciąż je widać.
Akt trzeci:dochodzimy do wniosku,że my kasy mieć nie będziemy,ale on za darmo roboty nie dostanie, co sugerował podczas odbioru. Dramat kończy zdziwienie na twarzy klienta podczas demontażu kamienia.

Wisienka na torcie

Niestety nie moje, ale od dobrego znajomego. Nagrobek wykonywany na zamówienie. Starsza pani, zamawiająca, przychodzi na odbiór. Z uśmiechem wyciąga lupę z torby i praktycznie ciągnąc nią i nosem po płycie stwierdza, że teraz dokładnie sobie zamontowany materiał obejrzy. Potem zaś były, jak w piosence Limahla, niekończące się poprawki.

Poprawki

Magiczne słowo wywołujące dreszcz niepozytywnych emocji. Są w stanie rozłożyć nawet dobrze policzoną robotę, na której mieliśmy zarobić. Jak jednak wkalkulować dziesięć dni poprawek przy miesięcznej robocie? Jak we wstępie pisałem – coś zawaliliśmy, zaciskamy zęby, poprawiamy. Co jednak z koncertem życzeń? Tu jak w dramacie greckim, co nie wybierzemy będzie miało konsekwencje dramatyczne. Zrobimy - źle, nie zrobimy - jeszcze gorzej, kogoś na te poprawki za nasze pieniądze wprowadzą. Strach pomyśleć co byłoby gdyby Stwórca jak kamieniarze, dostawał listę poprawkową. Nie byłoby siódmego dnia odpoczynku, obstawiam, że po dziś dzień siedziałby w naszej kuchni i łazience, i poprawiał mechanikę płynów która zapewne komuś by się nie spodobała.

Co pozostaje?

Pozostaje mi życzyć Państwu mniej poprawek w Nowym Roku!

przeczytaj cały artykuł

Zły czas, złe miejsce

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: wtorek, 22 grudnia 2015 08:48

Pisząc ten felieton jestem już bliżej Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku niż problemów codziennej pracy i związanej z tym gonitwy. Dlatego nachodzą mnie pewne refleksje: są w trakcie naszego życia takie momenty, kiedy nieco zwalniamy, co stwarza przestrzeń do przemyśleń i analizy tego, co robimy i co planujemy. A przynajmniej mam taką nadzieję. Bowiem tak wiele naszych zachowań jest wywołanych przyzwyczajeniem, niemożnością spokojnej analizy rzeczywistości i podjęcia decyzji nieco innych, niż te oczywiste, a wynikające z rozwiązań, jakie już kiedyś przyjęliśmy.

Wypadałoby podać jakieś przykłady – proszę bardzo. Jestem „na świeżo” po zwiedzaniu obu naszych imprez targowych. W obu przypadkach zorganizowano prelekcje i wykłady, a ich miejscem były przestrzenie wydzielone na halach targowych.

To taki odruch – kiedyś ktoś tak wymyślił i wszyscy kolejno robią to samo. Wiem nawet dlaczego. Obawiano się, że jeśli te imprezy będą poza halą, to nikt ich nie zauważy i nie doceni starań organizatora. Poza tym jest szansa, że ktoś przechodzący obok usłyszy coś, co go zainteresuje, i przysiądzie zwiększając frekwencję na wykładzie. Niestety – nawet jeśli, to efekt końcowy jest smutny. Patrzyłem jak kolejni prelegenci starają się jak mogą, ale atmosfera hali targowej, przechodzący obok ludzie, szum rozmów raczej nie sprzyjają skupieniu się na dość trudnych czasem zagadnieniach. Osobiście byłem zainteresowany kilkoma tematami wymienianymi w programach wykładów. Ale zrezygnowałem – z powodów wyżej wymienionych.

