Felietony

Zróbmy sobie „selfie”

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: środa, 04 listopada 2015 09:00

Od pewnego czasu panuje moda na robienie sobie zdjęć popularnie nazywanych „selfie”. To nic innego jak robienie zdjęć samemu sobie z wyciągniętej ręki. Szczerze mówiąc, nie do końca rozumiem tę modę. W końcu, jeśli chcę siebie zobaczyć, to wystarczy, że spojrzę w lustro. Uwiecznianie dla potomnych takiego odbicia, to, jakby na to nie patrzeć, objaw egocentryzmu.

Chyba ciekawsze jest zobaczenie własnej podobizny, zrobionej przez kogoś innego. Można wtedy dopatrywać się w gotowym zdjęciu tego, jak nas widzą inni. Dlaczego? Bo kiedy decydują się nacisnąć spust migawki, to zasadniczo robią to zwykle w momencie , w którym uznają , że wyglądamy prawdziwie. „Selfie” ludzie zwykle powtarzają wielokrotnie – dopóki nie uznają, że wyglądają dobrze.
Jeśli już robić „selfie”, to tylko jeden raz – bez powtórzeń i szukania wersji niczym rozkapryszony(a) model(ka). Wtedy jest szansa zobaczyć swoje prawdziwe odbicie.

„Selfie” przyszło mi na myśl, gdy uświadomiłem sobie zbliżający się koniec roku. Czas, który sprzyja przyglądaniu się własnym działaniom, czyli podsumowaniom i wyciąganiu wniosków. Ot, takie wielowymiarowe „selfie”.

Niestety, wiele osób działających w branży chce swoje dokonania widzieć jak dobrze wybrane „selfie” – trzeba znaleźć te, na którym według siebie wyglądam najlepiej. Przykładów nie brakuje.
Kiedy zrobiliśmy niezbyt trafioną inwestycję – na przykład zakup waterjeta, na którym przez pół roku wycięliśmy dwa koniki (jeden dla marudnego klienta, drugi dla teścia), koniczynkę (dla teściowej) oraz fikuśną półeczkę (do własnego garażu) – oceniamy ją jako doskonałą, bo wzrósł nam potencjał produkcyjny.

Gdy zwolniliśmy pracownika, który najwięcej kosztował, cieszymy się z obniżenia wydatków. Przy okazji zapominamy, że zwolniony pracownik potrafił najwięcej i ostatnie zlecenie zrealizowaliśmy po terminie, a kara umowna stanowiła równowartość półrocznej pensji tego pracownika.

Okazyjnie kupiona używana boczkarka, w rozliczeniu dokonań roku, oczywiście będzie sukcesem – chociaż serwis wzywaliśmy kilkanaście razy i pracowała połowę czasu, jaki mogłaby pracować nowa.
Inny przykład to zrealizowane prace. Na zdjęciach wyglądają rewelacyjnie, a nawet prestiżowo – więc zaliczamy je do sukcesów, chociaż wykonaliśmy je po kosztach i w kieszeni nie zostało nic.

Tak oceniając kolejne składowe dochodzimy jednak do brutalnego podsumowania księgowego– zysk za poprzedni okres był o połowę niższy, niż w poprzednim roku.Nie szkodzi. W poszukiwaniu najlepszego „selfie”, kiepskimi efektami obarczamy rynek, konkurencję, która zaniża ceny i rosnące koszty zakupów materiałów i narzędzi. I tak z własnej próżności, nie zauważamy tego, co można poprawić i jak pokierować firmę lepiej niż dotychczas.

Na szczęście czasem ktoś nam zrobi prawdziwe zdjęcie. Na przykład przez przypadek usłyszymy rozmowę pracowników, któr zy nieparlamentarnie ocenią zakup waterjeta czy boczkarki oraz wspomną zdolnego kolegę, który teraz pracuje u konkurencji.

