Reklama


Artykuły

„Bezpieczne” formy działalności gospodarczej

Autor: Krzysztof Fornal   |   Data publikacji: poniedziałek, 25 sierpnia 2014 01:00

dzialalnosc_gospod.jpg

Wybierając formę działalności gospodarczej przyszły przedsiębiorca musi uwzględnić wiele czynników, aby dokonać właściwego wyboru. Zależnie od okoliczności - sytuacji finansowej i materialnej przedsiębiorcy i/lub jego wspólników, poziomu zaangażowania własnych środków oraz ryzyka z jakim wiąże się planowane przedsięwzięcie, decyzję o formie działalności należy dobrze przemyśleć. Zdarza się również, że kilku przedsiębiorców dla połączenia sił rozważa utworzenie spółki. Albo zakładają zupełnie nowy podmiot albo łączą istniejące przedsiębiorstwa. Powodem może być optymalizacja kosztów i/lub podatków albo wzmocnienie pozycji na rynku. Warto wiedzieć, że czynności, których przedmiotem jest przedsiębiorstwo, są neutralne podatkowo na gruncie VAT, PIT i CIT - za połączenie kilku przedsiębiorstw nie zapłacimy ani podatku dochodowego ani VAT.

Nie będziemy tu omawiać wszystkich form działalności.

Przedsiębiorca, który zamierza prowadzić działalność gospodarczą samodzielnie, zaś planowany biznes jest mało ryzykowny, winien rozważyć działalność jednoosobową osoby fizycznej. Jest to najłatwiejsza z form prowadzenia biznesu, dla której może wybrać jedną z uproszczonych ewidencji podatkowych. Należy jedynie zwrócić uwagę, że osoba fizyczna i jej przedsiębiorstwo nie posiadają odrębnej podmiotowości prawnej i przedsiębiorca za zobowiązania firmy odpowiada całym swoim majątkiem. Dla ograniczenia skutków ewentualnego niepowodzenia planowanego przedsięwzięcia warto zastanowić się nad jednoosobową spółką z ograniczoną odpowiedzialnością (więcej w dalszej części tekstu).

Często jednak przedsięwzięcia mają więcej niż tylko jednego autora. W tej sytuacji wspólnicy muszą się zdecydować na wybór jednej ze spółek. Bardzo popularne nadal są spółki cywilne. Tę jednak należy odradzić osobom, które mają do siebie ograniczone zaufanie, a także w sytuacji, gdy biznes jest ryzykowny, bowiem wspólnicy odpowiadają za zobowią-zania spółki solidarnie (osobiście i bez ograniczeń). Odnośnie jednak prywatnych zobowiązań jednego ze wspólników spółki cywilnej należy wskazać, że majątek spółki jest chroniony przed wierzycielem tego wspólnika. Oznacza to, że pozostali wspólnicy nie muszą się obawiać osobistej odpowiedzialności za zobowiązania prywatne jednego ze wspólników. Nie oznacza to jednak, że można uciec od odpowiedzialności w spółkę cywilną, bowiem przepisy pozwalają wierzycielowi, przy spełnieniu pewnych warunków, na wypowiedzenie udziałów zadłużonemu wspólnikowi. Wówczas wierzyciel będzie mógł przejąć majątek przypadający wykluczonemu wspólnikowi.

Do wyboru mamy także inne spółki, w różny sposób chroniące majątek i interesy wspólników. Dla przykładu w spółce jawnej występuje tzw. odpowiedzialność subsydiarna. To oznacza, że dopiero po bezskutecznej egzekucji z majątku spółki, wierzyciel może „wyciągnąć rękę” po majątek prywatny wspólników. Zaś w spółce komandytowej wspólnicy (komandytariusze) odpowiadają za zobowiązania spółki do wysokości sumy komandytowej (określonej w umowie spółki). Za zobowiązania spółki odpowiada nato-miast komplementariusz (może nim być także jeden ze wspólników). I to całym swoim majątkiem. Zatem wspólnicy znajdują się w komfortowej sytuacji, bowiem za zobowiązania spółki odpo-wiada osoba wyznaczona do jej reprezentacji, więc nie ryzykują prywatnym majątkiem za ewentualne niepowodzenie przedsięwzięcia. Podobnie funkcjonuje także spółka z ograniczoną odpowie-dzialnością (sp. z o.o.), w której odpowiedzialność wspólników (udziałowców) jest ograniczona do wysokości posiadanych udziałów (nie odpowiadają oni za zobowiązania spółki prywatnym majątkiem).

