Felietony

Czeski film, czyli świat pełen absurdów

Autor: Jarek Mirowski   |   Data publikacji: wtorek, 28 kwietnia 2015 07:45

Była pompa i wielkie otwarcie —miałem jechać metrem, wraz z setkami osób, na zakupy bożonarodzeniowe. Otworzyli, zamknęli —na zakupy nie pojechałem. Czeski film, nikt oficjalnie nie wie o co chodzi.

Mroczny, podziemny przedmiot pożądania przeszedł setki odbiorów, poprawek, łatań tunelu cieknącego wodą. Później pompy (na szczęście w tunelu na Powiślu też) już nie było, ósmego marca metro zostało otwarte i zaczęło wozić zwykłych śmiertelników. W końcu można było wejść i obejrzeć wykonane roboty kamieniarskie, a kamienia na warszawskie metro poszło sporo.

Stacje są utrzymane w zupełnie innej stylistyce niż stacje linii pierwszej, dodatkowo, inaczej niż na linii pierwszej, wszystkie w tej samej. Są bardziej kolorowe i mnie osobiście się nie podobają —de gustibus... Niestety, złą robotę zrobił tu również nasz kamień użyty na posadzkach, który w szlifie dał efekt zabrudzonych, poplamionych powierzchni. Ogólnie kamień i tak jest najciekawszym elementem wystroju, nie wypada się go czepiać. Dużo jest elementów rzeźbionych i blokowych, bazalt użyty na ścianach nie wygląda źle. Dziś jednak nie o tym.

Cudze chwalicie

Tym razem niestety nie do końca optymistycznie: nie tylko nasz kraj, to kraj pełen absurdów i delikatnie mówiąc dziwnych nakazów i zachowań urzędników państwowych. Również metro —tylko tym razem w Pradze.
Dziura w ziemi obok stadionu na Letnej straszyła mnie kilka lat z rzędu —bodajże dwa lata temu widziałem ją po raz ostatni. Za każdym razem kiedy ją mijałem, pojawiała mi się w głowie myśl, że gdyby taka sytuacja miała miejsce w Polsce, prasa zjadłaby władze miasta, wykonawcę, włącznie z kamieniarzem, który miał wykonać schody granitowe, których wciąż nie ma. Dziura żyła własnym życiem, aż do kwietnia roku bieżącego. Udało się. Otwarto cztery nowe stacje kolei podziemnej. Tuż po otwarciu absurd porównywalny z puszczaniem metra warszawskiego pod dnem Wisły. Miasto postanowiło oszczędzić i… nie wykonało schodów ruchomych. Teraz musi zatrudniać bagażowych, którzy pomogą wnosić podróżnym bagaże po schodach.

Jak most zaginął —również Praga

Niegdyś, po minięciu dziury na Letnej, szliśmy piechotą —nadkładając drogi —przez park Letenské sady do centrum przez Most Karola. Trwały tam prace remontowe przeprawy upamiętniającej imię jednego z najsławniejszych czeskich królów —Karola IV.

Demontowane bloczki kamienne grzecznie leżały poukładane na paletach umieszczonych na remontowanej części mostu i tuż obok niego. Wszędzie rusztowania. Oczyszczone bloczki cyframi arabskimi —ponumerowane a rzymskimi pogrupowane. Teoretycznie wszystko jak należy. Miło popatrzeć. 

Niestety, pozory mylą. W 2010 roku z mediów dowiaduję się, że demontowane bloczki, zamiast do renowacji, trafiały do kruszarek (jak twierdzą firmy wykonujące most —ze względu na oszczędność czasu, ponieważ szybciej wykonać nowe) lub do ogródków... jako elementy ozdobne. Zapewne znalazło się również kilku kolekcjonerów, którzy chętnie zapłacili, aby kawałek Mostu Karola mieć w swoim domu. Czeski film pełną gębą.

Absurd goni absurd

Zatem absurdy towarzyszą nie tylko nam. Można je również spotkać u naszych południowych sąsiadów, często stawianych nam za wzór. Oni także muszą się zmagać z głupotą i przekrętami. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma —okazuje się, że inni też nie mają dobrze. I nie jest to pocieszające... Wszystkim nam pozostaje tylko walka z nimi, choć czasem to walka godna Don Kichota.

