
Zasiadłem do pisania ostatniego w tym roku felietonu. Czas kiedy piszę jest dość specjalny —z jednej strony koniec roku i naturalna chęć do podsumowań, z drugiej przewidywanie tego, co nas czeka w następnym.
Mijający rok, według większości branżystów z jakimi rozmawiałem, nie był ani zły, ani specjalnie dobry —ot, kolejny, w którym walczyliśmy o kolejne zlecenia i zapłaty za to, co zrobiliśmy.
Taka szara rzeczywistość —ale nie brakuje w niej optymistycznych akcentów. Zrealizowano sporo ciekawych przedsięwzięć, a kolejne zakłady rozbudowują się i zwiększają potencjał produkcyjny.
Święta Bożego Narodzenia, Sylwester —to wszystko wprowadza nas w optymistyczny nastrój. Naturalne jest, że chcemy podzielić się swoim radosnym nastrojem z innymi —z rodziną, ze znajomymi, ale też z naszymi klientami. Czego sobie przeważnie życzymy? Zwykle: zdrowia i sukcesów. Wspominając poprzedni rok przypomnijmy sobie wszystkie te zdarzenia, kiedy dostawaliśmy białej gorączki —bo ktoś nie zapłacił na czas, bo przysłał nie tak dobry materiał jak zamawialiśmy, bo opóźnił dostawę. Ale wspom-nijmy też i nasze błędy —kiedy to my nie płaciliśmy w terminie, jakąś robotę wykonaliśmy z opóźnieniem lub z wadami. Wtedy to naszych klientów bolała głowa, a czasem tętno wzrastało do poziomu nieakceptowanego przez lekarza.
Te same powody czasem blokowały możliwość osiągania sukcesów. Zatem, życząc zdrowia i sukcesów, zróbmy najpierw rachunek sumienia, a życzeniom niech towarzyszy wewnętrzne postanowienie poprawy.
W najbliższych dniach będziemy chcieli też obdarowywać rodzinę i znajomych upominkami. Na naszych celownikach znajdą się również i nasi najważniejsi klienci. To dość trudne zadanie, bo zwykle chcemy takie upominki dla klientów zamówić jednorazowo —żeby nie powiedzieć masowo —a upodobania ludzi są przecież różne. Niestety, dość często kończy się na tradycyjnych gadżetach reklamowych, z których część można nazwać wymyślonym kiedyś określeniem „durno-stojki”. Jakiś przycisk do papieru, zegarek stołowy czy bombka na choinkę... i to obowiązkowo z umieszczonym logiem darczyńcy. Listę takich podarunków każdy może rozbudować o to, co znajdzie w piwnicy, magazynku i tym podobnych miejscach.
To dziwne, że ulegamy producentom upominków oferującym coraz bardziej idiotyczne przedmioty mające być podarunkami świątecznymi. Przykładów można znaleźć bez liku. Z ostatnich jakie widziałem: klawiatura do komputera bez oznakowanych klawiszy czy samochodowy podgrzewacz do kanapek. Rekordowa propozycja to karma dla reniferów —podobno o oryginalnym smaku —przygotowana tak, aby była nieszkodliwa dla ludzi. W ten sposób każdy może poczuć się jak renifer. Takie przedmioty w otoczeniu już po kilku dniach nie cieszą —wręcz denerwują —a skojarzenie z logiem naszej firmy może okazać się marną reklamą.
W ramach okazywania przyjaźni kiedyś mnie spotkała dość zabawna sytuacja. Jeden z kamieniarzy, podczas wieczornego bankietu, chcąc dowieść swojej sympatii, stwierdził: „Darek, ale nagrobek to masz u mnie gratis”. Raczej nie uda mi się sprawdzić czy dotrzyma obietnicy.
Najprzyjemniejsze upominki to te wybierane dla konkretnych osób. Może zamiast masowej wysyłki długopisów, czy t-shirtów z logiem, uhonorować upominkami wąskie grono tych, dla których potrafimy kupić coś, co ich naprawdę ucieszy. Jeśli nie wiemy co obdarowanego ucieszy, to znaczy, że nie jest dla nas tak ważny, jak nam się wydaje.
Kończę, bo do drzwi dzwoni kurier - ma dla mnie przesyłkę. Mam nadzieję, że to nie upominek od jakiejś zaprzyjaźnionej firmy w postaci krawatu z reniferem i logiem.