Namawiam do robienia „selfie” ze swoich dokonań, ale niech ono będzie takie z głupią miną i zezem – jak się mu dobrze przyjrzymy, to może, na co dzień zrezygnujemy z głupich grymasów na twarzy i patrzeć będziemy na wprost. A może za rok, kiedy znów przyjdzie czas podsumowań, przypadkiem „strzelone selfie” da nam powody do zadowolenia, bo będziemy na nim wyglądać jak James Bond biznesu.

przeczytaj cały artykuł

Czekając na Ghandiego

Autor: Jarek Mirowski   |   Data publikacji: środa, 26 sierpnia 2015 07:38

Opowieść   zasłyszana   od   dobrego   znajomego na ostatnim spotkaniu: klient, u którego pracuje, odkrył, że  architekt,   który  zaprojektował   wszystkie   wnętrza, postanowił  dodać  sobie  300%  do  wartości  kamienia. Z innymi elementami wykończeniowymi było podobnie... Niedawno  – jak  bumerang  – po  raz  sto  pięćdziesiąty pojawił się na jednej z budów człowiek, który oszukał pół Warszawy i okolic oraz doprowadził do zamknięcia dwóch firm.  Krąży  również  plotka,  że  doprowadził   jednego ze  swoich  kontrahentów  do  samobójstwa.  Oczywiście, udało mu się „złapać” kolejny kontrakt.

Good friends we have, good friends we've lost, along the way

Większości z nas zdarzyło się potknąć – te kilka osób, którym się to nie przytrafiło, to zapewne chodzące ideały. Klient mógł być regularnym wariatem, hurtownia zawaliła, zawalił dostawca kotew bądź ktokolwiek inny z nami na czele. Jak to mawiają anglojęzyczni: „sh*t happens”. Ktoś mógł się przez nas poczuć oszukany. Przypadek przypadkiem. Gorzej kiedy jest to w pełni świadome i to ze wszech stron otaczające nas „przewalanie”, które wejdzie w krew i stanie się sposobem na zarabianie pieniędzy. Najgorzej zaś, gdy taki
„kolega” z branży stanie na naszej drodze i zdarzy nam się z nim zrobić biznes życia.

W pewien sposób jest to fascynujące

...jak tego właśnie typu ludzie radzą sobie w naszej budowlanej rzeczywistości. Pierwsza robota zrobiona jako tako, później druga, w trzeciej też coś nie zagrało, a przy okazji czwartej po wzięciu zaliczki, przytrafiło mu się zniknąć. Mija rok, może troszkę więcej, człowiek pojawia się pod nowym szyldem, często z nowym wspólnikiem (bądź też szefem) i historia się powtarza.
Tyle, że tym razem w pokonanym polu pozostaje z klientem (finalnym, bądź też jakimś generalnym wykonawcą) człowiek, który robił z naszą gwiazdą interes życia. A potem kolejna budowa i kolejny szefowspólnik. I tak
„ad infinitum, ad absurdum...”

Transakcja typu „win – win”

Choć nazwa wydaje się podejrzana, istnieje coś takiego! Najkrócej i najłatwiej opisać możemy ją jako transakcję, z której wszyscy wychodzimy szczęśliwi i usatysfakcjonowani. Jest to pojęcie zupełnie obce istocie przywoływanej przeze mnie powyżej. W jego działaniach zwycięzca może być tylko jeden.

Przetarg państwowy

Wartość prac – według większości, która złożyła oferty – około 1,5 miliona złotych. Jeden szaleniec daje cenę sześćset tysięcy złotych. Robota niemożliwa do zrealizowania, koszty są większe. Pal diabli, jak się pomylił. Wtedy po prostu kolejna istota nie radząca sobie z liczeniem wróci na łono ludzi bez kasy i pracy. Często jednak cena taka jest dawana świadomie, a wygrywa kontrakt krętacz, który w punkcie wyjścia zakłada: nie zapłacę dostawcy, firmie od rusztowań, ludziom etc. Albo wszystkim.

