Reklama


Felietony

Przewodnik stada

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: piątek, 06 marca 2015 11:34

Ostatnio w rozmowie z jednym z szefów firmy branżowej wysłuchałem żali, że doświadczony pracownik zajmujący się cięciem bloków nie ostrzegł go, że blok, który idzie do cięcia, jest wadliwy i że wady było widać jeszcze przed cięciem. Zapytałem, czy pracownik dostał polecenie przetarcia bloku. Odpowiedź była twierdząca. Dlaczego zatem pracownik nic nie powiedział, chociaż spodziewał się, że rezultaty będą kiepskie?

Znam tego szefa i wiem, jaki ma stosunek do zarządzania pracownikami. W zasadzie jego sposób na zarządzanie sprowadza się do wyśmiewanej w wielu dowcipach zasady, że po pierwsze, szef ma zawsze rację, a jak nie ma racji, to patrz punkt pierwszy.

Szefowanie na każdym szczeblu nie jest proste. Bowiem struktura organizacji (firmy) pełna jest różnych uwarunkowań. Są relacje wewnętrzne między członkami grupy, są i te pomiędzy przełożonymi i podwładnymi. Niestety nazbyt często relacje opierają się na koncepcji wyżej podanej. Czyli niezależnie od sytuacji, bez słowa, należy wykonać polecenie.

To wykonywanie poleceń niestety zwykle nie wynika z wiary w wiedzę i doświadczenie szefa, a z wypracowanego przez zarządzającego syste- mu władzy absolutnej nad pracownikami.
W swojej historii zawodowej byłem zarówno pracownikiem jak i szefem. Zawsze byłem przekonany, że bycie szefem to zadanie równie trudne, jak bycie przewodnikiem stada w świecie zwierząt. Przewodnik stada wilków dlatego jest szefem, że wszyscy członkowie stada wiedzą, że jego koncepcje polowania i skuteczność jest najlepsza w stadzie. Aby skutecznie zarządzać pracownikami trzeba starać się zostać takim przewodnikiem, którego decyzje są wykonywane nie z założenia, że zawsze ma rację tylko z przekonania, że ma najlepszą wiedzę, doświadczenie i w związku z tym należy go słuchać.

W takim systemie nie trzeba sztucznie budować autorytetu przez nakazowe wymaganie zwracania się do siebie – szefie, panie kierowniku czy prezesie. Ten autorytet buduje się dobrymi decyzjami i korzystaniem z wiedzy i doświadczenia pracowników.
Ze swoich doświadczeń pamiętam, że kiedyś gdy kierowałem kilkoma osobami – byłem z nimi na „ty”. Szef firmy miał do mnie o to pretensje –
„nie budujesz swojego autorytetu”. Za to był zdziwiony, że kiedyś w trakcie dyskusji o rozwiązaniu jakiegoś problemu moi ludzie w komplecie, mieli takie samo zdanie jak ja.

Oczywiście ostateczna decyzja należy do szefa, ale dajmy szansę pracownikom na wyartyku- łowanie swoich poglądów, nawet jeśli są nie po naszej myśli.
W tym kontekście zupełnie absurdalne jest natomiast zachęcanie pracowników do wyrażania własnego zdania, po czym, jeśli nie jest ono po myśli szefa, obniżanie premii za dyskutowanie z decyzjami przełożonego. Być może w przyto- czonej opowieści coś takiego kiedyś spotkało pracownika, który przecierał blok.
Ciekawe jak opisywany szef potraktował pracownika? Pewnie było przysłowiowe „masz po premii”. Może zamiast tego z samym pracownikiem powinien znaleźć rozwiązanie, aby takiego błędu nie popełnić w przyszłości?