Oby sił nie zabrakło, przestano kręcić czeskie filmy, a absurdów w naszym życiu było jak najmniej!

 

przeczytaj cały artykuł

Masterchef

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: wtorek, 28 kwietnia 2015 07:40

Od pewnego czasu w telewizji panuje moda na programy kulinarne —często zajmujące się kuchnią i gotowaniem na tzw. restauracyjnym poziomie.
Dlaczego chętnie oglądamy te programy? Bo dużą przyjemność sprawia patrzenie na profesjonalizm w pracy i umiejętność wzbogacenia tworzonego produktu wyłącznie dla jego dobra.

Taki masterchef do przygotowania dania często używa ponad 30 produktów i potrafi je opisać w następujący sposób: „Smażona wątróbka z żabnicy z okrą i fasolnikiem chińskim” lub „Zielone szparagi otulone w kurczaku i szynce z sosem miodowo-musztardowym”. I to działa. Nie tylko za pośrednictwem tej tajemniczej nazwy, ale również dlatego, że mistrzowie zawodu starają się wyróżnić poszukiwaniem nowych rozwiązań. Rozwiązań, które przynoszą nie tylko zaskakujące zestawienia produktów (np. pączki z boczkiem), ale również niepowtarzalny smak potraw, który jest w tym przypadku kluczowym rezultatem. Na szczęście słowo smak ma również inne znaczenie, nie tylko kulinarne.

Realizując roboty kamieniarskie, aż się prosi żeby efektem pracy w kamieniu —materiale trudnym, ale trwałym —były rzeczy gustowne i wysmakowane. Oczywiście są specyficzni klienci i jeśli wymyślą sobie, że w nowoczesnym wnętrzu ma powstać secesyjny kominek, to trudno ich odwieść od takiej realizacji. Ale patrząc na to, co czasem powstaje myślę, że zbyt często nie staramy się przekonać klienta do rozwiązań, którymi będziemy chcieli się pochwalić w katalogu firmowym lub na własnej stronie internetowej. No i nie wszyscy mamy ten zmysł cechujący masterchefa —większość z nas jest po prostu świetnymi rzemieślnikami.

Ostatnio w jednej z firm spotkałem się z przypadkiem, w którym szef zdawał sobie sprawę z potencjału, jaki daje wsparcie kogoś o zmyśle artystycznym —potrafiącym przewidzieć ten smak granitowego dania jakie przygotowuje się dla klienta. W tej firmie zatrudniono projektanta, który poznał możliwości kamienia i jego obróbki. Ciekawe było to, że kiedy akurat nie zajmował się konkretnym zleceniem, to szkicował różne rozwiązania lub przeglądał internet w poszukiwaniu inspiracji. Dzięki temu, kiedy zjawiał się klient, potrafił zaproponować mu coś więcej niż „schabowego z frytkami”.

Zagadnienie, o którym piszę, daje nie tylko satysfakcję z interesującej realizacji — to też szansa na zwiększanie zakresu zleceń. Wyobraźmy sobie klienta, który chce zrealizować zwykłą łazienkę w płytkach granitowych. Najczęsciej po prostu robimy to, co zamówione. Ale... W takiej łazience można przecież wypiaskować lub wygrawerować wzór na niektórych płytkach. Można zaproponować jakiś element płaskorzeźby czy mozaiki. Albo wśród tańszych płytek umieścić kilka sztuk wykonanych z luksusowego i drogiego materiału. Możemy też zaproponować ustawienie wanny na podwyższeniu ze schodkiem. Pomysły można mnożyć. Przy okazji, przy takiej ofercie, klient nie może porównać ceny do konkurencji. Natomiast przy zwykłym układaniu płytek porównywanie jest proste: koszt konkretnego materiału i koszt ułożenia to najłatwiejsze do zestawienia parametry.

