Artykuły

Dźwięk z kamienia

Autor: Jakub Zdańkowski   |   Data publikacji: wtorek, 02 lipca 2013 14:20

Dźwięk z kamienia„Wszyscy zdawali się być zachwycenisłodkimi dźwiękami, jakie wydobywały się z chropowatego, niechlujnie wyglądającego a zarazem niezwykłego instrumentu” – pisała jedna z angielskich gazet w latach 40. XIX wieku, relacjonując przebieg występu Josepha Richardsona podczas trasy koncertowej po największych miastach północnej Anglii.

Ów zagadkowy instrument, o którym mowa, nosi nazwę „Muzycznych Kamieni ze Skiddaw” i należy do grupy litofonów, czyli instrumentów muzycznych, których dźwięk pochodzi z uderzania w kamienne sztabki różnej długości, grubości i kształtu.

W porównaniu z innymi surowcami kamień nie wydaje się być szczególnie dźwięcznym materiałem, jednak był najprawdopodobniej pierwszym, z którego wykonywano muzyczne instrumenty. Szczególnie dużo takich zabytków można znaleźć w Wietnamie, gdzie do dziś instrumenty z kamienia są stosunkowo popularne. Jednym z tradycyjnych wietnamskich litofonów jest đan đá, co dosłownie znaczy „kamienny instrument”. Jest wykonany z kamieni różnych rozmiarów umieszczonych w jednym rzędzie i uderzanych drewnianymi pałkami. Najstarszy z takich instrumentów datuje się na około 2000 lat.

Kolejnym starożytnym litofonem jest kamienny gong. Instrumenty tego typu odnaleziono w Afryce, Azji oraz Europie. Są to najczęściej diabazowe formacje skalne, mogące ważyć nawet do kilku ton, które zostały przystosowane przez człowieka do roli instrumentu. Znanym przykładem takiego litofonu jest gong na Wyspie Mfangano usytuowanej na Jeziorze Wiktorii w Kenii. Do wydobywania dźwięku z kamiennego gongu używano bijaka w postaci trzymanego w ręku kamienia. Przypuszcza się, że na jednym gongu mogło grać na raz kilka osób, wydobywając z niego dźwięki różnej barwy i wysokości w zależności od miejsca uderzenia.

Skały, które są zdolne do dźwięcznego rezonansu nazywa się dzwoniącymi lub litofonicznymi, i to z nich najczęściej wykonuje się litofony mające mieć tonalny charakter. Cechą tą odznacza się na przykład diabaz, z którego zrobione są kamienne gongi, a także hornfels. Ta druga skała stała się budulcem dla „Muzycznych Kamieni ze Skiddaw”, które dziś możemy oglądać w muzeum w Keswick.

Historia tego niezwykłego instrumentu zaczęła się w 1785 roku, kiedy angielski wynalazca i ekscentryk Peter Crosthwaithe znalazł w okolicach Keswick sześć „muzycznych kamieni”, jak je opisał później w swoim dzienniku. Jak twierdził, były ze sobą idealnie zestrojone i natchnęły go do zbudowania instrumentu przypominającego ksylofon, lecz zrobionego z kamienia zamiast drewna. W ciągu pół roku powstały pierwsze „Muzyczne Kamienie”, które Crosthwaite umieścił w swoim muzeum wynalazków w Keswick. Podobno używał ich by przyciągać odwiedzających, którzy zaintrygowani dziwnymi dźwiękami wchodzili do środka.

Lecz historia muzycznych kamieni nie kończy się w tym miejscu. Wspomniany na początku Joseph Richardson, będąc kamieniarzem z zawodu i konstruktorem muzycznych instrumentów z zamiłowania, w trakcie swojej pracy również spostrzegł muzyczne właściwości u niektórych skał. Powziął plan zbudowania kamiennego idiofonu, prawdopodobnie inspirując się „Muzycznymi Kamieniami” Petera Crosthwaite’a. Richardson zamierzał skonstruować znacznie większy instrument, który zawierałby wszystkie tony i półtony (tak jak na klawiaturze fortepianu). Praca zajęła mu aż 13 lat i pochłonęła go do tego stopnia, że doprowadził rodzinę na skraj ubóstwa. Jednak gdy dzieło zostało ukończone, okazało się niebywałym sukcesem i wkrótce Richardson wyruszył z trzema synami w trasę koncertową. Repertuar obejmował między innymi aranżacje wybranych dzieł takich kompozytorów jak Beethoven, Mozart, czy Handel. Richardsonom udało się nawet kilkakrotnie zagrać przed samą królową Wiktorią. Około 1845 r. instrument został wzbogacony w dodatkowe dzwonki oraz bębny i nazwany przez twórcę mianem Richardson & Sons, Rock, Bell and Steel Band. Dzisiaj można go oglądać w muzeum w Keswick, gdzie stoi obok swojego prototypu autorstwa Crosthwaiate’a.