Kiedyś w telewizji widziałem wywiad z menadżerem o sporych sukcesach. Padło pytanie: „ile godzin dziennie pracuje?”. Dziennikarz spodziewał się odpowiedzi typu 12-16 godzin. I tu zdziwienie – menadżer stwierdził, że 2-3 godziny. Przytoczył badania światowe, że dobry menadżer podejmuje ok. 50% dobrych decyzji, a specjalista nawet 90%. Różnica to 40% więcej złych decyzji. Zatem im dłużej jest w pracy tym więcej złych decyzji jest podejmowanych – lepiej podejmowanie decyzji pozostawić w większości spraw specjalistom.

Skutkiem tych złych decyzji szefa jest opinia o nim wśród pracowników. Zdziwilibyście się co o takich szefach mówią pracownicy w prywatnych rozmowach – nie przytoczę, bo to mało cenzuralne. Opinia to jedno (może nas nie obchodzić), tyle że pociąga za sobą brak przekonania i entuzjazmu do realizowania zadań zleconych przez bossa i niechęcią do pracy w ogóle.

W stadzie wilków jest prościej – marny przewodnik zostaje przez stado pozbawiony przywództwa. W firmie to raczej ze stada będą odchodzić kolejni pracownicy, by polować w innym stadzie z lepszym przewodnikiem. Przewodnikiem, który doceni u młodego wilka skuteczną strategię okrążania zdobyczy w zagajniku i będzie z jego pomysłów korzystał częściej.

przeczytaj cały artykuł

Kosmiczna realizacja,czyli zegar słoneczny z szarego granitu

Autor: Waldemar Miłek   |   Data publikacji: poniedziałek, 22 grudnia 2014 13:30

miłek.jpg

„Szarość widzę...” —chciało by się powiedzieć parafrazując słynne powiedzenie z równie słynnego filmu. Pamiętamy wszyscy perypetie bohaterów związanych z ich zagubieniem w czasie. A i mnie się trafiła przygoda z „czasem podawanym na szaro”.
A było to tak...

Dowiedziałem się, że na jednym z osiedli miasta Łodzi, firma Eden z Piotrkowa Trybunalskiego, prowadzi intensywne prace nad zagospodarowaniem terenów przeznaczonych do rekreacji mieszkańców osiedla Redkinia Północ. Jednym z elementów tej koncepcji, opracowanych przez sympatyczna panią Agatę, jest umieszczony w centralnej części skweru szary zegar słoneczny.

Dobrze, że w dzisiejszych czasach są jeszcze osoby, które widzą konieczność zastosowania archaicznego jak na dzisiejsze czasy pomiaru... czasu właśnie.
Po kilku dniach rozmów, konsultacji i zatwierdzeń, ustaliliśmy, że wykonam zegar słoneczny o powierzchni 36 m kw. Typ analematyczny, który wymaga od obserwatora tzw. interaktywności, czyli po prostu „wysiłku”, aby odczytać czas na tarczy zegara. Mówiąc „ludzkim językiem” trzeba ruszyć „cztery litery” i stanąć na tarczy zegara we właściwym miejscu. A wtedy zaczynają się dziać czary. Zegar analematyczny jest tak zaprojektowany, że obserwator stając na analemie, która jest kalendarzem —własnym cieniem pokazuje godzinę na tarczy zegara. Wtedy obserwator najczęściej wyjmuje komórkę z kieszeni i mówi „dobrze chodzi”.

Aby tak się stało potrzebny jest jeszcze, ktoś kto taki zegar zaprojektuje. I tu kolejna ciekawostka. W XXI wieku są jeszcze ludzie, który to potrafią. Mało tego! Projektowanie zegarów słonecznych to ich pasja i sposób na życie. Jednym z nich jest Marek Sz., właściciel firmy Sole-Arte. To on potrafi wyznaczyć za pomocą sznurka, pionu i dwóch gwoździ... prawdziwe południe słoneczne dla dowolnego miejsca na ziemi.