Do jednego razu sztuka

Przekręt powinien być sztuką do jednego razu, nie trzech. Po tej przysłowiowej próbie, nakarmienia się przy pomocy chochli, powinny zarówno wystąpić objawy przejedzenia (z wymiotami włącznie), jak i odstawienie od stołu na lat kilkanaście (w sytuacji idealnej – na zawsze). Miejmy nadzieję , że przyjdzie taki czas, gdy problemy będą się przytrafiać, a nie będą stałym elementem firmowej egzystencji. Niestety, dopóki rządzić będzie tylko cena, a szeroko rozumiani klienci przystawać będą na ceny z założenia nierealne – jak w przytoczonym przeze mnie przykładzie – o zmiany będzie ciężko.

„Bądź zmianą, której pragniesz w świecie”

Na początek trzeba będzie pewnie zacząć od siebie i próbować podążać za wyżej powołanymi słowami Mahatmy Ghandiego. Może , jak wsłuchamy się w nie wszyscy i zaczniemy tępić pewne postępowania, coś z tego wyjdzie.

Wracając do fascynacji

Jak wspomniałem, fascynuje mnie w pewien sposób to jak ci „biznesmeni” radzą sobie w naszym budowlanym świecie. Ale jeszcze bardziej fascynuje mnie fakt, że nikt im nigdy, tak po prostu, odruchowo, zwyczajnie i po ludzku nie dał w mordę.
Choć z tego Ghandi zapewne nie byłby dumny...

przeczytaj cały artykuł

Na czterech łapach

Autor: Chivas   |   Data publikacji: środa, 26 sierpnia 2015 07:28

chivas1

Nazywam się Chivas, a dokładnie Chivas Make Me Strong. Jestem psem rasy Bearded Collie i od dzieciństwa w moim życiu obecne jest kamieniarstwo. To za sprawą mojego Pana, pana Darka, który całymi dniami siedzi przed komputerem lub rozmawia przez telefon. Leżę obok i patrzę na obrazki w komputerze. Zwykle to jakieś budynki, nagrobki lub kolorowe wzorki. Te ostatnie, jak się połapałem, to zdjęcia kamieni – nawet ładne niektóre.

Jak dla mnie kamienie są ciekawe, zwłaszcza teraz, kiedy są upały. Można na takim poleżeć – i chociaż twardo, to chłodzi przyjemnie. Dla Pana to coś więcej, bo strasznie się ekscytuje jak dostanie od kogoś zdjęcie jakiegoś nowego kamienia. Ostatnio mówił, że jakoś mniej tych zdjęć dostaje. Podobno firmy boją się ryzykować importu nowości – wolą tylko sprawdzone kamienie, które wszyscy już znają.
Po mojemu to źle myślą. Jak ja nauczyłem się podawać łapę, to miałem większe od kumpli powodzenie na podwórku. Więcej ludzi chciało mnie głaskać, a jeden nawet dał mi kawałek kiełbasy. Może gdyby ktoś miał nowości, to też dostałby jakiś kawałek kiełbasy?

Niektórzy związani z branżą kamieniarską mieli mnie okazję poznać – byłem z Panem na Dniach Granitu Strzegomskiego. Było fajnie, bo sporo ludzi chciało mnie głaskać, a ja to lubię. Były jakieś biegi – nawet też chciałem pobiec, ale podobno nie wolno. Spacerowałem z Panem i trochę dziwiło mnie, że Pan mówił, że Strzegom to stolica kamieniarstwa, a przecież tych namiotów z kamieniami nie było zbyt dużo. Za to taki jeden – gdzie pachniało kiełbasą – był oblężony. To pewnie ci, co przyszli zobaczyć kamienie, ale – jak ja – obeszli wszystko szybko i – tak, jak mnie – węch zaprowadził pod ten namiot. Zresztą namiotów bez kamieni było więcej – może to stolica nie kamieniarstwa, tylko kiełbasy? Jeśli tak, to chcę być na każdym święcie granitu.