Dźwięk z kamienia

Jeszcze większa pasją i upartością od Richardsona wykazał się Francuz imieniem Honoré Baudre, który niewiele później od Richardsona rozpoczął pracę nad tzw. Silex Piano, czyli Krzemiennym Pianinem. Baudre poświęcił aż 30 lat na poszukiwania dźwięczących kamieni, które odpowiadałyby pożądanym przez niego tonom. W pogoni za idealnymi kamieniami wyruszył nawet do Kanady, przekonany, iż we Francji nie uda mu się nigdy znaleźć idealnego C otwierającego pierwszą skalę (ostatecznie odnalazł je po powrocie do Francji, co podobno wprawiło go w niemal ekstatyczną radość). „Krzemienne Pianino” składa się z metalowej ramy, na której zawieszone są dwie oktawy kamiennych „klawiszy”. Nazwa pianino nie jest być może najbardziej adekwatna, ponieważ instrument nie posiada strun, a dźwięk pochodzi bezpośrednio z uderzania w kamienie.

Niesamowicie ciekawym przykładem litofonu z XX w. jest The Great Stalacpipe Organ (gra słów wynikająca z połączenia słów stalactite i pipe, czyli stalaktyt i piszczałka). Rozmieszczone na przestrzeni 14 000m2 dzieło matematyka i naukowca Lelanda Sprinkle’a znajduje się w Jaskini Luray w USA. Anegdota głosi, iż syn Sprinkle’a podczas wspólnej wycieczki po jaskini w roku 1954 uderzył przypadkowo głową w stalaktyt, który wydał z siebie dźwięczny odgłos, co zainspirowało konstruktora do zbudowania instrumentu. Składa się on z 37 odpowiednio dobranych i obrobionych stalaktytów, które wprawiane są w drgania przez gumowe młotki zdalnie sterowane za pomocą czteroklawiaturowej konsoli. Do połączenia klawiszy z poszczególnymi stalaktytami poprowadzono pod ziemią ponad 8 km kabli, a zasięg słyszalności tego niezwykłego instrumentu wynosi aż 260 000 m2! Krótki film przedstawiający działanie The Great Stalacpipe Organ można zobaczyć na www.youtube.com/watch?v=p8BAVVEiHzI.

Litofony są mało znaną, lecz niezwykle ciekawą grupą instrumentów. Często cechują się niezwykłą budową i brzmieniem, jednak nie są popularne ze względu na rzadkość występowania i w wielu przypadkach niewątpliwie stacjonarny charakter. Mimo to zainteresowanie nimi zdaje się rosnąć. W 2005 r. odbyła się pierwsza od ponad 140 lat trasa koncertowa z udziałem „Muzycznych Kamieni ze Skiddaw”. Powstał także projekt we współpracy z Uniwersytetem w Leeds mający na celu badanie muzycznych właściwości hornfelsu. Coraz częściej też współcześni kompozytorzy sięgają po litofony w poszukiwaniu nowych brzmień. W Wietnamie powstał nawet nowy gatunek muzyczny, będący odświeżoną formą tradycyjnej muzyki wietnamskiej w połączeniu z elementami muzyki zachodniej, który jest wykonywany głównie przy użyciu đan đá.

Z pomocą współczesnej wiedzy i techniki skonstruowanie kamiennych instrumentów jest znacznie łatwiejsze niż w czasach Crosthwaite’a i Richardsona. Może właśnie ze względu na swoją niedostępność i niecodzienność litofony mogłyby się stać interesującą niszą na rynku?