Wiedza to wielce przydatna... znana także kapłanom faraona. Dzięki niej ustala się prawdziwą północ geograficzną, co, zapewniam was, wcale nie jest takie oczywiste. Spytajcie znajomego geodetę, to powie wam o północy geodezyjnej. Powiecie: kompas potrafi wskazać północ. Tak, ale tylko magnetyczną, która zdecydowanie różni się od tej geograficznej. (Spokojnie. Ja też długo nie wiedziałem, że tak jest.) Bo co nas w końcu obchodzi pod jakim kątem ustawiona jest Ziemia w stosunku do Słońca, jak my musimy wezwać pana Henia, by sprawdził, czy nasza piła jest pod właściwym kątem. 

Wróćmy jednak do naszego przyrządu astronomicznego, który ma precyzyjnie... oszukiwać ludzi na pomiarze czasu. Zdziwienie? To Słońce też nas oszukuje? W biały dzień?
Nie. To my się wzajemnie oszukujemy —Słońce to Słońce. To człowiek stworzył sztuczne podziały czasu na godziny zegarowe, strefy czasowe. Sami sobie stworzyliśmy sztuczne środowisko i —mało tego —to właśnie je uważamy za prawdziwe. A Słońce jak Słońce —świeci sobie nadal, a Ziemia się kręci na orbicie. I oby jak najdłużej! 

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Ponieważ dzisiaj zegar słoneczny nie może pokazywać prawdziwego czasu: dla przykładu prawdziwego południa, czyli górowania słońca nad horyzontem w danym dniu. Tylko musi się przystosować do sztucznego trafienia z wieży mariackiej, gdzie, podobno z dokładnością do 1/2 sekundy, podają nam czas. Ale nikt nie mówi, że ten czas jest sztuczny —nazywając to kłamliwie czasem uniwersalnym. Jaki to on uniwersalny? To jest Matrix i nie ma z niego wyjścia.
...takie to dylematy towarzyszą czasem zwykłemu kamieniarzowi odpadowemu —jak mówią o mnie koledzy z branży.

Wróćmy jednak do zegara. Jak jest już ten projekt, to reszta to przysłowiowy „pikuś”. Jesteś-my świadkami tryumfu techniki nad materią. Wprawdzie już Leonardo da Vinci opracował teoretyczne podstawy, ale dopiero człowiek współczesny potrafił to zbudować —chodzi o maszynę do cięcia wodą. Plus do tego komputer z jakimiś dfx-ami, programami i... wychodzi gotowy zegar.
Jeszcze montaż. Montaż, jak montaż, mógłbym o nim opowiadać godzinami, ale nie mam czasu. Jakiego? To już obojętne...

przeczytaj cały artykuł

Darmowy nagrobek i krawat z reniferem

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: poniedziałek, 22 grudnia 2014 13:23

renifer.jpg

Zasiadłem do pisania ostatniego w tym roku felietonu. Czas kiedy piszę jest dość specjalny —z jednej strony koniec roku i naturalna chęć do podsumowań, z drugiej przewidywanie tego, co nas czeka w następnym.

Mijający rok, według większości branżystów z jakimi rozmawiałem, nie był ani zły, ani specjalnie dobry —ot, kolejny, w którym walczyliśmy o kolejne zlecenia i zapłaty za to, co zrobiliśmy.
Taka szara rzeczywistość —ale nie brakuje w niej optymistycznych akcentów. Zrealizowano sporo ciekawych przedsięwzięć, a kolejne zakłady rozbudowują się i zwiększają potencjał produkcyjny.

Święta Bożego Narodzenia, Sylwester —to wszystko wprowadza nas w optymistyczny nastrój. Naturalne jest, że chcemy podzielić się swoim radosnym nastrojem z innymi —z rodziną, ze znajomymi, ale też z naszymi klientami. Czego sobie przeważnie życzymy? Zwykle: zdrowia i sukcesów. Wspominając poprzedni rok przypomnijmy sobie wszystkie te zdarzenia, kiedy dostawaliśmy białej gorączki —bo ktoś nie zapłacił na czas, bo przysłał nie tak dobry materiał jak zamawialiśmy, bo opóźnił dostawę. Ale wspom-nijmy też i nasze błędy —kiedy to my nie płaciliśmy w terminie, jakąś robotę wykonaliśmy z opóźnieniem lub z wadami. Wtedy to naszych klientów bolała głowa, a czasem tętno wzrastało do poziomu nieakceptowanego przez lekarza.

