Przy okazji przygotowań do wrześniowego Zjazdu Polskiego Związku Kamieniarstwa, od kolegów kamieniarzy otrzymaliśmy liczne sygnały o dużej ilości zamówień, z którymi mają do czynienia w swojej działalności. Spowolnienia spowodowanego wiosennym lockdownem chyba więc specjalnie nie widać, ale jak jest naprawdę, przekonamy się pewnie dopiero za jakiś czas.
Jak restrykcje związane z przeciwdziałaniem COVID-19 wpłyną długofalowo na przedsiębiorstwa, to trudno przewidzieć. Bo chociaż niektóre skutki widzieliśmy od razu, inne pokazują się obecnie, to tak naprawdę nie wiemy, jak system naczyń powiązanych, jakim jest gospodarka, ustabilizuje się po dotychczasowych wstrząsach i zachwianiach. Zwłaszcza, że nie wiemy też, w jakim momencie kryzysu koronawirusowego jesteśmy ani ile on jeszcze potrwa.
Warto jednak zastanawiać się nad możliwymi wariantami i przygotowywać z wyprzedzeniem do ewentualnych zmian. Zmian, które utrudnią dotychczasowy schemat działania lub otworzą nowe możliwości.
W jednym z rozważanych scenariuszy można założyć, że nadchodzi dobry czas dla rzemiosła, lokalnych produktów, krajowych materiałów, małych producentów. Dlaczego? Doświadczenia ostatnich miesięcy dobitnie pokazały, że globalizacja wszystkich procesów obniża wprawdzie koszty, ale niesie za sobą realne ryzyko. Okazuje się bowiem, że zawirowania na jednym końcu świata uderzają gospodarczo w miejsca bardzo odległe, że szlaki komunikacyjne wcale nie są tak pewne, jak się wydawało, że ograniczenia w przepływie ludzi i towarów paraliżują konieczne działania. Nie ma się wpływu na terminy, przerywane są łańcuchy dostaw, brakuje ważnych towarów.
Obok strategicznych mankamentów lokowania produkcji z dala od miejsca konsumpcji, są i inne. Na przykład ekologiczne. Po kilku latach debaty Unia Europejska zdecydowała się na wprowadzenie podatku od śladu węglowego. Oznacza to obłożenie dodatkową opłatą produktów, które na obszar Unii docierać będą z odległych zakątków świata. Im dalej, tym wyższa opłata. Ma to zniechęcić do importu w sytuacji, gdy produkt może powstać na terenie Unii, a jeśli już towar musi zostać sprowadzony, to uiszczona opłata będzie przeznaczona na walkę z negatywnymi skutkami emisji CO2. Trochę rykoszetem, ale poprawi to sytuację lokalnych (europejskich) producentów, ponieważ zmniejszy dysproporcję między ceną na przykład chińskiego produktu, a tego wykonanego w realiach unijnych.
Z opisanych wyżej strategicznych i ekologicznych zmian, jakie będą miały mniejszy bądź większy wpływ na globalną ekonomię, wynika jeszcze jeden – ekonomiczny. Stare powiedzenie mówi, że lepsze deko handlu niż kilo roboty, ale to produkcja generuje rozwój i przyrost PKB. Produkcja, zwłaszcza ta o charakterze rzemieślniczym, tworzy miejsca pracy, napędza gospodarkę i system podatkowy, stanowi podstawę ładu społecznego, powoduje tworzenie się kapitałów. Robi to bez względu na to, gdzie się znajduje, nie robi tego tam, gdzie jej nie ma lub jest słaba. Zachodzące zmiany mogą wpłynąć na bardziej zrównoważone rozlokowanie mocy produkcyjnych i korzystanie z nich.
Trochę upraszczając, na naszym, kamieniarskim podwórku oznaczać to może większe zainteresowanie polskimi oraz europejskimi kamieniami, a mniejsze tymi importowanymi z większych odległości. Analogicznie produkcja krajowa powinna absorbować więcej zleceń, co odbyłoby się kosztem zmniejszonego importu spoza UE. W zależności od profilu działalności będzie to korzystne lub nie, ale dla każdego uczestnika rynku na pewno będzie wyzwaniem.