Niesztampowe realizacje to również możliwość odróżnienia się od konkurencji. To z kolei podstawowy element budowania sukcesu. Oczywiście można zatrudnić doświadczonego projektanta. Warto również spróbować samodzielnie przygotować projekt lub dać szansę młodemu pokoleniu. Ale należy sprawdzić, czy zdolności i wyczucie pozwoli przygotować danie smaczne i, jak mówią kucharze, o zbalansowanym smaku. Nietrudno bowiem stworzyć coś „niezjadliwego”.

Inna sprawa, że słuchając handlowców w niektórych firmach i ich opowieści o unikatowym materiale z drugiego końca świata (w tej roli Orion) oraz zaawansowanej obróbce (ćwierćwałek), spodziewamy się „dorady duszonej w harrisie z różami, kuskusem i duszoną botwinką”, a otrzymujemy zwykłego hamburgera na papierowym talerzyku.

przeczytaj cały artykuł

Przychodzi kamieniarz do lekarza

Autor: Jarek Mirowski   |   Data publikacji: piątek, 06 marca 2015 11:40

Zima. Może tego roku nie tak mroźna i sypiąca śniegiem jak drzewiej bywało, może nie tak mocno zaskakująca drogowców. Nawet jednak gdyby nie było mrozu i białego puchu na dworze, zawsze pojawia się element rozprężenia towarzyszącego nam na początku roku, czy to z powodu świąt Bożego Narodzenia, czy też ferii zimowych. Zawsze następuje krótsza lub dłuższa przerwa w zleceniach, tuż  po tym  jak  uda  nam  się  zamknąć  wszystkie z roku ubiegłego, z którymi weszliśmy w nowy. Rozprężenie następuje nie tylko u nas, ale również u zamawiających.

W firmach, w których pracujemy, to czas remanentów i wszelkiego rodzaju porządków, nie tylko papierowych. Przyda się wszystkim również jeden z przeglądów najważniejszych.
Kilka lat temu przez media przewinął się temat dotyczący klasyfikacji zawodu kamieniarza jako zawodu wykonywanego w szczególnie trudnych warunkach. Pył i urazy związane przede wszystkim z dźwiganiem to kamieniarski chleb codzienny. Jak mówił As z Hydrozagadki:
Ważne jest przestrzeganie przepisów BHP, zwłaszcza na kolei! 
I nie tylko na kolei – u nas w kamieniarstwie też. Jak wiadomo, oczy nie odrastają, a kręgosłupa nie da się kupić w najbliższym sklepie. Podobnie z płucami zawalonymi pyłem – przedmuchać sprężarką ich się nie da. Za Ministrem Pracy i Polityki Społecznej:

• dźwiganie i przenoszenie przez jednego pra- cownika przedmiotów o ciężarze przekra- czającym 50 kg jest zabronione,
• dopuszczalne normy podnoszenia i przenoszenia ciężarów na jednego pełnoletniego pracownika wynoszą: 30 kg przy pracy stałej i 50 kg przy pracy dorywczej.

Taaaak. Mówiąc po naszemu: dwa worki kleju, po jednym na bark. Zamiennie: blat kuchenny o długości dwóch metrów bieżących i standardowej
szerokości około sześćdziesięciu centymetrów do dźwigania dla dwóch. Kto z czytających nie targał takiego ciężaru? Nie zajmuję się na co dzień montażami, a zdarzyło mi się to więcej niż kilka razy w życiu.

Po czterdziestce kręgosłup do wymiany
Choć niekoniecznie. Zamiennie może być to kolano, kostka, łokieć, nadgarstek etc. W swojej przygodzie z kamieniarstwem spotkałem już osoby z: odmą płucną, wodą w kolanach, koniecznością operacji nadgarstków ze względu na naruszone ścięgna, szyną ze śrubami w nodze, szyną w szczęce, odklejoną siatkówką, przebitą rogówką i wieloma innymi mniej i bardziej abstrakcyjnymi urazami. Nie liczę połamań, naciągnięć, dyskopatii, czy też moich faworytów w postaci krwiaków i schodzących paznokci – to jest proza kamieniarskiego życia i nie ma się nad czym zastanawiać.