Dwa ostatnie przypadki są dość interesujące i w zakresie odpowiedzialności funkcjonują podobnie. Jednak zasadnicza różnica dotyczy sposobu opodatkowania dochodów tychże spółek. W spółce komandytowej podatek dochodowy rozlicza każdy ze wspólników z osobna (jako podatnik podatku dochodowego od osób fizycznych - podatkiem liniowym lub progresyw-nym), do wysokości udziału w zysku określonego umową spółki (sama spółka nie jest podatnikiem podatku dochodowego). Inaczej ma się sprawa w przypadku sp. z o.o., bowiem to spółka rozlicza podatek dochodowy i wydawałoby się, że nic w tym złego, ale raz opodatkowany dochód (podatkiem dochodowym od osób prawnych - 19%), nim trafi do rąk udziałowców (w formie dywidendy), podlega kolejnemu opodatkowaniu (podatkiem dochodowym od dochodów kapitałowych - 19%).

Z uwagi na powyższe w praktyce spotyka się spółki, które łączą korzyści płynące z obu w/w form działalności - bezpieczeństwo sp. z o.o. i optymalizacja podatkowa spółki komandytowej - czyli spółka z ograniczoną odpowiedzialności spółka komandytowa. Jest to spółka komandytowa, w której komplementariuszem (czyli stroną przejmującą odpowiedzialność za zobowiązania spółki) jest sp. z o.o. Ustanawiając w umowie spółki niski udział w zysku dla sp. z o.o., wspólnicy (komandytariusze) unikają podwójnego opodatkowania dochodu, przy jednoczesnym transferze całej odpowiedzialności za zobowiązania spółki komandytowej na sp. z o.o. (ta zaś, jako spółka kapitałowa, odpowiada za zobowiązania swoim majątkiem).

Jak wynika z powyższego omówienia, trafność wyboru, co do formy prowadzenia działalności, może mieć ogromne znaczenia. Nie tyle dla powodzenia planowanego przedsięwzięcia, co dla losu przedsiębiorcy i/lub jego wspólników w razie ewentualnego niepowodzenia. Zatem decyzja o formie działalności powinna być dobrze przemyślana. Dokonując właściwego wyboru, prócz zabezpieczenia własnego majątku, możemy również w znaczącym stopniu zoptymalizować obciążenia podatkowe.

Zapraszam do dyskusji na tematy poruszane w tym dziale - do dyspozycji mamy forum na stronie www.kurierkamieniarski.pl//forum. Chętnie również odpowiem na łamach Kuriera na pytania przesłane na adres biuro@kancelariaksiegowych.pl

przeczytaj cały artykuł

Thibaut T858V2 - maszyna o niesamowitych możliwościach

Autor: Andrzej Bukalski   |   Data publikacji: poniedziałek, 25 sierpnia 2014 01:00

thibaut_maszyna_m.jpg

Już wtedy, gdy pierwszy raz ją zaprezentowano na targach w Weronie w 2012 roku, zapowiadała rewolucję.
Nowe, innowacyjne 5-osiowe centrum obróbcze firmy Thibaut wyznaczyło nową jakość w numerycznej obróbce kamienia. Wkrótce jedna z tych maszyn będzie zainstalowana także w Polsce.

Maszyna Thibaut T858V2 to najnowsza wersja 5-osiowego centrum obróbczego CNC. Dzięki sterowaniu maszyny w 5 interpolowanych osiach oraz użyciu zaawansowanego oprogramowania, specjalnie zaprojektowanego do obróbki elementów kamiennych, maszyna T858 V2 może wydajnie wykonać wiele skomplikowanych operacji kształtowania, szlifowania oraz polerowania. Dzięki wysokim obrotom wrzeciona - do 10.000 obr./min., można używać narzędzi o małej średnicy - np. do grawerowania. Duża, z kolei, moc 12 kW, a wersji do obróbki betonu nawet 22 kW, pozwala na wydajną obróbkę narzędziami o dużych średnicach, na przykład tarczą diamentową o średnicy 400 mm.

Maszyna dostępna w wersji monoblokowej lub poruszająca się na betonowych lub stalowych murkach o różnej długości: 6, 12 lub 16 m. Magazyn narzędzi umożliwia umieszczenie od 36 do 135 narzędzi, co daje maszynie pełną autonomię, nawet przy obróbce bardzo skomplikowanych elementów.