Dźwięk z kamienia

W tekście wykorzystano informacje ze stron:
www.allerdale.gov.uk;
www.lithophones.com;
en.wikipedia.org;
www.luraycaverns.com.

przeczytaj cały artykuł

Największa mozaika kamienna

Autor: Paweł Szambelan   |   Data publikacji: wtorek, 02 lipca 2013 13:39

Największa mozaika kamiennaW poprzednim numerze Kuriera Kamieniarskiego zapowiadaliśmy to wydarzenie – układanie mozaiki kamiennej na kolejnych ścianach Ronda Mogilskiego w Krakowie, będące kontynuacją zeszłorocznej akcji „Wyspiański na Mogilskim”. I wydarzenie odbyło się! Jedyna różnica w stosunku do zapowiedzi polega na tym, że mozaika nie zostanie wpisana do Księgi Rekordów Guinnessa. Powodem jest to, że komisja Guinnessa, choć pozytywnie, to jednak za późno odpowiedziała na wniosek organizatorów. Nie zmienia to jednak faktu, że mozaika jest największa i została ułożona w najkrótszym czasie.

Wszystko, co działo się na Rondzie Mogilskim przerosło oczekiwania organizatorów. W układaniu mozaiki brało udział ponad 2.000 osób – nie tylko z najbliższej okolicy. Byli i tacy, którzy przyjechali z różnych krańców Polski, by wziąć udział w tym dziele. Wiele osób przychodziło kilkakrotnie, niektórzy nawet codziennie. Wykorzystano ponad 100 m2 kamieni w postaci nieregularnych płytek o grubości 4 mm. Nad postępem prac czuwało aż 48 wolontariusz, którzy bezinteresownie pomagali w organizacji pracy przy mozaice. Ich praca rozpoczęła się już kilka dni wcześniej spotkaniami organizacyjnymi. Niezależnie od pogody, która nie rozpieszczała Krakowa w tym czasie, prace posuwały się w iście szalonym tempie.

W układanie mozaiki zaangażowały się również szkoły i przedszkola. Tylko w piątek do pracy przyszło pięć klas gimnazjalnych – każda po około 30 osób. Jak wspomina jeden z organizatorów, Lubosz Karwat, ciekawe było to, że wbrew obiegowej opinii, gimnazjalistom praca paliła się w rękach do tego stopnia, że czasem nie zważali nawet na możliwość zabrudzenia odzieży i obuwia – ani pyłem kamiennym, ani nawet klejem. A przy tym widać było, że wszyscy doskonale się bawią. Z tego z kolei cieszyła się pomysłodawczyni akcji i współorganizatorka, dr Małgorzata Jantos, Wiceprzewodnicząca Rady Miasta Krakowa, która podkreślała, że wspólne układanie mozaiki miało być także spoiwem lokalnej społeczności. A nie ma nic bardziej integrującego uczestników jakiegokolwiek wydarzenia niż dobra zabawa.

Największa mozaika kamienna

Wielkie zaangażowanie uczestników najlepiej obrazuje historia, która krąży już jako anegdotka. Jeden ze sponsorów akcji przyjechał na rondo z kontrahentami z Chin, którzy akurat w tym czasie odwiedzili jego firmę. Chińczycy tak wciągnęli się w pracę, że nie chcieli słuchać o powrocie póki nie skończą całej mozaiki. Nie było by w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że miało to miejsce krótko po rozpoczęciu prac nad mozaiką...

Akcja „Wyspiański na Mogilskim” zakończyła się w zakładanym terminie - w sobotę 8 czerwca. W symbolicznym odsłonięciu mozaiki wzięli udział organizatorzy, dr Małgorzata Jantos i Lubosz Karwat, oraz wolontariusze, uczestnicy oraz patroni i osoby wspierające imprezę. W swobodnej, piknikowej atmosfer ze, pr zy grillu i symbolicznej lampce szampana, był czas na podsumowania, podziękowania, dyplomy i drobne upominki. Na zakończenie zagrał rockowy zespół z Olkusza, Party Hard i impreza przerodziła się w nieformalne spotkanie nowych znajomych.