Posiłkując się słownikiem języka hiszpańskiego: wyraz manana tłumaczyć można jako: rano, poranek, jutro, przyszłość. Wyraz ten zaistniał również w slangu kolegów noszących ubrania sportowe o niezliczonej ilości pasków —wiele razy słyszałem z ich ust coś o „odp...niu maniany”. Owi koledzy, często kończą/-yli z takim bądź innym paragrafem w miejscu odosobnienia zwanym więzieniem. Nie wiem, czy zawiodło ich tam robienie maniany, ale mam nadzieję, że ktoś kiedyś trafi tam za robienie jej w naszej branży.
W Warszawie dzieje się kamieniarsko sporo, zarówno w zakresie robót małych jak i dużych. Wystarczy choćby wspomnieć o Bulwarach Wiślanych i metrze. Dzieje się, więc sporo również samozwańców —speców od wszystkiego i niczego, którzy po pytaniu klienta na temat kamienia, okazują się kamieniarzami z dziada pradziada z co najmniej dwudziestoletnim stażem. I tu pojawia się „odstawianie maniany”, czyli klasycznej fuszerki niewiele z dobrze zrobioną robotą mającej wspólnego.
Możecie wierzyć lub nie, ale wszystkie wymienione poniżej przypadki, to zderzenie z rzeczywistością w przeciągu niepełnych dwóch tygodni.
Mistrzowie schodów —montażyści
Zadzwonił do mnie dwa dni temu kolega z pytaniem, czy wiem na co można zamontować schody zewnętrzne. Demontował je u klienta, ponieważ zaczęły odpadać podstopnie. Przy okazji zajrzał więc również pod trepy. Nie zgadłem. Ktoś zamontował je na wysoko rozprężną piankę montażową. Nie, nie uzupełnił (co i tak wskazywałoby na specyficzne poczucie humoru) —oprócz pianki nie było tam nic innego. Nawet nie można przypuszczać, że zaprawy były, ale zostały wypłukane, ponieważ montaż odbył się niedawno.
Mistrzowie elewacji x2
Ten sam kolega, tego samego dnia zapytał mnie, jaki mam pomysł odnośnie zamontowania „dzikówki” z piaskowca na ścianie. Powiedział, że to pomysł jeszcze grubszy niż schody. Nawet nie próbowałem, poddałem się od razu. Okazało się, iż część ze ścian przyklejona została na... farbę.
Parę dni wcześniej i mojej firmie trafił się demontaż na obiekcie państwowym. W naszym przypadku mistrzowie elewacji zamontowali ściany przy pomocy, uwaga:
—dwóch bombek kleju na płytę,
—pianki wysoko rozprężnej (SIC!),
—malutkiego aluminiowego podparapetnika na górze i dole płyty, który został zamontowany do ściany przy pomocy dwóch kołków rozporowych „szóstek” —do płyty podparapetników zamocowali takim samym jednym kołkiem rozporowym.
Dodam tylko, że płyta z piaskowca miała wymiar 140 x 50 x 4 cm, na każdą z płyt przypadły dwa kołki (jeden góra, drugi dół), płyty były odstawione od ściany o dwa centymetry —— przemyślcie Państwo jak genialną rolę odgrywała tu wpuszczona między płytę a ścianę pianka! Tylko część płyt udało się zagruntować, malowanej ściany już nie. Ach, zapomniano również o jakichkolwiek, lichych choćby, odciągach na samej górze ściany (kołeczka nie było również). ...więc płyta z samej góry postanowiła spaść. Na szczęście zaklinowała się, dzięki podwieszonemu sufitowi.
Mistrzowie brukarze
Centrum miasta. Kostka, Strzegom, 4/6. Brukarz przez olbrzymie „be”, z młotkiem ślusarskim dobija jedną kostkę trzema uderzeniami wyprowadzonymi z wysokości około 10 do 15 cm znad poziomu kostki. Uciekłem.
Nie mam lęków, w zasadzie nawet lubię chodzić do dentysty (choć lekarzy staram się omijać szerokim łukiem —pójdzie człek zdrowy, a oni coś zawsze znajdą). Może jest to spowodowane tym, że po poszukiwaniach trafiłem na dobrego fachowca. Zawsze jednak, kiedy siedzę u niego w poczekalni, zastanawiam się, że kiedyś mogę nie mieć farta i trafić na takiego dentystę/lekarza, na jakich kamieniarzy ludzie często trafiają. Strach się bać, drodzy Państwo, jaką manianę mi na zębie, albo i nerce, odstawi...