Wyjątkowość maszyny Thibaut T858V2 to przede wszystkim:

• Docisk pneumatyczny narzędzia (patent) do obrabianego elementu we wszystkich położeniach wrzeciona: umożliwia polerowanie kształtowych powierzchni, faz czy też grubych boczków, zapewnia doskonały poler oraz zmniejsza zużycie narzędzi.
• Bardzo wydajne oprogramowanie: maszyna T858V2 dostarczana jest z najnowszą, 4 wersją oprogramowania, T’Cad/T’Cam 3D specjalnie opracowaną do wydajnego i szybkiego projektowania i obróbki elementów kamiennych. Program T’Cad umożliwia w łatwy i przyjazny sposób na projektowanie i modelowanie kształtów 3D i wizualizację procesu obróbki. Dzięki temu bardzo szybko można stworzyć trójwymiarowy obraz obrabianego elementu. Program zawiera szybki kreator do przygotowania elementów nagrobkowych i blatów. Oprogramowanie T’Cam umożliwia szybkie zaprogramowanie różnych rodzajów obróbki, sekwencji użytych narzędzi, podgląd i symulację przebiegu procesu. Wersja Pack 2 umożliwia ciągłą interpolację w 5 osiach maszyny. Funkcja ta, w powiązaniu z dociskiem pneumatycznym, daje doskonałe wykończenie obrabianych elementów, ponieważ narzędzie pracuje prostopadle do obrabianej powierzchni.
• Duży zakres przestrzeni roboczej: 3020 mm w osi Y; zależnie od wersji 3550 - 16000 mm w osi X oraz 800 - 1200 mm w osi Z.
• Obrotowa głowica: obrót w osi C +/- 250°, pochylanie wrzeciona w osi B +/- 115°. Osie B i C wyposażone są w specjalne hamulce hydrauliczne do zablokowania napędu podczas obróbki.
• Specjalne, bardzo mocne wrzeciono: prędkość obrotowa regulowana falownikiem 250-10.000 obr/min. Mocowanie narzędzi za pomocą stoż-ków BT40, maksymalny ciężar narzędzi 15 kg.
• Bardzo bogate wyposażenie: w standardowym wyposażeniu maszyna T858V2 posiada między innymi stabilny, ciężki stół granitowy; laser umożliwiający łatwe pozycjonowanie przyssawek oraz wczytywanie kształtu szablonów; wbudowany system pomiaru narzędzi oraz opatentowane rozwiązanie umożliwiające automatyczną korekcję wymiarów narzędzia na skutek ich zużycia. 

Kupując maszynę Thibaut mamy także możliwość wykorzystania wyjątkowych, opatentowanych rozwiązań, które znajdują się jedynie w ofercie tej firmy. Do tych rozwiązań, oprócz docisku pneumatycznego narzędzi, należą między innymi:
- głowica wahliwa z 3 segmentami typu Fickert, umożliwiająca polerowanie nawet dużych płaszczyzn płyt granitowych.
- specjalna przekładnia kątowa umożliwiająca całkowite wypolerowanie płaszczyzn stykających się w rogach; z przekładnią tą dostarczany jest także opatentowany system wymiany narzędzi polerskich, dzięki czemu jedną przekładnią możemy wykonać pełną sekwencję operacji polerowania.

Nowością w maszynie T858V2 jest także SCAN BOX, system umożliwiający szybkie i bardzo precyzyjne odczytanie kształtu i wymiarów obrobionego wstępnie elementu oraz zapa-miętanie jego położenia. Dzięki temu systemowi obróbka elementu wyciętego na przykład na pilarce mostowej może bez najmniejszego problemu być kontynuowana na centrum obróbczym bez żadnego niebezpieczeństwa uszkodzenia narzędzia.

Każda z maszyn firmy Thibaut wyposażona jest w system TELEMAINTENANCE, zdalnego podłączenia maszyny poprzez łącza internetowe ze służbami serwisowymi. Dzięki temu Serwis firmy Thibaut ma możliwość kontroli pracy maszyny, parametrów pracy, diagnostyki, zdalnego rozwiązywania ewentualnych problemów. Zdecydowana większość problemów jest teraz rozwiązywana na bieżąco, bez konieczności wizyty technika serwisowego.

Doskonałym uzupełnieniem maszyny obróbczej jest nowatorski skaner T’SCAN 3D. Jest to urządzenie podobne do kamery video 3D, które pozwala w kilka sekund zarejestrować kształt obiektu i następnie utworzyć jego cyfrowy model przestrzenny 3D. Posiadając już model cyfrowy obiektu, w banalny sposób przenosimy go do oprogramowania T’Cad/T’Cam 3D, dzięki czemu centrum numeryczne może wykonać jego kopię w kamieniu.
Jeszcze nigdy programowanie centrum obróbczego do wykonywania rzeźb, płaskorzeźb czy innych elementów architektury nie było tak proste.

—Co przeważyło, że zdecydował się pan na zakup maszyny firmy Thibaut? —zadaliśmy to pytanie panu Markowi Bolińskiemu z firmy Bolmar.

—Mam już spore doświadczenie z maszynami sterowanymi numerycznie, jedna taka maszyna pracuje u nas już 5 lat. Wiem czego można oczekiwać od takiej maszyny, znam jej słabości. Z chwilą gdy zacząłem rozglądać się za nową maszyną sterowaną w 5 osiach, odwiedziłem wiele zakładów, praktycznie wszystkich producentów tego typu maszyn. Mogę powiedzieć szczerze, że tylko maszyna T858V2 spełnia wszystkie moje potrzeby. Maszyna jest zakupiona ze środków unijnych województwa przeznaczonych na dostosowanie przedsiębiorstwa do wymogów ochrony środowiska i spełnia wszelkie normy stawiane w tym programie. Jest oszczędna i szybka, w związku z czym zużywa mało energii elektrycznej, wody i narzędzi diamentowych.