Dla mnie cała ta sprawa kamieniarstwa ma też inny wymiar. Chodzę na spacery po mieście i widzę, chyba lepiej od ludzi, jak ułożona jest kostka. Niestety równo to nie jest – zaczepiam łapami i już nie raz złamałem pazur. A chyba można lepiej, bo czasem taki plac wyłożony granitową kostką aż zaprasza do pobiegania.

W Strzegomiu poznałem jedną fajną suczkę,owczarzycę. Powiedziała, że pracuje w zakładzie kamieniarskim – pilnuje zakładu. Narzekała, że strasznie dużo kurzu wylatuje z hali. Ale pracownicy nie mają ochrony i pracują, to nie łudzi się, żeby jej mogło być lepiej. Poza tym narzekała na bałagan i śmiała się, że mi krzywa kostka brukowa przeszkadza. U niej w pracy wszędzie złom i gruz. Opowiadała, że w zeszłym miesiącu ktoś się chciał włamać i jak go goniła, to skręciła łapę na połamanym slabie, który leżał na środku placu.

Ja też z Panem niedawno byłem w takim zakładzie. Mnie gospodarz dał michę z wodą, ale widziałem, że pracownicy misek z wodą nie mieli. Nawet jeden poszedł do sklepu, żeby kupić. Reszta, zamiast pracować, stała tam gdzie ja – w cieniu hali – i coś głośno mówiła na szefa. Chyba brzydko. Ja osobiście nie gryzę – ale tym ludziom niewiele brakuje.
W zakładzie poza pracownikami byli klienci. To też ciekawe – chodzili po placu i oglądali kamienie. W końcu stwierdzili, że wszystkie brudne i nie można zobaczyć jak wyglądają naprawdę. Pojechali więc gdzie indziej.

Jak znowu uda mi się dorwać do komputera to założę sobie konto na Facebooku. Podpatrywałem – wygląda ciekawie. Można się sporo dowiedzieć, a – jak mówi Pan – nie wszyscy doceniają taką komunikację. Jak poszczekam na podwórku, to usłyszy mnie tylko paru znajomych – jak na Facebooku pokażę nową sztuczkę, to polubi mnie kilka tysięcy osób. Może ktoś wyśle mi jakiś smakołyk?

Kamieniarzy zapraszam na profil facebookowy Kuriera Kamieniarskiego – to moi znajomi i bardzo życzliwi goście. Obiecali, że jak tylko założę swój profil, to oni go podlinkują. Nie wiem, co to znaczy, ale chyba chodziło im o to, że zrobią dla mnie taką specjalną smycz, na końcu której ja będę.

chivas2.jpg 

Ja na rynku w Strzegomiu :)

 

przeczytaj cały artykuł

Technologia vs. człowiek

Autor: Jarek Mirowski   |   Data publikacji: piątek, 19 czerwca 2015 19:10

mirowski1.jpg

Niedawnymi czasy w sieci pojawiła się informacja na temat drukowania (słowo „zbudowania” byłoby chyba w tym miejscu nieodpowiednie) przez firmę WinSun Decoration Design Engineering z Szanghaju domu. Dokonano tego, cytując: „za pomocą ogromnej drukarki. Posiada ona aż 150 metrów długości i 6 metrów wysokości. Jak wiadomo, każda drukarka 3D wymaga ”tuszu” - w tym przypadku wykorzystano odpady z budowy... Za pomocą tej technologii w ciągu pięciu dni udało się wydrukować pięciopiętrowy budynek.

Wspomniany tusz wykonany został z kamienia naturalnego, wysokiej jakości cementu i włókna szklanego, co gwarantuje większą wytrzymałość i twardość niż standardowy beton. Ma on nie pękać, zapewniać lepszą akumulację cieplną, mniejszą nasiąkliwość oraz o połowę mniejszą wagę. Najpierw wspomnianej firmie udało się popełnić domy o dość prozaicznej budowie, później willę, a następnie wspominany powyżej pięciokondygnacyjny budynek, który bezpośrednio po wybudowaniu miał nadawać się do wykończenia i zasiedlenia. Następny w kolejności ma być budynek dwunastopiętrowy..