Każdy z nas (siebie również wybielać nie mam zamiaru) w życiu zawodowym poszedł na skróty i tytułową manianę odstawił. Ciężki klient, zmęczenie, chęć szybszego zakończenia pracy albo presja obniżenia kosztów lub, co gorsza, kar umownych. Sam się człowiek przed samym sobą wybielił i postarał o niej zapomnieć. Niestety, można również przekroczyć granicę między manianą, a kryminałem.
I wtedy mogą zacząć się problemy. Na początku jak człowiek obejrzy taką robotę lub o niej posłucha, jest może przez chwilę śmiesznie. Ale już za chwilę wieje grozą: o ile jeszcze chodzi jedynie o pieniądze (klient musi wykonać coś ponownie), pal go sześć! Choć za to również oczywiście powinno się odpowiedzieć. Gorzej, gdy w grę wchodzi życie ludzkie, a komuś na głowę spadnie płyta elewacyjna, ponieważ ktoś zamontował ją nie w zgodzie ze sztuką, normami i zdrowym rozsądkiem.
Szanujmy się i piętnujmy głupotę. Łapmy idiotów za ręce i pokazujmy ich palcami, aby nikomu krzywdy nie mogli zrobić. Nie tylko tych kamieniarskich, ale wszystkich. Może wtedy nie będziemy się musieli zastanawiać i bać, że skoro zepsuliśmy taras dentyście, dentysta w ramach zemsty wyrwie nam kilka zdrowych zębów.
Jak zawsze sobie i wszystkim tego życzę.

W ostatnim czasie sporo osób pytało mnie co z targami - gdzie jechać, które odwiedzić. Odpowiadałem co myślę. Właśnie z tego powodu postanowiłem napisać tym razem felieton o tych targowych rozterkach.
Znajomy przez lata jeździł toyotą. To było pewne auto - nie psuło się i zawsze dowoziło go do celu. Ale w końcu przyszedł czas na zmianę. Kupił inną markę. Auto było piękne, ale pro-blemów dostarczało multum. Awaria skrzyni biegów, cieknąca chłodnica itd. - w ciągu roku pięciokrotnie wrócił z trasy na lawecie. Sprzedał nieszczęsne cudeńko i nie kupił nowszego modelu tej firmy, chociaż nowy model wyglądał rewelacyjnie — wrócił do toyoty. Taką sytuację mamy obecnie z targami. W tym roku odbędą się dwie imprezy i wszyscy łamią sobie głowę co robić.
Warto, w kontekście zamieszania, przypomnieć nieco historię targów. Nie chodzi mi o dokładne analizowanie lat, miejsc czy liczby wystawców. To będzie raczej moje wspomnienie tego, co zobaczyłem i zapamiętałem jako uczestnik targów.
Mój „pierwszy raz” miał miejsce w osławionym Wałbrzychu (chociaż pierwsza kamieniarska impreza zorganizowana została w Jaworze w 1991 roku). Oczywiście większość pamiętających tamte czasy wspomina tragiczne warunki wystawiennicze, fatalny, jedyny w mieście, hotel „Sudety”, ale z drugiej strony wszyscy pamiętają kapitalną atmosferę. Mówi się, że z czasem złe wspomnienia wypieramy i pozostają tylko te dobre. Pewnie dlatego do dziś hasło Wałbrzych wywołuje na twarzach uśmiech.
Pamiętam jak dziś ile było radości, ale i obaw przed przenosinami do Wrocławia w 2000 roku. Targi z roku na rok były coraz większe i odwiedzało je coraz więcej zwiedzających. Uczestnicy nauczyli się Wrocławia i poznali zalety tego miasta. Wieczorami Wrocław zawsze tętnił życiem i wystawcy ze zwiedzającymi do dziś mają okazję do wspominania wieczornych spotkań.
Niestety, Hala Stulecia nie chciała rosnąć. Podnosiło się coraz więcej głosów, że trzeba coś zmienić, bo dostawianie kolejnych pawilonów nie poprawia sytuacji. Jest, co prawda, większa powierzchnia, ale warunki są nienajlepsze i raczej nie przystają do czasów. Narzekano też na samą halę, w której warunki były jak w obiekcie zabytkowym (którym poniekąd Hala Stulecia jest).