Mozaika na Rondzie Mogilskim pokazała jak różnorodny jest kamień i jak różnorodnie można go wykorzystać. Na ścianach ronda można zobaczyć około 30 różnych rodzajów kamienia. Są to m.in.: Forest Green, Crema Marfil, Rosso Verona, Rosso Alicante, Trawertyn Gold, Verde Guatemala, Amarillo Triana i zielony onyx. Wykorzystano również polskie zasoby, na przykład Sławniowice. Pozwoliło to uzyskać kolorystykę nawiązującą do twórczości Stanisława Wyspiańskiego, która była inspiracją dla twórców. Praca przy mozaice miała też znaczenie edukacyjne. Uczestnicy poznawali kamień i uświadamiali sobie możliwości jego zastosowania nie tylko na cmentarzu lub w łazience. Najmocniej chyba zostanie to w pamięci przedszkolakom, którzy wzięli udział w przygotowanym spontanicznie quizie „Jaki to kamień i skąd się wziął?”. By wiedza został w głowach na dłużej, na koniec przedszkolaki usłyszały, że mogą pozbierać wszystkie kamienie, które znajdą...

Oczywiście trudno zgadywać jakie nastroje będą mieli rodzice, kiedy znajdowali w kieszeniach swoich pociech wracających z przedszkola kilogramy różnokolorowych kamyków, ale organizatorzy zauważyli, że tego dnia po pracy było zdecydowanie mniej do sprzątania.

Nic by jednak się nie wydarzyło, gdyby nie pomoc i życzliwość wielu sponsorów. Wśród nich były firmy związane z naszą branżą, którym organizatorzy składają podziękowania i wyrazy uznania: Tenax – za udostępnienie impregnatów do kamienia podkreślających kolor i zabezpieczających przed grafiti; Weha – za materiały ścierne, które sprawdziły się w iście ekstremalnych warunkach; Makita – za udostępnienie elektronarzędzi; Granex – za kompleksowe wyposażenie praktycznie całego zaplecza technicznego oraz firmie Rogala.

Przed rozpoczęciem układania mozaiki ogromnym nakładem pracy ścianę na Mogilskim przygotowała ekipa autoryzowanych wykonawców producenta klejów do glazury ATLAS.

Układanie mozaiki na Mogilskim miało też na celu promowanie akcji „Ratujemy mozaiki”, którym głównym celem jest ochrona polskiego dziedzictwa kulturowego w postaci mozaik – często niszczejących w miastach całej Polski. Akcji tej będziemy kibicować na łamach Kuriera i informować o kierunkach jej rozwoju.

P.S. Lubosz Karwat zdradził nam, że akcja układania mozaiki odbiła się szerokim echem w całej Polsce. Skutkiem tego kolejne trzy miasta rozpoczęły rozmowy z artystą na temat wykonania mozaik kamiennych w tych miastach. Również Kraków nie zamierza zasypiać gruszek w popiele – wszak na Rondzie Mogilskim zostało jeszcze wiele powierzchni do zagospodarowania...

Największa mozaika kamienna

zdjęcia: Magdalena Wąsik, Paweł Szambelan

przeczytaj cały artykuł

Moje hobby: off road - 11

Autor: Katarzyna Krupa   |   Data publikacji: wtorek, 02 lipca 2013 13:39

Moje hobby: off road - 11Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Toyotę Tundrę, serce zabiło mi mocniej. Od tej chwili zaczęłam marzyć o dwóch rzeczach. Po pierwsze: żeby mieć pickupa. Po drugie: żeby była nim Toyota Tundra. Na razie te marzenia pozostają niespełnione. Ale czym byłoby życie bez marzeń...

Na polskich drogach pojawia się coraz więcej pick-upów. Jednak są to najczęściej Nissan Navarra, Mitsubishi L200, Toyota Hilux, Ford Ranger, VW Amarok, rzadziej Isuzu Rodeo. Toyota Tundra nie jest popularnym pojazdem, zapewne ze względu na koszty użytkowania oraz naprawdę spore wymiary.