Drukarki 3D
Mają zrewolucjonizować otaczający nas świat. I w zasadzie powoli to robią. Przeszukując Youtube można natknąć się nie tylko na wydrukowane figurki, gwizdki, czy inne tego typu cuda wydrukowane z plastiku albo proszku gipsowego, ale również na wydrukowane elementy broni wystarczającej do oddania kilku strzałów, klucz płaski wykonany z metalu lub... ludzkie ucho wydrukowane przy pomocy polimerów i ludzkiej tkanki. To właśnie dla medycyny drukarki są olbrzymią szansą. Wspomniane ucho, sztuczne szczęki, protezy, ortezy, etc. znacznie ułatwią życie lekarzom, ale również nam, ich pacjentom.

A co tam, panie, w kamieniarce słychać?
Wracając na prawie nasze podwórko: budować przy pomocy drukarek 3D próbują również Japończycy, Amerykanie, Anglicy. Wkrótce będzie robić to pewnie połowa świata. Jak na razie wygląda to jednak wszystko na budownictwo rodem z Ikei (nikogo przy tym nie obrażając). I długo się to raczej nie zmieni. Dopóki projekt będzie prosty, problemów zapewne nie będzie. Widzę jednak oczyma wyobraźni potworki, które powstaną na bazie błędów architektów. Później trzeba i tak będzie przyjść i te głupio postawione ścianki rozwalać...
A co z kamieniem? Tego wydrukować się nie da, ale zapewne wkrótce pojawi się firma drukująca przy pomocy kompozytów. Kamieniarzom na szczęście brak pracy nie grozi.

Wystarczy spojrzeć na mozaiki bazyliki San Vitale z Ravenny
Czy możemy je wykonać aktualnie przy pomocy maszyn? Ależ oczywiście, że tak! Wykonanie ich udało się człowiekowi jednak piętnaście wieków temu... Ich wykonanie trwało oczywiście długo i wymagało wiele pracy, ale nie należy zapominać, że niektóre z nich złożone są z elementów o boku jednego centymetra!

Jak trwoga to do tworu Boga
Czyli do człowieka. Centra obróbcze, boczkarki, waterjety prace usprawnią i przyśpieszą, nigdy jednak nie zastąpią kamieniarza z jego umie-jętnościami i boskim pierwiastkiem w dłoniach. Dłoniach, dzięki którym czasem coś się uszczypie, wyszczypie, uszkodzi dodając ich tworowi ducha i odróżni maszynowy, rzemieślniczy wyrób od odrobiny ludzkiego artyzmu! Nawet biorąc pod uwagę to, że rozwój technologii następuje w postępie geometrycznym, szybko w tym fachu człowieka zastąpić się nie da.

przeczytaj cały artykuł

Kubuś Puchatek a kamieniarstwo

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: piątek, 19 czerwca 2015 19:04

Mogłoby się wydawać, że bohater znanej wszystkim bajki A. A. Milne’a Kubuś Puchatek nie może mieć nic wspólnego z kamieniarstwem. A jednak. Sporo złotych myśli pluszowego bohatera bajki ma wiele wspólnego z rzeczywistością w naszej branży.

Misia z bajki cechuje pozornie prymitywny — ale pełen ukrytych znaczeń —sposób myślenia, nakierowany na dość prosty cel: miodek.
Dla wielu szefów firm branżowych, nie ma znacznie co robią ani jak robią. Liczy się miodek w prozaicznej postaci gotówki. I nic nie jest w stanie zakłócić idealnego przebiegu zdarzeń.