Te same powody czasem blokowały możliwość osiągania sukcesów. Zatem, życząc zdrowia i sukcesów, zróbmy najpierw rachunek sumienia, a życzeniom niech towarzyszy wewnętrzne postanowienie poprawy.

W najbliższych dniach będziemy chcieli też obdarowywać rodzinę i znajomych upominkami. Na naszych celownikach znajdą się również i nasi najważniejsi klienci. To dość trudne zadanie, bo zwykle chcemy takie upominki dla klientów zamówić jednorazowo —żeby nie powiedzieć masowo —a upodobania ludzi są przecież różne. Niestety, dość często kończy się na tradycyjnych gadżetach reklamowych, z których część można nazwać wymyślonym kiedyś określeniem „durno-stojki”. Jakiś przycisk do papieru, zegarek stołowy czy bombka na choinkę... i to obowiązkowo z umieszczonym logiem darczyńcy. Listę takich podarunków każdy może rozbudować o to, co znajdzie w piwnicy, magazynku i tym podobnych miejscach. 

To dziwne, że ulegamy producentom upominków oferującym coraz bardziej idiotyczne przedmioty mające być podarunkami świątecznymi. Przykładów można znaleźć bez liku. Z ostatnich jakie widziałem: klawiatura do komputera bez oznakowanych klawiszy czy samochodowy podgrzewacz do kanapek. Rekordowa propozycja to karma dla reniferów —podobno o oryginalnym smaku —przygotowana tak, aby była nieszkodliwa dla ludzi. W ten sposób każdy może poczuć się jak renifer. Takie przedmioty w otoczeniu już po kilku dniach nie cieszą —wręcz denerwują —a skojarzenie z logiem naszej firmy może okazać się marną reklamą.


W ramach okazywania przyjaźni kiedyś mnie spotkała dość zabawna sytuacja. Jeden z kamieniarzy, podczas wieczornego bankietu, chcąc dowieść swojej sympatii, stwierdził: „Darek, ale nagrobek to masz u mnie gratis”. Raczej nie uda mi się sprawdzić czy dotrzyma obietnicy.

Najprzyjemniejsze upominki to te wybierane dla konkretnych osób. Może zamiast masowej wysyłki długopisów, czy t-shirtów z logiem, uhonorować upominkami wąskie grono tych, dla których potrafimy kupić coś, co ich naprawdę ucieszy. Jeśli nie wiemy co obdarowanego ucieszy, to znaczy, że nie jest dla nas tak ważny, jak nam się wydaje.

Kończę, bo do drzwi dzwoni kurier - ma dla mnie przesyłkę. Mam nadzieję, że to nie upominek od jakiejś zaprzyjaźnionej firmy w postaci krawatu z reniferem i logiem.

przeczytaj cały artykuł

Między manianą a kryminałem, czyli jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie

Autor: Jarek Mirowski   |   Data publikacji: wtorek, 11 listopada 2014 00:17

 

Posiłkując się słownikiem języka hiszpańskiego: wyraz manana tłumaczyć można jako: rano, poranek, jutro, przyszłość. Wyraz ten zaistniał również w slangu kolegów noszących ubrania sportowe o niezliczonej ilości pasków —wiele razy słyszałem z ich ust coś o „odp...niu maniany”. Owi koledzy, często kończą/-yli z takim bądź innym paragrafem w miejscu odosobnienia zwanym więzieniem. Nie wiem, czy zawiodło ich tam robienie maniany, ale mam nadzieję, że ktoś kiedyś trafi tam za robienie jej w naszej branży.