Gabaryty bowiem Tundra ma wprost imponujące. W modelu Pick-up II produkowanym od 2007 roku wymiary Tundry są następujące (wersja z podwójną kabiną 5 osobową, 5 drzwiową): długość: 5809 mm, szerokość: 2029 mm, wysokość: 1920 mm, przedział ładunkowy: 1694 mm długości. Dla porównania, Toyota Hilux VII, produkowana od 2005 roku do dziś, także w wersji z podwójną kabiną jest ponad pół metra krótsza, prawie 30 cm węższa i ponad 10 cm niższa.

Zanim opowiem jakim samochodem jest Toyota Tundra, wyjaśnię jakim na pewno nie jest. Z pewnością nie jest to samochód do poruszania się po mieście, zwłaszcza w godzinach szczytu. Jej średnica skrętu przy zawracaniu wynosi blisko 15 m. Dla porównania samochody typu Škoda Octavia czy VW Passat mają średnicę zawracania około 11 m.

Nie jest to też samochód na niedzielny wyjazd do kościoła czy supermarketu. Tundra nie jest odpowiednim pojazdem dla osób, które mają problemy z parkowaniem. Co dotyczy w zasadzie większości kierowców, którzy poruszają się na co dzień autami mniejszymi niż bus.

Na pewno Toyota Tundra nie będzie samochodem dla osób o skromnym budżecie – zwłaszcza przy aktualnych cenach paliwa. Średnie spalanie przy wspaniałym silniku benzynowym V8 o pojemności 5,7 litra wynosi niemal 15 l/100 km, a przy bardziej dynamicznej jeździe 100-litrowy zbiornik trzeba będzie napełniać co 500 km.

Zatem czym jest Toyota Tundra?
Aktualnie jest to przysłowiowy „wół roboczy” połączony z luksusową limuzyną. Toyota Tundra jest pełnowymiarowym pick-upem, którego produkcję rozpoczęto w 1999 roku w Stanach Zjednoczonych. Od 2008 roku samochód montowany jest w San Antonio w stanie Texas.

Pierwsza generacja Tundry, zaprojektowana przez Hideo Kondo i Yusuku Fukushima, miała stylizacyjnie ubogie nadwozie. Dostępne były trzy wersje: Regular Cab (2-drzwiowa), Access Cab (4- drzwiowa) oraz Double Cab (4-drzwiowa). Wyposażana była w silniki V6 o pojemności 3,4 litra (190KM) i V8 o pojemności 4,7 litra (245 KM) z możliwością zwiększenia mocy poprzez zastosowanie wersji TRD. W 2005 roku silnik sześciocylindrowy został powiększony do pojemności 4,0 l, natomiast V8 został wzbogacony o zmienne fazy rozrządu, co podniosło moc obu jednostek. Samochody z silnikiem V6 TDR są nadal powszechnie dostępne, natomiast z jednostką V8 TDR są znacznie rzadsze ze względu dość szybkie wycofanie z produkcji.

W owym czasie Tundra nie była jeszcze mocnym zawodnikiem na rynku amerykańskim. Pomimo imponujących gabarytów, jej relatywnie mały udźwig, niewiele ponad 3 tony, nie czynił z niej poważnej konkurencji dla innych pojazdów tej klasy.

Jednak już druga generacja, autorstwa Craiga Kembera, wypuszczona na rynek w 2007 roku zdobyła sobie wielu zwolenników. Pojawił się nowy, zdecydowanie większy silnik, V8 5.7l, który był w stanie poradzić sobie z ładunkiem o wadze przeszło 4,5 tony. Dostępne były także wersje TRD, w tym wariant Sport ukierunkowany na tryb miejski oraz Rock Warrior przeznaczony do jazdy w terenie. Nadwozie dostępne było w trzech wersjach: 2-drzwiowe Regular Cab i 4-drzwiowe Double Cab oraz Crewmax.

We wrześniu 2007 Toyota Motor Corp. ogłosiła plany, aby wypuścić na rynek Tundrę z silnikiem Diesla. Zostało to potwierdzone w styczniu w 2008 roku. Jednak na ten temat nadal krąży wiele spekulacji. Mówi się, że Toyota planuje produkować ciężką wersję Tundry, która zaprojektowana będzie, aby konkurować w klasie 3/4-ton. Jednakże najnowsze wiadomości sugerują, że silnik wysokoprężny będzie dodatkową ofertą dla klasy 1/2-ton, do której Tundra jest zaliczana. Jest to konieczne, aby pickup Toyoty mógł konkurować z pozostałymi lekkimi ciężarówkami z silnikiem Diesla od innych producentów.