Tę sytuację wykorzystały Międzynarodowe Targi Poznańskie —duży i doświadczony organizator targów. I zaproponowały zorganizowanie imprezy w stolicy Wielkopolski. I tak w 2008 roku mieliśmy problem, bowiem jesienne targi odbywały się i we Wrocławiu i w Poznaniu. W następnym roku, wobec mizernej pierwszej edycji, poznańskiej MTP podpisało umowę z Geoservice-Christi i tak w 2009 roku była już jedna impreza organizowana przez dwie firmy w Poznaniu. Faktycznie, warunki wystawiennicze w Poznaniu były rewelacyjne. Niestety, nie same zalety miała poznańska impreza. Okazało się, że koszty udziału w targach wzrastają, a system funkcjonowania organizacji oparty o współpracujące firmy zewnętrzne był denerwujący - ze zdziwieniem wystawcy odbierali kolejne faktury: za zamontowanie oświetlenia, wody, za sprzątanie, za ściągnięcie maszyny z samochodu, za wstawienia maszyny na stoisko itd.
Pierwsze 2 lata to był niewątpliwie rozwój - przybywało wystawców.
Oceniając targi zawsze patrzę jednak bardziej na liczbę zwiedzających (takich z grupy oczekiwanej przez wystawców), bo w końcu to dla zwiedzających wystawcy ponoszą koszty, a nie dla pokazania się konkurencji. Niestety, dość szybko okazało się, że wzrost liczby zwiedzających jest dużo mniejszy. A liczba zwiedzających z Dolnego Śląska była znikoma, choć to przecież w kamieniarstwie kluczowy region. Trudno powiedzieć dlaczego. Myślę, że znaczącą przyczyną był fakt, że luksusowe warunki (czytaj: duże przestrzenie) nie sprzyjały atmosferze spotkania branży. Miasto też nie okazało się tak atrakcyjne jak Wrocław. Ludzie wieczorami rozpraszali się po mieście i takich spotkań jak we Wrocławiu już nie było. Targi zaczęły się kurczyć. Faktem jest, że jedną z przyczyn był kryzys ekonomiczny jaki nastał, ale spadki statystyk targowych były znacznie większe, niż spadki statystyk ekonomicznych w naszym kraju.
Kiedy w zeszłym roku byłem na targach w Poznaniu naszła mnie taka myśl, że w takim wymiarze targi mogłyby odbywać się we Wrocławiu. Tym bardziej, że Hala Stulecia została wyremontowana. Pewnie, że nawet po remoncie pod względem warunków nie może konkurować z obiektem poznańskim, ale… Może udać się przywrócić tę atmosferę, jaka towarzyszyła nam na Dolnym Śląsku.
Tymczasem tuż po zeszłorocznej edycji MTP wypowiedziało Geoservice-Christi umowę i poniekąd wymusiło powrót targów KAMIEŃ do Wrocławia.
Wiele osób uważa, że nie należy wracać do tego, co było. Tym bardziej, że warunki w Poznaniu są lepsze. Niby tak, tylko powstaje pytanie, czy kupując wczasy skusimy się na bardzo luksusowy hotel położony daleko od plaży i od tętniącego życiem kurortu, czy jednak wybierzemy mniejszy, ale ulokowany w sercu interesującego miasta i przy plaży.
Ja osobiście wolę z plaży wpaść na moment do pokoju, narzucić coś na siebie i spacerkiem podejść do kapitalnego pubu na rogu - nawet jeśli w hotelu obsługa nie chodzi w pełnej liberii.

Codziennością w mojej pozazawodowej pasji - nurkowaniu - jest konieczność posługiwania się specyficzną formą komunikacji. Pod wodą trudno rozmawiać w sposób tradycyjny - pozostają tylko ręce. W tym zakresie na całym świecie przyjęto pewien podstawowy zestaw gestów. Może nie jest to zaawansowana forma wymiany informacji, ale, przy założeniu z popularnego skeczu kabaretowego, „nie gadamy, nurkujemy” - wystarcza. Nurkowanie, nawet najdłuższe, kończy się po 60-70 minutach. I wtedy, po wyjściu z wody, wszyscy rozmawiają dzieląc się uwagami i omawiając nurkowanie.