W Warszawie dzieje się kamieniarsko sporo, zarówno w zakresie robót małych jak i dużych. Wystarczy choćby wspomnieć o Bulwarach Wiślanych i metrze. Dzieje się, więc sporo również samozwańców —speców od wszystkiego i niczego, którzy po pytaniu klienta na temat kamienia, okazują się kamieniarzami z dziada pradziada z co najmniej dwudziestoletnim stażem. I tu pojawia się „odstawianie maniany”, czyli klasycznej fuszerki niewiele z dobrze zrobioną robotą mającej wspólnego.

Możecie wierzyć lub nie, ale wszystkie wymienione poniżej przypadki, to zderzenie z rzeczywistością w przeciągu niepełnych dwóch tygodni.

Mistrzowie schodów —montażyści
Zadzwonił do mnie dwa dni temu kolega z pytaniem, czy wiem na co można zamontować schody zewnętrzne. Demontował je u klienta, ponieważ zaczęły odpadać podstopnie. Przy okazji zajrzał więc również pod trepy. Nie zgadłem. Ktoś zamontował je na wysoko rozprężną piankę montażową. Nie, nie uzupełnił (co i tak wskazywałoby na specyficzne poczucie humoru) —oprócz pianki nie było tam nic innego. Nawet nie można przypuszczać, że zaprawy były, ale zostały wypłukane, ponieważ montaż odbył się niedawno.

Mistrzowie elewacji x2
Ten sam kolega, tego samego dnia zapytał mnie, jaki mam pomysł odnośnie zamontowania „dzikówki” z piaskowca na ścianie. Powiedział, że to pomysł jeszcze grubszy niż schody. Nawet nie próbowałem, poddałem się od razu. Okazało się, iż część ze ścian przyklejona została na... farbę.
Parę dni wcześniej i mojej firmie trafił się demontaż na obiekcie państwowym. W naszym przypadku mistrzowie elewacji zamontowali ściany przy pomocy, uwaga:
—dwóch bombek kleju na płytę,
—pianki wysoko rozprężnej (SIC!),
—malutkiego aluminiowego podparapetnika na górze i dole płyty, który został zamontowany do ściany przy pomocy dwóch kołków rozporowych „szóstek” —do płyty podparapetników zamocowali takim samym jednym kołkiem rozporowym.
Dodam tylko, że płyta z piaskowca miała wymiar 140 x 50 x 4 cm, na każdą z płyt przypadły dwa kołki (jeden góra, drugi dół), płyty były odstawione od ściany o dwa centymetry —— przemyślcie Państwo jak genialną rolę odgrywała tu wpuszczona między płytę a ścianę pianka! Tylko część płyt udało się zagruntować, malowanej ściany już nie. Ach, zapomniano również o jakichkolwiek, lichych choćby, odciągach na samej górze ściany (kołeczka nie było również). ...więc płyta z samej góry postanowiła spaść. Na szczęście zaklinowała się, dzięki podwieszonemu sufitowi.

Mistrzowie brukarze
Centrum miasta. Kostka, Strzegom, 4/6. Brukarz przez olbrzymie „be”, z młotkiem ślusarskim dobija jedną kostkę trzema uderzeniami wyprowadzonymi z wysokości około 10 do 15 cm znad poziomu kostki. Uciekłem.
Nie mam lęków, w zasadzie nawet lubię chodzić do dentysty (choć lekarzy staram się omijać szerokim łukiem —pójdzie człek zdrowy, a oni coś zawsze znajdą). Może jest to spowodowane tym, że po poszukiwaniach trafiłem na dobrego fachowca. Zawsze jednak, kiedy siedzę u niego w poczekalni, zastanawiam się, że kiedyś mogę nie mieć farta i trafić na takiego dentystę/lekarza, na jakich kamieniarzy ludzie często trafiają. Strach się bać, drodzy Państwo, jaką manianę mi na zębie, albo i nerce, odstawi...
Każdy z nas (siebie również wybielać nie mam zamiaru) w życiu zawodowym poszedł na skróty i tytułową manianę odstawił. Ciężki klient, zmęczenie, chęć szybszego zakończenia pracy albo presja obniżenia kosztów lub, co gorsza, kar umownych. Sam się człowiek przed samym sobą wybielił i postarał o niej zapomnieć. Niestety, można również przekroczyć granicę między manianą, a kryminałem.