Ciężko jest znaleźć w tym zawodzie kogoś, kto po kilkunastu (nie mówiąc o kilkudziesięciu) latach pracy nie ma jakiegoś trwałego defektu uprzykrzającego mu codzienne życie, nie tylko pracę. Gorzej gdy są to urazy/choroby, które ją uniemożliwiają, odbierając jednocześnie możliwość zarabiania na chleb. I nie, niezbyt często jest to wina głupoty i nie prze- strzegania zasad BHP – najczęściej są to wypadki losowe, lub choroby przewlekłe wynikające z wielu lat pracy w zawodzie.

Gdyby się zastanowić i zagłębić w temat, przypuszczam, że odsetek poważnych schorzeń i wypadków w kamieniarstwie byłby podobny jak w górnictwie (biorąc pod uwagę, że tylko około 20% zatrudnionych w górnictwie, to ludzie pracujący pod ziemią, najbardziej na wypadki i choroby zawodowe narażeni). Czy nie powinien więc kamieniarzowi przysługiwać dodatek za pracę w szkodliwych warunkach? Odpowiedź nasuwa się sama.
Zbytnio liczyć na to nie ma co, temat rozszedł się dawno po kościach, choć warto byłoby do niego wrócić. Powtórzę się: niestety, szanse niewielkie, naród z kamieniarzy zbyt mały i zbyt mało krzykliwy... Potraktujmy więc zimę, jako czas nie tylko remanentu firmowego, ale również remanentu i przeglądu zdrowotnego; jako czas wizyt u zaprzyjaźnionych kręgarzy, masażystów oraz innych magików i lekarzy, którzy postawią Was na nogi. Czas wygrzewania i nastawiania kości, który, mam nadzieję, zaowocuje siłą i zdrowiem przy wkroczeniu w nowy sezon.

Czego Państwu życzę!

przeczytaj cały artykuł

Przewodnik stada

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: piątek, 06 marca 2015 11:34

Ostatnio w rozmowie z jednym z szefów firmy branżowej wysłuchałem żali, że doświadczony pracownik zajmujący się cięciem bloków nie ostrzegł go, że blok, który idzie do cięcia, jest wadliwy i że wady było widać jeszcze przed cięciem. Zapytałem, czy pracownik dostał polecenie przetarcia bloku. Odpowiedź była twierdząca. Dlaczego zatem pracownik nic nie powiedział, chociaż spodziewał się, że rezultaty będą kiepskie?

Znam tego szefa i wiem, jaki ma stosunek do zarządzania pracownikami. W zasadzie jego sposób na zarządzanie sprowadza się do wyśmiewanej w wielu dowcipach zasady, że po pierwsze, szef ma zawsze rację, a jak nie ma racji, to patrz punkt pierwszy.

Szefowanie na każdym szczeblu nie jest proste. Bowiem struktura organizacji (firmy) pełna jest różnych uwarunkowań. Są relacje wewnętrzne między członkami grupy, są i te pomiędzy przełożonymi i podwładnymi. Niestety nazbyt często relacje opierają się na koncepcji wyżej podanej. Czyli niezależnie od sytuacji, bez słowa, należy wykonać polecenie.

To wykonywanie poleceń niestety zwykle nie wynika z wiary w wiedzę i doświadczenie szefa, a z wypracowanego przez zarządzającego syste- mu władzy absolutnej nad pracownikami.
W swojej historii zawodowej byłem zarówno pracownikiem jak i szefem. Zawsze byłem przekonany, że bycie szefem to zadanie równie trudne, jak bycie przewodnikiem stada w świecie zwierząt. Przewodnik stada wilków dlatego jest szefem, że wszyscy członkowie stada wiedzą, że jego koncepcje polowania i skuteczność jest najlepsza w stadzie. Aby skutecznie zarządzać pracownikami trzeba starać się zostać takim przewodnikiem, którego decyzje są wykonywane nie z założenia, że zawsze ma rację tylko z przekonania, że ma najlepszą wiedzę, doświadczenie i w związku z tym należy go słuchać.