Jestem gadułą. Nie chciałbym, aby w życiu i w codziennej pracy ludzie używający (mam nadzieję) wyróżniającego nas w świecie organicznym organu - zwanego mózgiem - zamieniali skomplikowane procesy jakie w nim zachodzą na proste gesty w stylu: „mam problem”, „nie mam powietrza”, „do góry”, „wolniej” itp. Obawiam się, że upowszechnienie takiej komunikacji, po 2-3 pokoleniach spowoduje, że same procesy myślowe będą w formie podobne do sms-a. Trudno będzie wtedy znaleźć wśród całej populacji następców Einsteina.
Niestety łatwo zauważyć, że takie skrócone systemy komunikacyjne opanowują nasze życie i pracę.
Moim zdaniem wszystko zaczęło się od telefonów komórkowych, a dokładnie ich specjalnej funkcjonalności jaką są sms-y. Pisanie na małej klawiaturze nie jest ani łatwe, ani szybkie, dlatego trudno się dziwić, że informacje przekazywane tą drogą są mało rozbudowane.
Swoją drogą obecna popularność sms-ów jest zadziwiająca. Wprawdzie pierwszy sms został wysłany przez pracownika Vodafonu w grudniu 1992 roku i były to życzenia świąteczne dla kolegów, ale z założenia sms-y miały służyć operatorom sieci komórkowych do przesyłania klientom komunikatów.
Potem pojawił się Facebook i słynne „Lubię to” - na dodatek sprowadzone do piktogramu.
Ciekawe, że na potrzeby internetu i sms-ów powstał zestaw symboli często mających przekazać odbiorcy emocje (emotikony) - tyle że jest ich może 100, a może 200. A porównując to do znanej oceny, że aby komunikować się w obcym języku trzeba znać minimum 2000 słów - można wpaść w przerażenie w jakim kierunku zmierza cywilizacja.
Te myśli naszły mnie, gdy odwiedzając kiedyś zakład kamieniarski widziałem, że jego szef (młody człowiek z pokolenia Facebook’a) nie tolerował żadnych dyskusji z pracownikami. W zasadzie oczekiwał tylko komunikatu typu „Lubię to”. Brak tolerowania szerszej komunikacji to niestety prosta droga do strat.
W przytoczonym przykładzie pracownik chciał powiedzieć, że zauważył w materiale sztych i jak będzie go ciął tak jak kazał szef, to płyta pewnie pęknie, ale zgodnie z zaleceniem powiedział „tak jest” (lubię to) no i ... płyta trzasnęła. Szkoda, bo gdyby wykorzystać ją do wycięcia mniejszych elementów nie byłoby strat.
Dyktatorskie zapędy i blokowanie dyskusji z pracownikami to w gruncie rzeczy blokowanie rozwoju firmy. Nawet jeśli jesteśmy super-fachowcami, to czasem się mylimy i wysłuchiwanie opinii innych może uchronić nas przed wieloma błędami.
W zasadzie w tym modelu można by zgodnie z zasadami bhp wyposażyć pracowników w kaski z zieloną lampką (oznaczającą „lubię to”) i nawet pominąć słowny komunikat „tak jest”. W wersji rozbudowanej: 3 lampki —dodatkowo żółta (później, bo mam inną robotę) i czerwona (”sie-nie-da”).
Okrojona komunikacja bywa czasem zabawna - kiedyś pewien człowiek chciał dać w gazecie ogłoszenie o śmierci teściowej - ale tanio. Usłyszał, że najtaniej to będzie 6 słów. Przemyślał i kazał napisać - „Jagna Kwiatek nie żyje”. Przyjmujący zamówienie podpowiedział, że ma 6 słów, a to są tylko 4. Po przemyśleniu podał treść ogłoszenia: „Jagna Kwiatek nie żyje. Sprzedam Opla.”
Po prawdzie to lubię Facebook’a i wysyłam sms-y, ale staram się nie ograniczać komunikacji z ludźmi do obrazka z uniesionym kciukiem i uśmiechniętej buźki, czego i Wam życzę.
Zima chyba postanowiła być normalna i pozwoli
na rozpoczęcie sezonu wcześniej. Końca Kryzysu,
pisanego przez duże K, wciąż nie ogłoszono, ale nadstawiając
ucho w różnych miejscach da się słyszeć,
że bieżący rok ma być dla całej branży budowlanej
nieco łaskawszy i zaoferować nam nieco więcej pracy.