I wtedy mogą zacząć się problemy. Na początku jak człowiek obejrzy taką robotę lub o niej posłucha, jest może przez chwilę śmiesznie. Ale już za chwilę wieje grozą: o ile jeszcze chodzi jedynie o pieniądze (klient musi wykonać coś ponownie), pal go sześć! Choć za to również oczywiście powinno się odpowiedzieć. Gorzej, gdy w grę wchodzi życie ludzkie, a komuś na głowę spadnie płyta elewacyjna, ponieważ ktoś zamontował ją nie w zgodzie ze sztuką, normami i zdrowym rozsądkiem.

Szanujmy się i piętnujmy głupotę. Łapmy idiotów za ręce i pokazujmy ich palcami, aby nikomu krzywdy nie mogli zrobić. Nie tylko tych kamieniarskich, ale wszystkich. Może wtedy nie będziemy się musieli zastanawiać i bać, że skoro zepsuliśmy taras dentyście, dentysta w ramach zemsty wyrwie nam kilka zdrowych zębów.

Jak zawsze sobie i wszystkim tego życzę.

 

 

przeczytaj cały artykuł

Wrocław czy Poznań?

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: poniedziałek, 03 listopada 2014 23:43

felieton_d.jpg

W ostatnim czasie sporo osób pytało mnie co z targami - gdzie jechać, które odwiedzić. Odpowiadałem co myślę. Właśnie z tego powodu postanowiłem napisać tym razem felieton o tych targowych rozterkach.

Znajomy przez lata jeździł toyotą. To było pewne auto - nie psuło się i zawsze dowoziło go do celu. Ale w końcu przyszedł czas na zmianę. Kupił inną markę. Auto było piękne, ale pro-blemów dostarczało multum. Awaria skrzyni biegów, cieknąca chłodnica itd. - w ciągu roku pięciokrotnie wrócił z trasy na lawecie. Sprzedał nieszczęsne cudeńko i nie kupił nowszego modelu tej firmy, chociaż nowy model wyglądał rewelacyjnie — wrócił do toyoty. Taką sytuację mamy obecnie z targami. W tym roku odbędą się dwie imprezy i wszyscy łamią sobie głowę co robić.

Warto, w kontekście zamieszania, przypomnieć nieco historię targów. Nie chodzi mi o dokładne analizowanie lat, miejsc czy liczby wystawców. To będzie raczej moje wspomnienie tego, co zobaczyłem i zapamiętałem jako uczestnik targów.
Mój „pierwszy raz” miał miejsce w osławionym Wałbrzychu (chociaż pierwsza kamieniarska impreza zorganizowana została w Jaworze w 1991 roku). Oczywiście większość pamiętających tamte czasy wspomina tragiczne warunki wystawiennicze, fatalny, jedyny w mieście, hotel „Sudety”, ale z drugiej strony wszyscy pamiętają kapitalną atmosferę. Mówi się, że z czasem złe wspomnienia wypieramy i pozostają tylko te dobre. Pewnie dlatego do dziś hasło Wałbrzych wywołuje na twarzach uśmiech.

Pamiętam jak dziś ile było radości, ale i obaw przed przenosinami do Wrocławia w 2000 roku. Targi z roku na rok były coraz większe i odwiedzało je coraz więcej zwiedzających. Uczestnicy nauczyli się Wrocławia i poznali zalety tego miasta. Wieczorami Wrocław zawsze tętnił życiem i wystawcy ze zwiedzającymi do dziś mają okazję do wspominania wieczornych spotkań.

Niestety, Hala Stulecia nie chciała rosnąć. Podnosiło się coraz więcej głosów, że trzeba coś zmienić, bo dostawianie kolejnych pawilonów nie poprawia sytuacji. Jest, co prawda, większa powierzchnia, ale warunki są nienajlepsze i raczej nie przystają do czasów. Narzekano też na samą halę, w której warunki były jak w obiekcie zabytkowym (którym poniekąd Hala Stulecia jest).