Inny przypadek, jaki często spotykamy, to chęć zrobienia interesu w każdych okolicznościach i każdej sytuacji. Pamiętam taką scenkę kiedy jeden z przedstawicieli handlowych, będąc z przypadkową wizytą u konkurencji, zaczepiał klienta swojego gospodarza proponując własną ofertę.
Ale bywają przykłady bardziej drastyczne.
Kiedyś w kolejce do lekarza zaczepiony zostałem przez człowieka, który usiłował mi sprzedać ubezpieczenie na życie, z hasłem: „Wie pan, różnie bywa – warto zabezpieczyć rodzinę.”

Znajomy spoza branży opowiadał, że kiedyś na cmentarzu po pogrzebie, ktoś wręczył mu ulotkę zakładu kamieniarskiego. Jak widać, niektórzy są tak mocno ukierunkowani na zysk, że nie potrafią przeanalizować okoliczności.

W swoim czasie pewien amerykański biznesmen przyjechał do Polski skuszony wysokimi notowaniami naszego kraju w analizach szans inwestycyjnych. Długo szukał pomysłu, na którym mógłby zrobić dobry interes. Po kilku dniach już wiedział. Znalazł coś, co jest dobrym interesem w USA, a w Polsce w ogóle tego nie ma. Nie zgadniecie, co to było.

Otóż, zauważył, że popularne w Stanach pralnie publiczne, w Polsce w ogóle nie istnieją. Już chciał zamawiać pralnice, kiedy ktoś uświadomił mu, że w Polsce nie ma takiej tradycji, a Polacy po prostu mają pralki w domach.

Zresztą w polskim kamieniarstwie jest wiele zakładów, których możliwości rynkowe można oszacować na – powiedzmy – 100 m2 w miesiącu, ale spłacających maszyny o wydajności na poziomie tysiąca metrów.
Oczywiście, można próbować sprzedawać lody i napoje chłodzące na biegunie, ocieplane kurtki w Kongo czy wyeksportować granit ze Strzegomia do Chin.

Ale efekty pewnie będą takie jak w przypadku założenia pralni publicznej w Strzegomiu.

Zatem, jeśli mamy jakieś super pomysły na przyszły rok, zadajmy sobie pytanie: czy to ten czas i to miejsce?

przeczytaj cały artykuł

Srebrny medal

Autor: Chivas   |   Data publikacji: środa, 04 listopada 2015 09:18

ch1.jpg

Pan zajął się dzwonieniem, więc mogę położyć łapy na klawiaturze. Kiedy byłem młody, Pan zorganizował ciekawy wyjazd dla mnie.
Byłem na wystawie psów. Było fantastycznie. Na dużym stadionie było pełno psów, które zasadniczo głównie czekały na swoją kolejkę, aby zaprezentować się sędziom. No i tym... zwiedzającym. Podczas tego czekania mogłem sobie pogadać z różnymi kolegami – niektórzy na wystawy jeździli po całej Europie. Inni, tak jak ja, tylko okazjonalnie.

O wystawie z młodości przypomniałem sobie ostatnio, kiedy Pan sporo rozmawiał przez telefon o targach kamieniarskich i oglądał zdjęcia z targów. Z tego co mówił i ze zdjęć wynika, że to trochę podobne imprezy – na wystawach psów prezentują się moi koledzy ze swoimi panami, a na targach kamieniarskich, firmy które chcą pokazać co potrafią.

Problem zaczyna się wtedy, gdy uczestnik wystawy nie bardzo wie co zrobić, żeby dobrze wypaść. Z rozmów Pana zrozumiałem, że chociaż te targi kamienia mają już swoją tradycję, to wystawcy i tak nie wiedzą, że do takiej imprezy trzeba się przygotować.
Nie tylko „wykąpać się i uczesać”, ale zobaczyć jak wyglądają inni, zaprosić jakiś ulubionych gości i przygotować dla nich jakąś specjalną sztuczkę, która zatrzyma ich przy moim kojcu. O przepraszam, na targach to się nazywa stoisko.