Mam również nadzieję, że oprócz ilości zleceń, poprawią
się również budżety budów (i planowanie),
na których przyjdzie nam pracować. A wielkie założenia,
stanowiące podstawy naszych wycen, będą realizowane,
nie tylko w kratkach arkuszy kalkulacyjnych.
Tak zwana wykończeniówka, do której szerokiego spektrum należymy, potrafi być frustrująca i wykańczająca. Już taki nasz los. Powodów wiele – palców, by je wymienić, nie starczy. Ale wszystkie kończą się brakiem tego co nas kręci i podnieca, a znajduje się w kasie. Ustawiamy się więc grzecznie, jak w wierszu Tuwima, w kolejce za babcią, dziadkiem i wszystkimi innymi i grzecznie ciągniemy rzepkę razem z nimi – dla słusznej sprawy – licząc, że jak ją wyciągniemy, to jakiś kawałek, choćby niewielki, nam też przypadnie.
Początki
Często są piękne (choć w budowlance to nie
reguła – kataklizmy potrafią się wydarzyć zanim rozpoczną się prace – do tragedii wystarczy dobry
projekt): budżet, pompa, kamienie węgielne i wielkie
planów arkusze. Potem małe, zielone listki uciekają
z kasy na tony stali, betonu i setki innych rzeczy
i działań, często równie sensownych jak wizyta
naszego premiera w Nigerii bądź Peru. Kilka miesięcy
później, budowa powoli ma się ku końcowi,
przychodzi czas na kamieniarzy (oczywiście nie tylko
– nie jesteśmy jedynymi Tantalami budowlanki):
posadzki, elewacje, gzymsy i inne cuda z kamienia.
Kasa pustawa, zaczyna się oszczędzanie! Wygląd
rzepki staje się coraz mniej atrakcyjny – bulwa jakoś
murszeje i kurczy się...
Oszczędzamy, oszczędzamy i... oszczędzamy!
Wycena pół roku wcześniej: kashmiry, gabra
z Indii, Giallo Veneziano – rodzajów obróbek nie wymieniam. Teraz realia budowy: G603 (pod jakąś
wdzięczną nazwą) lub G682 (pod nazwą jeszcze
bardziej wdzięczną). Gdzieś trzeba ciąć koszty –
czemu więc nie zaoszczędzić na kamieniu? Zaczynają
się cięcia budżetowe godne rządzących
naszym krajem.Niestety, tak jak i w ministerialnych
gabinetach, cięcia nie dotyczą użytkowników gabinetów,
lecz raczej maluczkich z samego końca.
Na budowie podobnie: lepiej będzie jeśli po
głowie dostanie końcówka kolejki ciągnącej za
rzepkę. A końcówka, to między innymi dostawca
i/lub montażysta kamienia.
Przydałby się jeszcze ktoś na przyczepkę!
Architekt jakoś to przełknął – układamy
„chińczyka”. Trzeba było „przygiąć z krzyża”, pieniędzy
za dużo nie było, ale jakoś damy radę.
Niestety, przeważnie oczekiwania zamawiającego
są niewspółmierne do ceny. Zaczynają się problemy:
tu plamka, tam wyszczypek, tam zaś
sztrabik. Protokół usterkowy ma grubość co
najmniej pierwszej części „Potopu”. Rzepki, zza
pleców przed nami stojącego, widać coraz mniej,
choć i tak była licha. Na dodatek wygląda, jakby
ktoś przyłączył się do ciągnięcia, wciskając się
kilka osób przed nami. Prawdopodobnie
przyjdzie obejść się smakiem...
Pobożne życzenia
Wiem, że to niemożliwe, ale życzę wszystkim,
żeby pojawiło się rzetelne planowanie, a generalni
wykonawcy nie byli permanentnie zaskoczeni kosztami na budowie, niczym drogowcy atakiem
zimy. Mam nadzieję, że kiedyś to nasze wyciąganie
rzepy, jeśli robimy to uczciwie i w tym
kierunku co wszyscy, będzie przynosiło nam nie
tylko godne pieniądze, ale i satysfakcję
wykonanej pracy, która była ciekawa i unikalna.
Nie zaś problemy i podziwianie rzepki z odległej
perspektywy – w dodatku w momencie kiedy jest
konsumowana przez innych. Tego życzę!
Nie życzę zaś...
Ciągniemy razem ze wszystkimi, ale ci wszyscy
przed nami jak szarpną, to się wywalą. Na nas.
A tego ani Wam, ani sobie nie życzę...