Najnowsza generacja Tundry ma do wyboru trzy silniki: 4,0-litrowy V6, 4,6-litrowy V8 o mocy 310 KM oraz 5,7-litrowy V8 o mocy 381 KM. Największa z jednostek V8 jest dostępna również w wersji FFV, co oznacza, że silnik może pracować na benzynie lub mieszance do 85% etanolu (E85). Jak na samochód głównie przeznaczony do pracy, kabinę wersji Regular zaprojektowano minimalistycznie. Jednakże możliwe jest wzbogacenie tej wersji.

Nadwozie typu Double Cab oferuje bogatsze wyposażenie oraz szerszą gamę dodatków. Jednak dopiero 4-drzwiowy model CrewMax jest dostępny w luksusowej wersji ze wszystkimi możliwymi opcjami takimi jak dach panoramiczny, otwierane pionowo tylne okno, a także unikalne zewnętrzne akcenty stylizacyjne, np. chromowana otoczka grilla, chromowane składane lusterka boczne i inne.

Wyposażenie wnętrza podlega podobnym zasadom jak opcje zewnętrzne. Wersja Regular posiada w zasadzie tylko to co niezbędne, ale znalazło się miejsce na odtwarzacz CD ze zmieniarką i dwustrefową klimatyzację oraz nawigację zintegrowaną z DVD. W wersji Double Cab przybywa m.in. trochę elektroniki i elektryki, w tym tempomat. Miłośników mocnego brzmienia niewątpliwie ucieszy wzmocniony system Audio JBL. Wersja CrewMax oferuje dodatki w wersji Limited, czyli na przykład przednie i tylne czujniki parkowania z wyświetlaczem czy elektryczne siedzenia.

Nie da się ukryć, że Tundra jest duża. Zatem pole widzenia zza kierownicy jest nieporównywalnie szersze niż w innych pojazdach. Zapewnia to komfort prowadzenia pojazdu i poczucie bezpieczeństwa, jakiego nie dają pozostałe samochody. A bogato wyposażone wnętrze zapewni „odrobinę luksusu”, na którą każdy z nas zasługuje.

Pomimo sporej masy, najnowszy model Tundry jest dynamiczny. Przyspieszenie do „setki” w 6,3 sekundy to naprawdę dobry wynik.

Jednym słowem, Toyota Tundra posiada wszystkie cechy idealnego samochodu. Jako auto w zasadzie ciężarowe zapewni możliwość przewożenia całkiem sporych ładunków lub zapakowanie na wakacje licznej rodziny. Myślę o tym za każdym razem, kiedy zastanawiam się jak zapakować do auta moją gromadkę: troje dzieci plus 3 psy.

W takim aucie można poczuć się jak król drogi. I bezdroża w zasadzie też. Bo napęd na wszystkie koła oraz prawie czterystukonna Vósemka nie pozostawia wątpliwości, że auto dobrze radzi sobie poza asfaltem. O ile oczywiście nasz portfel dysponuje prawdziwie królewskimi zasobami.

A zatem do zobaczenia w terenie!

Moje hobby: off road - 11

Zdjęcia: www.toyota.com

przeczytaj cały artykuł

Mamy nowych Mistrzów

Autor: Kurier Kamieniarski   |   Data publikacji: wtorek, 02 lipca 2013 13:20

Mamy nowych MistrzówŚwiadectwo czeladnicze oraz dyplom mistrzowski to potwierdzenie doświadczenia i wiedzy rzemieślnika

Dzień 4 kwiecień 2013 przejdzie do historii. Tego dnia bowiem w Izbie Rzemieślniczej i Małej Przedsiębiorczości w Świdnicy odbyły się ostatnie w tej instytucji egzaminy potwierdzające kwalifikacje zawodowe. Ostatnie nie z powodu braku chętnych, lecz z powodu zamknięcia działalności tej Izby w niezbyt odległej przyszłości.