W przypadku mojego udziału to owszem byłem wykąpany i wyszczotkowany, ale nie nauczyli mnie, że trzeba chodzić dostojnie i dobrze prezentować swoją sylwetkę. A ten gość, co mi zaglądał w zęby, niekoniecznie chciał, żeby go lizać po twarzy. No i ja, zamiast dumnie się zaprezentować, najpierw usiłowałem zmusić panią, która mnie prowadziła, do ganiania za kolegami (jak się okazało moimi konkurentami), a potem chciałem pokazać temu gościowi, co go Pan nazywał sędzia, że go lubię (przez lizanie po łysinie). W rezultacie nie wygrałem – dostałem srebrny medal. Wygrał mój brat bliźniak – ten to wiedział, co trzeba robić. W sumie to była jego kolejna wystawa i dlatego wiedział o co chodzi.

W kamieniarstwie to chyba wszyscy powinni wiedzieć, bo debiutantów, takich jak ja, jest niewielu. Niestety, słuchając tego, co mówią do Pana, mam wrażenie, że nie wiedzą.
Najczęściej wydają mnóstwo pieniędzy na stoisko, na jakieś jedzenie, na wielkie ilości gadżetów... A to jest jak moja próba okazania sympatii sędziemu przez lizanie łysiny. Chyba lepiej by było przygotować jakieś specjalne oferty dla odwiedzających.
Podobno już niedługo znów będą dwie imprezy targowe w jednym miesiącu. Najpierw we Wrocławiu blisko Strzegomia – Granitowego Serca Polski (tam byłem), a potem w Poznaniu. Ale w okolicy Poznania jest tyle firm kamieniarskich, co na jednej ulicy Strzegomia. To tak jakby wystawę psów zorganizować w Egipcie, gdzie, jak Pan opowiadał, psy tradycyjnie uważa się za zwierzęta gorszej kategorii i jest ich mało.

Co z tego, że hala wystawowa byłaby rewelacyjna, skoro zainteresowanie zwiedzających marne. Pewnie w kolejnej edycji takiej wystawy, połączono by ją z wystawą kotów, bo te mają w Egipcie specjalne prawa. Ale cztery łapy i ogon, to jeszcze nie pies (na samą myśl wspólnej wystawy z kotami wyobrażam sobie co tam się będzie działo, kiedy moi koledzy zwęszą kota). Zanim populacja psów w Egipcie będzie taka, jak w Europie, to do kotów trzeba będzie jeszcze dorzucić króliki i tchórzofretki – no i wystawa zrobi się wielka.

Podobno tak będzie w Poznaniu, bo do
kamienia dołączono targi szkła – przyjadą więc miłośnicy „kotów”.

Te wspomnienia z wystawy trochę mnie rozrzewniły. Pogadam z Panem, żeby zabrał mnie na jakąś wystawę. Na to konto pozwolę się nawet wykąpać i uczesać – jak zachowywać się już wiem.
Byle nie do Egiptu!

przeczytaj cały artykuł

Wartość papieru

Autor: Jarek Mirowski   |   Data publikacji: środa, 04 listopada 2015 09:05

Duża budowa i realizacja na niej rządzi się swoimi prawami, wiadomo: WZ-ki, protokoły i cała zabawa z tym związana. Wszystko na papierkach, duży odbiorca, odpowiedzialność  rozmyta, nawet jak jeden kierownik podpisze, drugi za chwilę może stwierdzić, że absolutnie roboty nie wykonaliśmy i nawet protokołu z milionem wpisanych weń usterek nam nie podpisze. Bez podpisanych dziesiątków papierków i przystawionych doń pieczątek zginiemy.

Czasem się człowiek rozpędzi, chce dobrze

A potem przychodzi mała budowa: łazienka do wykonania, posadzka w holu bądź cokolwiek innego o podobnej wartości zamówienia. Ustalenia wejściowe, potem, jak się to często zdarza, korekty. Tu coś odeszło, tam coś doszło, przeważnie tak to wygląda, że na naszą niekorzyść kasową. Oczywiście, klient nie widzi problemu, na końcu się kwotę odpowiednio zmodyfikuje, ustalamy koszt na gębę. Machamy ręką, robimy. Potem znowu pojawia się jakiś wątek dodatkowy – kolejne machnięcie ręką. Kilka takich machnięć i zbiera się kilka stów, a później tysięcy...