Tę sytuację wykorzystały Międzynarodowe Targi Poznańskie —duży i doświadczony organizator targów. I zaproponowały zorganizowanie imprezy w stolicy Wielkopolski. I tak w 2008 roku mieliśmy problem, bowiem jesienne targi odbywały się i we Wrocławiu i w Poznaniu. W następnym roku, wobec mizernej pierwszej edycji, poznańskiej MTP podpisało umowę z Geoservice-Christi i tak w 2009 roku była już jedna impreza organizowana przez dwie firmy w Poznaniu. Faktycznie, warunki wystawiennicze w Poznaniu były rewelacyjne. Niestety, nie same zalety miała poznańska impreza. Okazało się, że koszty udziału w targach wzrastają, a system funkcjonowania organizacji oparty o współpracujące firmy zewnętrzne był denerwujący - ze zdziwieniem wystawcy odbierali kolejne faktury: za zamontowanie oświetlenia, wody, za sprzątanie, za ściągnięcie maszyny z samochodu, za wstawienia maszyny na stoisko itd.
Pierwsze 2 lata to był niewątpliwie rozwój - przybywało wystawców. 

Oceniając targi zawsze patrzę jednak bardziej na liczbę zwiedzających (takich z grupy oczekiwanej przez wystawców), bo w końcu to dla zwiedzających wystawcy ponoszą koszty, a nie dla pokazania się konkurencji. Niestety, dość szybko okazało się, że wzrost liczby zwiedzających jest dużo mniejszy. A liczba zwiedzających z Dolnego Śląska była znikoma, choć to przecież w kamieniarstwie kluczowy region. Trudno powiedzieć dlaczego. Myślę, że znaczącą przyczyną był fakt, że luksusowe warunki (czytaj: duże przestrzenie) nie sprzyjały atmosferze spotkania branży. Miasto też nie okazało się tak atrakcyjne jak Wrocław. Ludzie wieczorami rozpraszali się po mieście i takich spotkań jak we Wrocławiu już nie było. Targi zaczęły się kurczyć. Faktem jest, że jedną z przyczyn był kryzys ekonomiczny jaki nastał, ale spadki statystyk targowych były znacznie większe, niż spadki statystyk ekonomicznych w naszym kraju. 
Kiedy w zeszłym roku byłem na targach w Poznaniu naszła mnie taka myśl, że w takim wymiarze targi mogłyby odbywać się we Wrocławiu. Tym bardziej, że Hala Stulecia została wyremontowana. Pewnie, że nawet po remoncie pod względem warunków nie może konkurować z obiektem poznańskim, ale… Może udać się przywrócić tę atmosferę, jaka towarzyszyła nam na Dolnym Śląsku.
Tymczasem tuż po zeszłorocznej edycji MTP wypowiedziało Geoservice-Christi umowę i poniekąd wymusiło powrót targów KAMIEŃ do Wrocławia.

Wiele osób uważa, że nie należy wracać do tego, co było. Tym bardziej, że warunki w Poznaniu są lepsze. Niby tak, tylko powstaje pytanie, czy kupując wczasy skusimy się na bardzo luksusowy hotel położony daleko od plaży i od tętniącego życiem kurortu, czy jednak wybierzemy mniejszy, ale ulokowany w sercu interesującego miasta i przy plaży.
Ja osobiście wolę z plaży wpaść na moment do pokoju, narzucić coś na siebie i spacerkiem podejść do kapitalnego pubu na rogu - nawet jeśli w hotelu obsługa nie chodzi w pełnej liberii.

przeczytaj cały artykuł
Strona 26 z 27
dfgdfgdfg

Najnowszy numer
4/2026 (143)

sierpień-wrzesień 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

noimage
2026-08-18 00:00:00
Tablice-nagrobkowe.pl plexi, konglomeraty. Henryk Moćko tel. 503 33 46 46

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.