Przed komisją egzaminacyjną w składzie: Piotr Kiełbasa (przewodniczący), Stanisław Sitarz, Ryszard Chęciński i Piotr Jaszczyszyn stawiło się czterech kandydatów pragnących uzyskać tytuł Mistrza w zawodzie kamieniarz oraz jeden kandydat do tytułu Czeladnik.

Egzamin składał się z dwóch części – praktycznej i teoretycznej. W części praktycznej egzaminatorzy przyjrzeli się pracom kamieniarskim wykonanym przez egzaminowanych. Ocenie poddano wyroby w postaci parapetów, blatów, elementów murowych i elementów dekoracyjnych wykonanych z kamienia.

W części teoretycznej egzaminu była sprawdzana wiedza dotycząca materiałoznawstwa, maszynoznawstwa, technologii produkcji i montażu wyrobów z kamienia, prawa pracy, BHP i prowadzenia działalności gospodarczej. Wiedza została gruntownie sprawdzona w trakcie dwóch etapów – pisemnego i ustnego.

Szeroka tematyka, która była oceniana, oraz stres egzaminacyjny nie przeszkodziły kandydatom w uzyskaniu pozytywnych wyników egzaminu.

Do grona tytułowanych dołączyli (w porządku alfabetycznym):
• Michał Firlej – mistrz kamieniarski,
• Eugeniusz Kierzonkowski – mistrz kamieniarski,
• Krzysztof Skolak – mistrz kamieniarski,
• Marek Szymański – mistrz kamieniarski,
• Marcin Wypchło – czeladnik kamieniarski.

Gratulujemy!

O zasadach przyznawania tytułów rzemieślniczych oraz o korzyściach płynących z posiadania świadectwa czeladniczego lub dyplomu mistrzowskiego napiszemy w następnym numerze Kuriera Kamieniarskiego.

przeczytaj cały artykuł

Rzecz o „oszczędzaniu” czasu

Autor: Jakub Zdańkowski   |   Data publikacji: wtorek, 02 lipca 2013 12:01

60„Czas to pieniądz” – głosi znane przysłowie. Przywykliśmy do tego, że za czas poświęcony pracy otrzymujemy zapłatę w postaci pieniędzy. Co by się jednak stało, gdyby za godzinę pracy otrzymywać… godzinę pracy? Właśnie na takiej zasadzie działają banki czasu.

Oszczędzać – odkładać, zbierać, gromadzić, racjonować, miarkować, zachowywać na później, zużyć mniej...

Idea narodziła się w latach 80. za sprawą amerykańskiego prawnika Edgara Cahna, który wprowadził tzw. timedollars, czyli walutę odzwierciedlającą czas poświęcony pracy. Na polskim gruncie banki czasu pojawiły się w latach dziewięćdziesiątych, początkowo pod nazwą LETS (Local Exchange Trade Systems). Banki czasu są własną inicjatywą członków społeczności sąsiedzkich lub miejskich. Łączy je tylko wspólna idea i nazwa (choć mogą też funkcjonować pod inną), gdyż każda taka wspólnota działa niezależnie i na własnych zasadach.

Zasada działania jest prosta – jednostką płatniczą nie są pieniądze, lecz czas. Każda usługa, niezależnie od jej statusu społecznego, jest wyceniana dokładnie tak samo. Godzina sprzątania równa się godzinie korepetycji lub naprawiania samochodu. Każdy, kto ma trochę wolnego czasu i dobrych chęci, może zaoferować swoje usługi lokalnej społeczności, a poświęcony w ten sposób czas trafi do banku i będzie go można wykorzystać na usługi uzyskane od pozostałych członków.

W przedsięwzięciu może uczestniczyć każdy. Wśród usług, na które zgłaszane jest zapotrzebowanie, znajdziemy np. wspólne wyjście do kina, opiekę nad dzieckiem, zrobienie zakupów albo spacer z psem. Nawet osoby, które nie posiadają żadnych specjalistycznych umiejętności, lub uważają, że takowe nie przydadzą się lokalnej społeczności, na pewno znajdą coś, co mogą zaoferować.