Nadchodzi dzień sądny

Rozliczenie. Kosztorys po modyfikacjach zaakcep- towanych machnięciem ręki, trochę się zmienił. Klient, któremu do tej pory wszystko pasowało, patrzy spode łba i pyta czemu koszty zwiększyły się o dwadzieścia procent. Pojawiają się chmury, szykuje się burza. Chciał człowiek dobrze, a jak mawia przysłowie, dobrymi chęciami wybrukowali piekło.

Czasem to nawet nie zła wola,

po prostu ludzie nie zdają sobie sprawy, ile tych małych korekt ostatecznej kwoty po drodze się zbiera, na koniec zaś w swoim mniemaniu czują się oszukani. Burza się rozkręca, a kulturalne do tej pory rozmowy zaczynają się zmieniać w utarczki. Zaczyna się poszukiwanie problemów i oglądanie naszej

roboty przez przysłowiową lupę. Uszczypany narożnik i delikatny sztrab, do tej pory akceptowalny, nagle uzyskują rozmiary na miarę Chińskiego Muru. A na koniec tej burzy z gradobiciem sakramentalne pytanie: urywamy coś, czy będzie Pan poprawiał?

Odpowiedź

Nam, kolokwialnie mówiąc, skacze gula, klient robi się czerwony, jak kameleon dostosowując się do naszego koloru twarzy. W większości wypadków odpowiadamy pytaniem na zadane pytanie: ile? Negocjacje czas zacząć. Niestety, są to negocjacje w których z góry jesteśmy skazani na porażkę.

Papiery, papiery i jeszcze raz papiery!

Może niekoniecznie, idąc tropem sprytnych zwierzątek, musimy zakładać podsłuchy i wszystko, i wszystkich nagrywać, choć czasem wypadałoby jednego i drugiego delikwenta nagrać, w celu późniejszego odtworzenia, co chciał, aby w jego lub domu jego klienta nawyprawiać i czym to argumentował, a z czego na samym końcu przy płatnościach zgrabnie i nie po angielsku próbuje się wycofać. Na pewno jednak musimy, wbrew zasadom brzytwy Ockhama, tworzyć zbędne byty w postaci dziesiątków papierków. Niestety, rzeczy- wistość jest taka jaka jest i jest ona smutna – quod non est in actis, non est in mundo – czego nie ma na papierze, nie istnieje. I choć podpisywanie tych aneksów i aneksików może doprowadzać klienta do szału, to podpisywać je należy, aby problemów unikać, a niestety założyć musimy, że to właśnie my trafiamy na klienta - sklerotyka, który nie wie na co po drodze się zgodził i jakie kwoty z nami za to coś ustalił.

Jak wiadomo z teorii chaosu, drobne zmiany w układzie potrafią wywoływać potężne skutki – w tym wypadku machnięcie skrzydeł motylka o postaci kilkuset złotych doprowadza do stanu mocnego zdenerwowania nas i klienta. Skutkiem tego, mimo dobrze wykonanej roboty, brak
polecenia nas innym klientom, ponieważ w wersji klienta kręcimy na kasie. Nici, z bardzo skutecznej w naszej branży, reklamy szeptanej.

Morał więc na dziś: twórzmy papierki, kupujmy spokój – nieekologiczne to, ale jakoś bronić się trzeba! I tak, aż do momentu, w którym umowa ustna będzie mieć znaczenie nie tylko w kodeksie prawa, ale również i w życiu codziennym.

przeczytaj cały artykuł
Strona 23 z 27

Najnowszy numer
6/2025 (139)

grudzień 2025 – styczeń 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

Fartuchy wodoodporne dla kamieiarzy
2025-11-26 13:39:41
Producent fartuchów i rękawów wodoodpornych dla kamieniarzy. Sprzedaż wysyłkowa – błyskawiczna wysyłka pocztą lub kurierem. Strzegom, ul. Św. Anny 1/6, www.fartuchywodoodporne.pl, tel. 60 34 26 223, tel./fax 74 8 551 472

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.