Klient przychodzi ze zleceniem, na przykład, wykonania posadzki i płaci zaliczkę. Przyjmujący zlecenie zobowiązuje się do wykonania roboty z granitu w pierwszej jakości. Płytki można jednak kupić 25 % taniej —tyle, że gatunek drugi. No, ale klient nie jest przecież fachowcem —w naszym katalogu wpisaliśmy przecież magiczną formułę, że kamień jest materiałem naturalnym i w wyrobie może się różnić od próbki, jaka była prezentowana przy przyjmowaniu zlecenia.
Oczywiście to prawdziwe stwierdzenie tyle, że często pod tym zastrzeżeniem ukrywana jest kiepska jakość wykorzystanego materiału. W większości przypadków „numer” przechodzi, ale —jak mawiał Kubuś Puchatek —„Im bardziej zaglądam do środka, tym bardziej tam nic nie ma.”
Więc klient zapłacił, ale nie został przekonany do kamienia jako najlepszego z materiałów wykończeniowych.
Skutek: klient chciał jeszcze wykończyć dwie łazienki —myślał o kamieniu, ale zrealizował plany z użyciem luksusowej ceramiki.

Inna sprawa to realizacja robót w prywatnych domach. Niestety, często przy okazji roboty montażyści robią dookoła tak potworny bałagan, że gospodarze załamują ręce. Nie tak dawno rozmawiałem z kolegą z młodości, który opowiedział mi jak robił remont w domu. Układał trochę ceramiki i trochę kamienia. Kiedy pracowali płytkarze starali się jak mogli —codziennie, pod koniec pracy, myli podłogi i wynosili śmieci. Sytuacja zmieniła się gdy na „plac budowy” przyszli kamieniarze. Przez tydzień dom wyglądał jak po ataku nuklearnym. Na uwagi gospodarzy odpowiadali w stylu Kubusia Puchatka: „To nie jest bałagan, tylko bardzo skomplikowany porządek”.

Może sprawa nie dotyczy firm działających od dawna w tym segmencie rynku, bo życie i klienci ich nauczyli. Jednak mnóstwo firm —na codzień realizujących głównie nagrobki —pozyskuje również takie zlecenia i je realizuje. Znajomy zwrócił też uwagę, że pracownicy od ceramiki mieli jednakowe, w miarę czyste, firmowe ubrania robocze —za to kamieniarze wyglądali jak „majstry” z czasów pokazywanych w znanym serialu „Alternatywy 4”.

Kolega wymyślił sobie na posadzce kawałek ozdobnego wzoru wyciętego na waterjecie. Zadziwiło go, że kawałki tego elementu fachowcy mieli nieopisane. Układanie tych puzzli realizowali już na miejscu. Mówił, że miałby mnóstwo zabawy obserwując jak ciągle kłócą się i usiłują odtworzyć wzór z obrazka, gdyby nie fakt, że zajęło im to pół dnia. A przecież, jak mówił Puchatek, „trzeba znaleźć taki sposób schodzenia po schodach, który nie będzie wymagał myślenia”. Wystarczyło po wycięciu każdego elementu nadać mu numer i oznaczyć na obrazku. No, ale cóż... Cytując bohatera opowieści Milne’a: „są tacy, co mają rozum, a są tacy, co go nie mają i już”.

Podsumowując: dobrze sięgnąć do kultowej książki jest w niej sporo mądrości.
Osobiście polecam jedną: „Myślenie nie jest łatwe, ale można się do niego przyzwyczaić”.

przeczytaj cały artykuł
Strona 24 z 27

Najnowszy numer
6/2025 (139)

grudzień 2025 – styczeń 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

Fartuchy wodoodporne dla kamieiarzy
2025-11-26 13:39:41
Producent fartuchów i rękawów wodoodpornych dla kamieniarzy. Sprzedaż wysyłkowa – błyskawiczna wysyłka pocztą lub kurierem. Strzegom, ul. Św. Anny 1/6, www.fartuchywodoodporne.pl, tel. 60 34 26 223, tel./fax 74 8 551 472

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.