Krzysztof Skolak

2016 to był rok, w którym podjęliśmy decyzję o postawieniu suwnicy 35-tonowej i linek do paserowania bloków w RPA. Jednak zaczniemy od początku 2015 roku, kiedy Zenon zakupił ZREMB strzegomski. To pozwoliło nam na podjęcie tematu budowy linek stacjonarnych do paserowania bloków.
W momencie budowy maszyn wiedzieliśmy, że wyjadą do RPA. Obecnie jest ich tam trzy, a czwarta pracuje w Polsce. Zanim jednak zapakowaliśmy maszyny do kontenerów, trzeba było w kopalni postawić suwnice i – co chyba najważniejsze – ktoś musiał przygotować fundamenty i teren pod inwestycję. W tym momencie zaczyna się najciekawsza część tej historii.
Oczywista sprawa: zaczynamy szukać firm lokalnych, które byłby w stanie nam ten temat ogarnąć w RPA. Ale jak wiecie z poprzedniego tekstu, Burowie 1 chcą za wszelką cenę jak najbardziej „skroić” obcokrajowców. Tak było i w tym przypadku! 
Spotkania, negocjacje cen, kolejne spotkania i wałkowanie tego tematu trwało przez dwa nasze pobyty w RPA. Jednak efekt był cały czas ten sam: za drogo! Wykonanie fundamentów pod trzy maszyny plus fundamenty pod suwnicę o długości 65 metrów zostało wycenione na ponad 500 000 randów – około 125 000 zł. Przy czym sami zrobiliśmy naszym sprzętem roboty ziemne i postało tylko skręcić zbrojenie, rozstawić szalunki i wylać beton. To jednak przerastało Burów do tego stopnia, że podjęliśmy decyzję o ściągnięciu fachowców z Polski.
W czerwcu 2017 roku razem z dwoma chłopakami, Arkiem i Piotrkiem, zapakowaliśmy się do samolotu i wylądowaliśmy w Johannesburgu. Miesiąc ciężkiej pracy oraz fachowość Arka i Piotrka zrobiły wielką różnicę, a Burowie byli zdziwieni, że da się tak szybko wykonać taką wielką robotę. Dla nas jednak najważniejsza chyba była sprawa kosztów. Od 2015 roku mamy w RPA kupiony dom, więc za hotel nie trzeba było płacić.
Zresztą zakup domu, mimo że był sporym kosztem, to w dłuższej perspektywie okazał się bardziej opłacalny niż wynajem mieszkania na czas pobytu. Diety dla chłopaków, bilety lotnicze i wyżywienie nie przekroczyły 12 000 zł. Po dodaniu kosztu robocizny i zakupu materiałów ta budowa zamknęła się kwotą około 65 000 zł. Łatwo więc wyliczyć oszczędności. Do tego Arek i Piotr mieli wolne weekendy, więc zobaczyli też kawałek Czarnego Lądu.
Jednak finał jest najciekawszy. Bur – ten, który składał nam ofertę – po wszystkim stwierdził, że mógł wykonać tę robotę za taką samą cenę. Popatrzyliśmy na niego z Zenonem i tylko głęboko westchnęliśmy.TIA.
Później zostało nam tylko dostarczenie suwnicy i maszyn oraz ich montaż. Montażem zajął się kolejny człowiek, który robi ogromną różnicę. Mietek, bo o nim mowa, to człowiek-orkiestra. W sumie to nasza prawa ręka. Bez niego nie wyobrażam sobie dzisiaj funkcjonowania w RPA! Jemu poświęcę osobny tekst.