- Istnieje powszechne przekonanie, że maszyny Thibaut są bardzo drogie. Czy to prawda?
- Nie mogę zdradzić szczegółów handlowych, ale z całą pewnością cena maszyny odpowiada jej walorom. I nie jest to cena przesadnie wygórowana.
- Na kiedy jest planowane uruchomienie maszyny?
- Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, maszyna powinna pracować już w październiku.
- Życzymy zatem aby spełniły się wszystkie pańskie oczekiwania oraz aby ta maszyna była dla pana źródłem pełnej satysfakcji.

przeczytaj cały artykuł

Oswoić smartfona

Autor: Jarosław Świeboda   |   Data publikacji: poniedziałek, 25 sierpnia 2014 01:00

smartfon.jpg

Telefon komórkowy już od wielu lat stał się nieodłącznym kompanem współczesnego człowieka. Obecnie weszliśmy w nową erę - erę smartfonów.
W życiu każdego z nas przychodzi w końcu dzień, w którym trzeba wymienić nasz stary, wysłużony telefon na nowoczesne, dotykowe urządzenie, gdzie opcje dzwonienia i wysyłania smsów wydają się być jedynie dodatkowe. No cóż, trzeba przecież pójść z duchem czasu i przesiąść się na osławionego smartfona.
Czym jest to urządzenie, z którego będziemy korzystać codziennie przez najbliższy czas?

Smartfon to wielofunkcyjne urządzenie, które może stać się naszym mobilnym biurkiem, sekretarką (przypominającą nam o spotkaniach), szafą ze zbiorem potrzebnych dokumentów, nawigacją czy narzędziem do pomiarów. A to tylko nieliczne z właściwie nieskończonych możliwości tego, co do niedawna nazywane było telefonem. Trzeba jednak pamiętać, że smartfon bez internetu to jak samochód bez kół, może być najlepszy, ale bez nich nie ruszy nawet z miejsca. Dlatego, aby nasz smartfon mógł w pełni rozłożyć skrzydła, potrzebny jest przynajmniej minimalny pakiet internetowy.


Obecne smartfony to urządzenia o delikatnej budowie, przez co upadek nawet z niewielkiej wysokości może skończyć się ich „przedwczesną śmiercią”. Smartfony z wyższej półki posiadają zazwyczaj przedni panel wykonany z Gorilla Glass, czyli materiału, który w pełni zabezpiecza ekran przed zarysowaniami oraz jest odporny na uderzenia. Trzeba jednak pamiętać, że elektronika telefonu jest bardzo wrażliwa na upadki i starać się, aby nasz telefon zbyt często nie lądował w okolicy butów. Na rynku znajduje się wiele pokrowców dodatkowo zabezpieczających nasze urządzenie przed upadkiem, jednak kiedy chodzi o ich skuteczność, bywa różnie. Moim zdaniem najlepiej sprawdza się pokrowiec o dziwnej nazwie „uag”. Po ubraniu takiego pokrowca nasz smartfon może i nie wygląda zbyt elegancko, ale coś za coś. Chociaż urządzenie wygląda w pokrowcu „uag” dość pancernie, to upadek nawet z dwóch metrów nie powinien stanowić zagrożenia dla naszego smartfonu.

Aplikacja, personalizacja, qwerty. Jakby po polsku się nie dało...

Współczesne telefony pracują na kilku systemach operacyjnych, takich jak IOS, Windows Mobile, czy Android. Ten ostatni uważam za najprostszy w obsłudze, a o jego popularności niech świadczy duża liczba dostępnych programów potocznie zwanych aplikacjami.
W pakiecie startowym nasz telefon wyposażony jest w zestaw podstawowych aplikacji. Są one widoczne na ekranie pod postacią ikonek. Aby w pełni spersonalizować (dostosować do siebie) naszego smartfona potrzebujemy konkretnych programów, które usprawnią nam pracę, będą służyć rozrywce, albo, zwyczajnie, będą kaprysem. W końcu „Twój smartfon —Twoja sprawa” .