W takim systemie nie trzeba sztucznie budować autorytetu przez nakazowe wymaganie zwracania się do siebie – szefie, panie kierowniku czy prezesie. Ten autorytet buduje się dobrymi decyzjami i korzystaniem z wiedzy i doświadczenia pracowników.
Ze swoich doświadczeń pamiętam, że kiedyś gdy kierowałem kilkoma osobami – byłem z nimi na „ty”. Szef firmy miał do mnie o to pretensje –
„nie budujesz swojego autorytetu”. Za to był zdziwiony, że kiedyś w trakcie dyskusji o rozwiązaniu jakiegoś problemu moi ludzie w komplecie, mieli takie samo zdanie jak ja.

Oczywiście ostateczna decyzja należy do szefa, ale dajmy szansę pracownikom na wyartyku- łowanie swoich poglądów, nawet jeśli są nie po naszej myśli.
W tym kontekście zupełnie absurdalne jest natomiast zachęcanie pracowników do wyrażania własnego zdania, po czym, jeśli nie jest ono po myśli szefa, obniżanie premii za dyskutowanie z decyzjami przełożonego. Być może w przyto- czonej opowieści coś takiego kiedyś spotkało pracownika, który przecierał blok.
Ciekawe jak opisywany szef potraktował pracownika? Pewnie było przysłowiowe „masz po premii”. Może zamiast tego z samym pracownikiem powinien znaleźć rozwiązanie, aby takiego błędu nie popełnić w przyszłości?

Kiedyś w telewizji widziałem wywiad z menadżerem o sporych sukcesach. Padło pytanie: „ile godzin dziennie pracuje?”. Dziennikarz spodziewał się odpowiedzi typu 12-16 godzin. I tu zdziwienie – menadżer stwierdził, że 2-3 godziny. Przytoczył badania światowe, że dobry menadżer podejmuje ok. 50% dobrych decyzji, a specjalista nawet 90%. Różnica to 40% więcej złych decyzji. Zatem im dłużej jest w pracy tym więcej złych decyzji jest podejmowanych – lepiej podejmowanie decyzji pozostawić w większości spraw specjalistom.

Skutkiem tych złych decyzji szefa jest opinia o nim wśród pracowników. Zdziwilibyście się co o takich szefach mówią pracownicy w prywatnych rozmowach – nie przytoczę, bo to mało cenzuralne. Opinia to jedno (może nas nie obchodzić), tyle że pociąga za sobą brak przekonania i entuzjazmu do realizowania zadań zleconych przez bossa i niechęcią do pracy w ogóle.

W stadzie wilków jest prościej – marny przewodnik zostaje przez stado pozbawiony przywództwa. W firmie to raczej ze stada będą odchodzić kolejni pracownicy, by polować w innym stadzie z lepszym przewodnikiem. Przewodnikiem, który doceni u młodego wilka skuteczną strategię okrążania zdobyczy w zagajniku i będzie z jego pomysłów korzystał częściej.

przeczytaj cały artykuł

Kosmiczna realizacja,czyli zegar słoneczny z szarego granitu

Autor: Waldemar Miłek   |   Data publikacji: poniedziałek, 22 grudnia 2014 13:30

miłek.jpg

„Szarość widzę...” —chciało by się powiedzieć parafrazując słynne powiedzenie z równie słynnego filmu. Pamiętamy wszyscy perypetie bohaterów związanych z ich zagubieniem w czasie. A i mnie się trafiła przygoda z „czasem podawanym na szaro”.
A było to tak...

Dowiedziałem się, że na jednym z osiedli miasta Łodzi, firma Eden z Piotrkowa Trybunalskiego, prowadzi intensywne prace nad zagospodarowaniem terenów przeznaczonych do rekreacji mieszkańców osiedla Redkinia Północ. Jednym z elementów tej koncepcji, opracowanych przez sympatyczna panią Agatę, jest umieszczony w centralnej części skweru szary zegar słoneczny.

Dobrze, że w dzisiejszych czasach są jeszcze osoby, które widzą konieczność zastosowania archaicznego jak na dzisiejsze czasy pomiaru... czasu właśnie.
Po kilku dniach rozmów, konsultacji i zatwierdzeń, ustaliliśmy, że wykonam zegar słoneczny o powierzchni 36 m kw. Typ analematyczny, który wymaga od obserwatora tzw. interaktywności, czyli po prostu „wysiłku”, aby odczytać czas na tarczy zegara. Mówiąc „ludzkim językiem” trzeba ruszyć „cztery litery” i stanąć na tarczy zegara we właściwym miejscu. A wtedy zaczynają się dziać czary. Zegar analematyczny jest tak zaprojektowany, że obserwator stając na analemie, która jest kalendarzem —własnym cieniem pokazuje godzinę na tarczy zegara. Wtedy obserwator najczęściej wyjmuje komórkę z kieszeni i mówi „dobrze chodzi”.