To nie był jedyny raz, kiedy spotkaliśmy się ze ścianą ze strony Burów. Rozważaliśmy zakup nowej ładowarki kołowej Volvo L350. W Polsce cena takiej maszyny oscyluje w okolicach 500 000 euro. Jednak u przedstawiciela Volvo na południową część Afryki, którym jest firma Babcock, ta cena jest astronomicznie wyższa. Negocjacje zakończyliśmy na poziomie 9 milionów randów, czyli przy dzisiejszym kursie EUR/ZAR to około 600 000 euro. Więc spojrzeliśmy na siebie z Zenonem i stwierdziliśmy, że możemy im sprzedawać maszyny z Polski z transportem do RPA. Oczywiście skończyło się na tym, że kupiliśmy maszynę w Polsce i zapakowaliśmy ją na statek, a suma kosztów, jakie ponieśliśmy, tylko trochę przekroczyła 550 tysięcy euro.
Historii jest wiele na temat tego, jak podchodzą obywatele RPA – zarówno czarni, jak i biali – do nas, obcokrajowców. Istotą tych historii zwykle jest to, co już wcześniej napisałem: „widzisz ich – będę strzygł ich jak owce, bo nie mają tu nikogo, komu mogą zaufać”. Niestety jest to smutne i prawdziwe. Jednak muszę tu dodać coś jeszcze. Jak lubi mawiać Zenon: zawsze na jedną złą osobę trafia się jedna osoba dobra. I tak samo w pewnym sensie jest w naszym przypadku. W roku 2019 wrócił do nas Eben – manager, który kiedyś u nas pracował i dał się poznać jako człowiek solidny i prawdomówny. Ktoś obiecał mu złote góry, on uwierzył, a skończyło się jak zawsze. Po ponad dwóch latach pracy dla kogoś innego wrócił do nas.
Czy to praca na Ukrainie, czy to praca w RPA, zawsze szkopuł jest jeden: trzeba mieć kogoś, na kim można polegać. Tym bardziej w czasie, kiedy nie ma nas na miejscu. Czy ktoś za nas, właścicieli, zrobi taką samą robotę, jak byśmy my zrobili? Raczej nie, ale przynajmniej jest na kim się oprzeć. Doszukałem się informacji, że loty do RPA będą możliwe dopiero od 2021 roku. Czyli już teraz wiem, że to nasze najdłuższe rozstanie z Czarnym Lądem.
Co zastaniemy? W jakim miejscu będziemy w kamieniołomie? Kto będzie jeszcze pracował? I chyba najważniejsze: czy będę miał kontynuację eksportu materiału do Polski? Wiele niewiadomych, wiele znaków zapytania. Jedno mogę stwierdzić na pewno: po tylu latach pracy w RPA nadal nie znalazłem tam osoby zaufanej. Ale mam przynajmniej kogoś do stałego kontaktu, który mówi mi prawdę, a nie to, co chciałbym usłyszeć.
1 Burowie – potomkowie kolonizatorów Afryki Południowej.
TIA – This is Africa – to najczęściej powtarzany przeze mnie zwrot. W odniesieniu do RPA. Przez ostatnie 9 lat powtórzyłem go tysiące razy.
Na głos i w myślach.

Jerzy Rojek (z prawej) i Daniel Raczyło
O firmie Rodlew QMD opowiada Jerzy Rojek
Kiedy zaczynałem działalność w 1979 roku, świat był inny. Potem wiele się działo – zmieniał się nasz kraj i my też musieliśmy się zmieniać. Zmiany były wyjątkowo głębokie, bo do światowego rozwoju dochodziło nasze polskie doganianie Zachodu.
Nadeszły czasy ogromnych zmian w technologii. Trudno było konkurować z Włochami, którzy bardzo szybko wdrażali nowe rozwiązania technologiczne. My też cały czas rozwijamy się od technologicznej strony, ale nie poszliśmy w kierunku kopiarek i automatów na każdym stanowisku. Nasze produkty są wykonywane przez maszyny, ale na pewnym etapie produkcji każdy przechodzi przez ręczny etap. I oprócz tej iskry, którą może przekazać tylko ręka ludzka, jest to również dodatkowa kontrola jakości, o którą dbamy bardzo mocno w Rodlew QMD.