Tutaj przychodzi nam z pomocą ikonka o nazwie „Sklep Play”. Po jej kliknięciu przenosimy się na stronę internetową zawierającą olbrzymią ilość programów. Z tej puli możemy wybrać te, które zasługują, aby znaleźć się na naszym urządzeniu mobilnym. W odróżnieniu od zwykłego sklepu w „Sklepie Play” za dużą część programów wcale nie musimy płacić. Możemy je bezkarnie pobrać i zainstalować. Jednak wszyscy wiemy, że tak naprawdę nie ma nic za darmo, z tego powodu programy darmowe zawierają często reklamy, nieraz dość uciążliwe, a jedynym sposobem na pozbycie się ich jest przejście do wersji „premium” - czyli zapłacenie za aplikację.

Instalacja aplikacji, nie jest wcale trudna. Wystarczy postępować według instrukcji, które wyświetlają się na ekranie. Niektóre programy potrzebują do poprawnego działania dostępu do innych programów czy funkcji smartfonu. Najczęściej chodzi o dostęp do pozycji GPS, do katalogu ze zdjęciami albo do kalendarza. Niestety, jest to zwykle warunek konieczny - jeśli nie akceptujemy tego, to musimy poszukać innej aplikacji, która nie ma takich wymagań.
Samo zainstalowanie programów nie oznacza, że nasze urządzenie będzie lepsze. Musimy jeszcze chcieć z nich korzystać.
Pierwszą cechą smartfonu, która rzuca się w oczy, to klawiatura - nie jest numeryczna, lecz „qwerty”, tak jak w każdym laptopie czy komputerze (nota bene nazwa „qwerty” pochodzi od liter na kolejnych klawiszach poniżej klawiszy z cyframi). Aby wywołać na niej polskie znaki należy dłużej przytrzymać wybraną literkę - po chwili pojawiają się dodatkowe litery do wyboru. Niektórzy wolą wrócić do układu klawiatury znanej z tradycyjnych telefonów - wystarczy zmienić to w ustawieniach telefonu. Jednak warto dać szansę klawiaturze „qwerty”, bo kiedy się do niej przyzwyczaimy nie będziemy chcieli wrócić do starej. 

Podstawową aplikacją, która znajduje się na każdym smartfonie jest kalendarz. Wbrew pozorom, to całkiem rozbudowany program, w którym, oprócz sprawdzenia daty, możemy zapisać terminy spotkań, rocznic, imienin czy choćby „weź pigułkę!” na najbliższych kilka lat. Smartfon będzie nam o tym przypominał. Obsługa kalendarza jest intuicyjna - wystarczy kliknąć wybraną datę w kalendarzu, po kolei wypełnić wszystkie pola i na końcu nacisnąć „zapisz”.
W następnym numerze Kuriera opiszę kolejne programy i zastosowania smartfonu. Pokażę, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Smartfon to przyjazne urządzenie i jeżeli damy mu szansę i poznamy go lepiej, to nie tylko ułatwi nam pracę i usprawni życie, ale stanie się naszym prywatnym pomocnikiem, a może nawet przyjacielem.

Piszcie na biuro@kurierkamieniarski.pl o jakich funkcjach smartfonu ma być następny tekst.

przeczytaj cały artykuł

Dlaczego tak?

Autor: Bogusław Skolak   |   Data publikacji: poniedziałek, 25 sierpnia 2014 01:00

dlaczego_tak1.jpg

I znów głośno o Krakowie. Tym razem z powodu granitowej kostki na Rynku. Że nie wytrzymała upałów i wybrzuszyła się. Bo i jak miała się nie wybrzuszyć skoro zafugowana była preparatem może i skutecznie chroniącym przed wodą, ale przy okazji twardym i zupełnie nieelastycznym. To tak, jakby pchać klin między dwa kamienie i dziwić się, skutkom takiego działania. Praw fizyki się nie oszuka.


Przykład Krakowa nie jest odosobniony. W każdej miejscowości znajdzie się takie miejsce, gdzie tego typu błędy, rzec by można, mnożą się same. Zwłaszcza w ostatnich latach, kiedy ogromne fundusze inwestowane są w rewitalizację miast, a przede wszystkim w ich zabytkowych okolic.
Obok tekstu zdjęcia z Gdańska. Płyty ułożone „na styk” może i zostaną docenione przez kobiety na szpilkach, ale sprawa ich wyszczerbienia lub wybrzuszenia, to tylko kwestia czasu. Przecież płyty będą pracowały i przesuwały się względem siebie - zarówno pod wpływem odbywającego się po nich ruchu jak i pod wpływem zmian temperatur. Skutek jest oczywisty: w najlepszym razie wyszczerbione krawędzie.

I co z tego, że wszyscy fachowcy, wszyscy rzeczoznawcy i wszystkie gazety branżowe trąbią o tym na okrągło? Co chwila pojawia się temat układania kostki czy płyt „na styk”, układania kostki ciętej w miejscach o pod-wyższonym natężeniu ruchu, doboru grubości i wymiaru płyt do przenoszonych obciążeń, czy choćby fugowania materiałami o odpowiednich do zastosowań właściwościach i elastyczności...
Zawsze się znajdzie się ktoś, komu się wydaje, że prawa fizyki da się oszukać.