Aby tak się stało potrzebny jest jeszcze, ktoś kto taki zegar zaprojektuje. I tu kolejna ciekawostka. W XXI wieku są jeszcze ludzie, który to potrafią. Mało tego! Projektowanie zegarów słonecznych to ich pasja i sposób na życie. Jednym z nich jest Marek Sz., właściciel firmy Sole-Arte. To on potrafi wyznaczyć za pomocą sznurka, pionu i dwóch gwoździ... prawdziwe południe słoneczne dla dowolnego miejsca na ziemi.

Wiedza to wielce przydatna... znana także kapłanom faraona. Dzięki niej ustala się prawdziwą północ geograficzną, co, zapewniam was, wcale nie jest takie oczywiste. Spytajcie znajomego geodetę, to powie wam o północy geodezyjnej. Powiecie: kompas potrafi wskazać północ. Tak, ale tylko magnetyczną, która zdecydowanie różni się od tej geograficznej. (Spokojnie. Ja też długo nie wiedziałem, że tak jest.) Bo co nas w końcu obchodzi pod jakim kątem ustawiona jest Ziemia w stosunku do Słońca, jak my musimy wezwać pana Henia, by sprawdził, czy nasza piła jest pod właściwym kątem. 

Wróćmy jednak do naszego przyrządu astronomicznego, który ma precyzyjnie... oszukiwać ludzi na pomiarze czasu. Zdziwienie? To Słońce też nas oszukuje? W biały dzień?
Nie. To my się wzajemnie oszukujemy —Słońce to Słońce. To człowiek stworzył sztuczne podziały czasu na godziny zegarowe, strefy czasowe. Sami sobie stworzyliśmy sztuczne środowisko i —mało tego —to właśnie je uważamy za prawdziwe. A Słońce jak Słońce —świeci sobie nadal, a Ziemia się kręci na orbicie. I oby jak najdłużej! 

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Ponieważ dzisiaj zegar słoneczny nie może pokazywać prawdziwego czasu: dla przykładu prawdziwego południa, czyli górowania słońca nad horyzontem w danym dniu. Tylko musi się przystosować do sztucznego trafienia z wieży mariackiej, gdzie, podobno z dokładnością do 1/2 sekundy, podają nam czas. Ale nikt nie mówi, że ten czas jest sztuczny —nazywając to kłamliwie czasem uniwersalnym. Jaki to on uniwersalny? To jest Matrix i nie ma z niego wyjścia.
...takie to dylematy towarzyszą czasem zwykłemu kamieniarzowi odpadowemu —jak mówią o mnie koledzy z branży.

Wróćmy jednak do zegara. Jak jest już ten projekt, to reszta to przysłowiowy „pikuś”. Jesteś-my świadkami tryumfu techniki nad materią. Wprawdzie już Leonardo da Vinci opracował teoretyczne podstawy, ale dopiero człowiek współczesny potrafił to zbudować —chodzi o maszynę do cięcia wodą. Plus do tego komputer z jakimiś dfx-ami, programami i... wychodzi gotowy zegar.
Jeszcze montaż. Montaż, jak montaż, mógłbym o nim opowiadać godzinami, ale nie mam czasu. Jakiego? To już obojętne...

przeczytaj cały artykuł
Strona 25 z 27

Najnowszy numer
6/2025 (139)

grudzień 2025 – styczeń 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

SPRZEDAM BELLANI – SUPERMODULO
2025-11-26 00:00:00
SPRZEDAM używaną maszynę BELLANI – SUPERMODULO, rok produkcji 2008. Maszyna w bardzo dobry stanie, po remoncie w 2024 roku. Miejsce: okolice Krakowa. Cena 75 000 zł Tel. 609 102 580

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.