Aby zacząć korzystanie z banku czasu wystarczy taki bank założyć – potrzeba do tego tylko kilka osób, które wyrażą chęć uczestniczenia w tym przedsięwzięciu. Można też przyłączyć się do istniejącego banku czasu. Banki czasu działają już w wielu miejscach w Polsce. Jednak dość istotną cechą jest ich lokalny charakter. W prawdzie nie jest niemożliwa wymiana usług na odległość kilkudziesięciu czy kilkuset kilometrów, ale w praktyce łatwiejsze okazuje się funkcjonowanie banku w społeczności obejmującej osiedle lub małą miejscowość.

Bezpłatna pomoc sąsiedzka jest nieopodatkowana, nie należy się więc martwić kwestiami prawnymi. Tylko od dobrej woli i chęci działania mieszkańców miasta lub osiedla zależy, czy uda się zgromadzić wystarczająco liczną grupę, żeby cała idea mogła wejść w życie. W tym celu trzeba zadbać o to, by jak najszersze grono osób dowiedziało się o inicjatywie, na przykład poprzez ogłoszenia albo pocztę pantoflową. Ważne jest też, aby jedna osoba zdecydowała się koordynować działania banku i pilnować rejestru godzin. Jeśli te dwa warunki zostaną spełnione, rozwój nowego banku czasu jest tylko kwestią… czasu .

Dobrodziejstw płynących z bezpłatnej pomocy sąsiedzkiej jest wiele. Po pierwsze, stwarza możliwość wymiany usług osobom, które nie mają pieniędzy lub z jakichś przyczyn są wykluczone zawodowo. Jest to doskonała formuła dla bezrobotnych, dzięki której mogą nie tylko pożytecznie wykorzystać swoje zdolności pomagając innym, ale też uzyskać dostęp do bezpłatnych usług, odciążając finansowo domowy budżet. Również osoby starsze mają szansę dzielić się z innymi swoim czasem oraz obecnością, a w zamian otrzymać pomoc na przykład przy sprzątaniu czy utrzymywaniu mieszkania.

Banki czasu pomagają także zacieśnić więzi wśród małych społeczności. Może się okazać, że ludzie z jednego osiedla odnajdą przy okazji wspólne pasje, o których nigdy by się nie dowiedzieli, mijając anonimowego sąsiada z domu obok. Aby pomagać sobie nawzajem, nie trzeba wiele. Mimo że praca w ramach banków czasu nie jest całkiem bezinteresowna, to nie chęć zysku jest głównym motywem działania. Chodzi przede wszystkim o możliwość pomagania osobom z otoczenia i zacieśniania więzi. Korzyści z tego wynikające są jedynie skutkiem, a nie celem.

Z drugiej strony, bezpłatna pomoc sąsiedzka wydaje się być doskonałym sposobem na ograniczenie wydatków, zwłaszcza w czasach trudnej sytuacji ekonomicznej. Wiele z usług, które niepotrzebnie nadwyrężają naszą kieszeń, można z powodzeniem uzyskać od sąsiadów w zamian za odrobinę swojego czasu. Na bazie szczerej i uczciwej komunikacji można zdziałać zadziwiająco wiele, przy okazji odwzajemniając otrzymaną pomoc.

W dzisiejszych czasach często zapomina się o wartości, jaką niesie ze sobą praca, postrzegając ją głównie jako sposób na zarobienie pieniędzy. W skutek postępu technologicznego staliśmy się wręcz niebezpiecznie samowystarczalni, przez co przeznaczamy coraz mniej czasu na budowanie wspólnoty. Banki czasu wydają się być znakomitym sposobem na przełamanie tego wzorca i otwarcia się na możliwości, jakie niesie ze sobą współpraca z ludźmi, którzy nieraz są na wyciągnięcie ręki.

Więcej informacji:
www.bankczasu.org
www.bankczasu.gsi.pl
www.lodzkibankczasu.pl
kaliskibankczasu.caritas.pl

przeczytaj cały artykuł
Strona 213 z 230

Najnowszy numer
6/2025 (139)

grudzień 2025 – styczeń 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

noimage
2025-12-08 00:00:00
Sprzedam automat polerski firmy PROMASZ, mało używany, z głowicą. Cena do uzgodnienia. Krotoszyn. Tel. 607 334 259

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.