Pytam więc ponownie: dlaczego tak? Uczmy się na błędach innych, nie na swoich.

dlaczego_tak2.jpg

przeczytaj cały artykuł

Podróż za jeden uśmiech cz. IV

Autor: Jakub Matuszewski   |   Data publikacji: poniedziałek, 25 sierpnia 2014 01:00

podroz_a.png

Dzień dziewiętnasty. Po nocy spędzonej na karimacie na murku koło stacji benzynowej gdzieś pod Malagą osiągnąłem cel podróży - wjeżdżam do Gibraltaru.
Gibraltar niegdyś był częścią Hiszpanii. Jednak bieg historii doprowadził do tego, że w 1704 roku, w trakcie wojny o sukcesję hiszpańską, Gibraltar został zdobyty przez Brytyjczyków, a podczas pokoju utrechckiego z 1713 roku został im przyznany jako wieczysta kolonia.
Ostatnie 150 kilometrów pokonałem pięcioma samochodami, a w pamięci mam Ruth, która poprzedniego wieczora rozpuściła włosy do pamiątkowego zdjęcia - abym zapamiętał ją jako typową Hiszpankę.

Ważnym „towarzyszem” współczesnego podróżnika stał się internet. Można tam w kilka chwil znaleźć wszystko, co jest w trasie niezbędne. Noclegi, adresy, ulice… Dlatego autostopowicze bardzo lubią restauracje McDonald’s, które oferują darmowy dostęp do wi-fi. Nim więc przekroczyłem granicę hiszpańsko-brytyjską skorzystałem z sieci w pobliskim fast-foodzie.

Zaraz za granicą znalazłem się na jednym z ciekawszych miejsca na Gibraltarze, mianowicie na… lotnisku. Pas startowy przecina drogę, a gdy samoloty startują bądź lądują, przejście blokowane jest szlabanami jak na zwykłym przejeździe kolejowym.
Po półgodzinnym marszu już witałem się z Nickiem - moim gospodarzem na najbliższe dni, z którym nawiązałem kontakt klika dni wcześniej na couchsurfingu i który zgodził się przenocować mnie. Jak się okazało nie byłem jednym gościem Nicka.
Już pierwszego dnia mojego pobytu dowiedziałem się kilku przydatnych rzeczy. Po pierwsze, tuż obok mieszkania Nicka był Nazareth House, w którym codziennie od poniedziałku do piątku każdy potrzebujący mógł zjeść pożywne śniadanie - z czego z radością korzystaliśmy. Ponadto kilkaset metrów dalej mieścił się Kościół Metodystów, w którym można było się posilić w niedziele. Naprzeciwko niego natomiast była biblioteka, gdzie można było skorzystać z internetu. Taka sytuacja była dla mnie, jako podróżnika, idealna. Przy dość ograniczonym budżecie możliwości zaoszczędzenia kilku złotych na dalszą trasę jest bezcenna.

W trakcie mojego pięciodniowego pobytu na Gibraltarze zwiedziłem niemal wszystko, co warte jest tam zobaczenia. Widziałem większość umocnień obronnych jeszcze z czasów wojen. Dotarłem na Europe Point, powszechnie znanego jako najdalej wysuniętego na południe miejsca Europy (w rzeczywistości takim nie jest). Tuż obok tego miejsca znajdował się malowniczo wkom-ponowany w otoczenie meczet, oraz miejsce, które jest ważne dla każdego Polaka - pomnik generała Władysława Sikorskiego.

Generał Sikorski zginął 4 lipca 1943 roku w katastrofie lotniczej zaraz po starcie z lotniska na Gibraltarze. Katastrofa nadal wzbudza kontrowersje i obrosła różnymi teoriami, w tym spiskowymi. Pomnik natomiast poświęcony temu wydarzeniu w zeszłym roku został odnowiony przeniesiony w obecne miejsce, o czym donosił również Kurier Kamieniarski.

Symbolem Gibraltaru jest Skała Gibraltarska, która wznosi się 426 metrów ponad poziomem morza. Większość z jej powierzchni zajmuje rezerwat przyrody, w którym żyje około 240 małp magotów, czyli jedynego dziko występującego gatunku małp w Europie. Legenda głosi, że tak długo, jak magoty występują na Gibraltarze, tak długo to miejsce będzie pod brytyjskim panowaniem. Same małpy nie są niebezpieczne i są przyzwyczajone do ciągłej obecności turystów. Jednak trzeba na nie bardzo uważać ponieważ zdarzały się przypadki, kiedy magoty kradły ludziom torebki, czy zrywały z szyi aparaty. W ich obecności absolutnie nie wolno wyciągać jedzenia, gdyż wtedy mogą zaatakować. Jednak przy zachowaniu ostrożność małpy nie wyrządzają nikomu żadnej krzywdy. I bez problemu można nawet sfotografować się z nimi.
Warto także wiedzieć, że Gibraltar jest jednym z tak zwanych „rajów podatkowych”. Dlatego ceny m.in. sprzętu elektronicznego i używek są tam bardzo atrakcyjne. Na przykład w jednym ze sklepów na głównej ulicy Gibraltaru widziałem litrowego Sobieskiego za 5 funtów, czyli mniej więcej równowartość 25 złotych.

Po pięciu dniach spędzonych w brytyjskiej kolonii nadszedł czas ruszyć w drogę powrotną. Wiele osób mnie przestrzegało, że opuszczenie Gibraltaru nie jest takie proste. Ze względu na atrakcyjne ceny wielu ludzi próbuje co nieco przemycić na stronę hiszpańską. Ku mojemu zaskoczeniu nawet nikt nie sprawdził moich dokumentów, mimo że przecież szedłem z dwoma wypchanymi plecakami.

Dużo czasu zajęło mi natomiast znalezienie dobrego miejsca do łapania stopa. Dopiero po półtora godzinnym marszu trafiłem na miejsce doskonałe. Był to przystanek autobusowy zaraz za rondem - samochody dopiero zjeżdżające ze skrzyżowania nie jadą jeszcze szybko, natomiast przystanek jest idealnym miejscem, aby mogły się zatrzymać. Transport znalazłem jednak dopiero po dwóch godzinach. Zmęczony odłożyłem karton z napisem „SEVILLA” i usiadłem na ławce. Sprawdzałem na mapie, czy na pewno stoję na dobrej drodze. Wtem kątem oka zauważyłem, że obok zatrzymał się samochód. Kierowcą był Sergio, który jechał prosto do Sewilli. W trakcie jazdy zdziwiony zapytałem, czemu się zatrzymał. Sergio odpowiedział, że półtorej godziny wcześniej jechał w drugą stronę i widział mnie stojącego przy drodze. Powiedział sobie, że jeśli w drodze powrotnej mnie spotka, to zabierze mnie ze sobą.

W stolicy Andaluzji przywitał mnie 42-stopniowy upał. Był to sam środek dnia, słońce niewyobrażalnie prażyło, a ja musiałem znaleźć miejsce do spania. Niestety, nie odezwała się żadna osoba z CouchSurfingu, dlatego skazany byłem na hostel. Cena była bardzo atrakcyjna - 30 euro za 3 noclegi. Ale ten wydatek spowodował, że jeśli nie znajdę gospodarza w Madrycie, to stolicę Hiszpanii będę musiał sobie odpuścić, bo nie stać mnie już na kolejny hostel.

Sevilla to, obok Walencji, najpiękniejsze miejsce, do którego dotarłem. Wspaniały hiszpański klimat unosił się w każdej ciasnej uliczce i znajdujących się na niej barów tapas. Prawdą okazało się także to, co wcześniej o tym mieście słyszałem. Mianowicie w miesiącach letnich życie tam rozpoczyna się dopiero wieczorem. Wcześniej jest po prostu zbyt gorąco, aby można było normalnie funkcjonować. Stąd też wzięła się siesta, czyli popołudniowa, parugodzinna przerwa Hiszpanów od pracy. I faktycznie, kiedy popołudniem wyszedłem z hostelu na ulicach było niewiele osób, zwłaszcza w porównaniu z tym, co działo się wieczorem - gdy na dworze zmierzchało, bary zapełniały się ludźmi. To w Sevilli, jak i całej Hiszpanii, bardzo mnie urzekło. Tam wieczorami miasto tętni życiem, mieszkańcy wychodzą ot tak po prostu, żeby podyskutować ze znajomymi.
Pierwszego dnia wieczorem w hostelu spotkałem Marcina - architekta z Wrocławia. Marcin przyjechał do Sevilli na półroczny staż w hiszpańskiej firmie. Nie znalazł jeszcze mieszkania, więc na kilka dni zameldował się w hostelu. To spotkanie okazało się moim zbawieniem. Kiedy powiedziałem, że prawdopodobnie będę musiał zrezygnować z wizyty w Madrycie, powiedział, że ma tam znajomą z Wrocławia, Kasię, która działa również na couchsurfingu. Kasia, podobnie jak Marcin, przyjechała do Hiszpanii na półroczny staż w jednej z architektonicznych firm. Już następnego dnia dowiedziałem się, że Kasia zgodziła się przyjąć mnie w Madrycie.

Sevilla nie bez powodu uznana jest za jedno z najpiękniejszych miast Półwyspu Iberyjskiego. W stolicy Andaluzji znajduje się wiele zabytków, które można by wymieniać długo. Wspomnę jedynie o ogromnej katedrze Najświętszej Marii Panny, której budowa rozpoczęła się w 1401 roku, o pałacu Alcazar i słynnych na całą Europę ogrodach, o Złotej Wieży (Torre del Oro) z XIII wieku czy Domu Piłata, postawionym kilkaset lat temu na wzór posiadłości Piłata z Jerozolimy. Jednak największe wrażenie wywarł na mnie Plac Hiszpański, który powstał niecałe 100 lat temu. Jest to wielki plac otoczony półkolistym budynkiem zbudowanym częściowo w stylu barokowym, a częściowo renesansowym. Tuż obok niego znajduje park Parque de María Luisa, w którym natura miesza się z całym szeregiem zabytkowych budynków i muzeów. Niezwykły klimat tego miasta spowodował, że niechętnie się z nim żegnałem. Niestety, czas gonił.

Dojazd do Madrytu zajął mi dużo czasu. Na jednej ze stacji pierwszy raz odmówiłem jazdy, mimo że kierowca jechał aż do samej stolicy. Był to Marokańczyk, który mówił płynną angielszczyzną w spokojnym, ale niepokojącym tonie. Kiedy usłyszał, że jestem z Polski, zaczął się mocno nad czymś zastanawiać. W tym momencie zaufałem intuicji i wycofałem się. Jeżdżąc autostopem należy nauczyć się słuchać przeczuć - to dobry zwyczaj.
W Madrycie od razu skontaktowałem się z Kasią i pojechałem do niej. Akurat wybierała się do jednego z najsławniejszych muzeów na świecie, czyli Museo del Prado, gdyż wejście tam w określonych godzinach jest za darmo. Pojechałem z nią, a po wyściu z muzeum usłyszeliśmy muzykę, która zwabiła nas do stóp fontanny Cibeles, jednej z wizytówek miasta. Mnie, kibicowi piłkarskiemu, jest ona znana głównie z tego, że jest miejscem, w którym kibice Realu Madryt świętują sukcesy swojej drużyny. Tego dnia miał się odbyć wybór dwóch miast, które powalczą o organizację Igrzysk Olimpijskich w 2020 roku, a Madryt był jednym z kandydatów. Gdy doszliśmy pod scenę pojawił się na niej Vicente del Bosque, trener piłkarskiej reprezentacji Hiszpanii, co mi, jako fanowi futbolu, sprawiło dużą radość.
Współlokatorem Kasi był Raul, lokalny patriota. Dla niego wszystko co z Madrytu, jest najlepsze w całej Hiszpanii, a co hiszpańskie, jest najlepsze w całej Europie. Jako, że przekonywał mnie o tym w bardzo sympatyczny sposób, nie miałem mu tego ze złe, zwłaszcza, że często faktycznie musiałem przyznać mu rację. Madryckie piwo było jednym z najlepszych, jakie kosztowałem w Hiszpanii. Kolejny dzień upłynął nam na grillowaniu. Nie jestem w stanie wymienić nawet połowy potraw, które Raul przyrządzał. Co chwilę tylko ogłaszał, że to mięso i sposób jego przyrządzenia jest typowe w Argentynie.
Kolejne w Meksyku… i tak przez cały, bardzo miły dzień.

Następny dzień poświęciłem na wędrówkę po mieście. Sam Madryt, mimo wielu wspaniałych miejsc, nie urzeka już tak swoim klimatem jak Sevilla czy Walencja. Najprzyjemniejsze wrażenie zrobił na mnie ogromny Park Retiro. Wśród połaci zieleni i wielu fontann znajduje się ogromny staw, po którym można pływać łódką, a także pomnik jednego z królów Hiszpanii. Jedną z głównych atrakcji jest wykonany w całości ze szkła i stali Pałac Kryształowy. Oczywiście zobaczyłem też stadion Realu, Santiago Bernabeu. Nie mogłem też pominąć Gran Via, czyli jednej z najsławniejszych ulic Madrycie, która jest centrum kulturalnym, rozrywkowym i handlowym miasta. W samym sercu Madrytu znajduje Puerta del Sol, czyli plac, na którym mieści się południk zero. Od tego miejsca mierzone sa wszystkie drogi wychodzące z Madrytu. Sam plac nie robi wielkiego wrażenia - ot, zwykła fontanna, ratusz i mnóstwo turystów.
Kolejnym celem mojej podróży miało być francuskie Bordeaux. Mieszka tam moja ciocia, którą chciałem odwiedzić.

podroz_b.png

 

przeczytaj cały artykuł
Strona 215 z 241
dfgdfgdfg

Najnowszy numer
4/2026 (143)

sierpień-wrzesień 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

noimage
2026-08-18 00:00:00
Tablice-nagrobkowe.pl plexi, konglomeraty. Henryk Moćko tel. 503 33 46 46

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.