Na tym początkowym etapie rozwoju, chcąc dogonić świat, trzeba było pracować bardzo ciężko. Ja nie wiem, jak my to przetrwaliśmy? Pracowaliśmy po kilkanaście godzin dziennie. Nawet całkiem niedawno – jak wspomina mój zięć Daniel, obecnie jeden z filarów firmy – były takie momenty, że przez 3 dni nie spał, bo trzeba było dokończyć realizację zamówienia. Na szczęście te czasy to już tylko wspomnienie. Teraz firma jest poukładana tak, że każdy – zarówno my jak i pracownicy – ma normalny tryb pracy oraz czas na wypoczynek i czas dla rodziny.
Rozwój to nie tylko technologia. Zmieniały się również systemy sprzedaży i promocji.
Zaczęliśmy w pewnym momencie wydawać katalog, aby każdy klient mógł wybierać produkty na podstawie zdjęcia w katalogu. Katalog powstaje do dziś – nowe wersje ukazują się raz na kilka lat. Co roku drukujemy wkładkę do katalogu. A jak kończy się zapas katalogów, to przygotowujemy nowy, uzupełniając go o ostatnie wkładki i dodając nowości. I znów nam starcza na 3-4 lata – oczywiście z uzupełnieniami w postaci wkładek.
Ogromną zmianą było wejście firmy w sprzedaż internetową. Zaczęliśmy 7 lat temu i to był ogromny postęp. Oferta w sieci stale się rozwija, łatwiej i szybciej można dodawać nowe produkty. Klienci coraz częściej doceniają to, że zamówienie mogą złożyć przez Internet z dowolnego miejsca, gdzie akurat się znajdują.
Taki rozwój musiał w pewnym momencie spowodować sformalizowanie procesu zamawiania. Sprzedajemy dużo, większość w trybie dostaw kurierskich, więc to konieczność, żeby nie było pomyłek czy niedomówień. Starsi klienci mają czasem o to pretensje, ale inaczej się nie da. Część z nich woli nadal zamawiać telefonicznie i jest u nas osoba za to odpowiedzialna. Czasami pojawiały się problemy polegające na tym, że klient twierdził, iż co innego zamawiał, a co innego dostał. Albo że paczka nie zwierała tego, co jest wymienione na fakturze. Do naszego systemu musieliśmy wprowadzić dodatkowe „bezpieczniki”. Rozmowy są nagrywane, a każda paczka przed wysłaniem jest fotografowana. Teraz można w każdym momencie wylegitymować się przed klientem, że działamy bardzo sumiennie i można na nas polegać.
Moją dewizą było prowadzenie firmy z poszanowaniem ludzi i prawa. Teraz, z powodu pandemii, podjęliśmy szereg działań, aby ludzie czuli się bezpieczni. Firma była ozonowana, na nasz koszt robiliśmy pracownikom badania. Chociaż były takie możliwości prawne, nawet nie pomyśleliśmy o obniżaniu pensji, nikogo nie zwolniliśmy. Ludzie muszą się czuć bezpiecznie i komfortowo – tylko wtedy możliwy jest sukces. W firmie wszyscy pracownicy mają normalne i przejrzyste umowy o pracę. Płace – te na papierze i te, które otrzymuje pracownik – to te same kwoty. Płacimy sumiennie wszystkie należne podatki.
Nie wszyscy to rozumieją. Codziennie słuchamy zarzutów, że jesteśmy drożsi niż inni dostawcy. Ale mało kto zauważa, że zbyt wielu tanich dostawców sprzedaje swoje produkty bez rachunku. Nie odprowadzając podatków można zaniżać ceny.
Nadal też wielu wytwórców nas podrabia. Czasem na bezczelnego: biorą nasz katalog, pokazują klientowi i sprzedają wykonane przez siebie podróbki twierdząc, że to Rodlew. Coraz więcej kamieniarzy jest świadomych, że kupując podróbki, ryzykują. Owszem, narzekają na ceny, ale równocześnie doceniają, że jesteśmy na rynku od 40 lat, mamy odpowiednie procedury na wypadek reklamacji, a przede wszystkim, że jakość naszych produktów nigdy nie zawodzi.
Chcąc nadążać za konkurencją, trzeba cały czas tworzyć nowe produkty. Być krok przed konkurencją. Ale to nie może być tak, że sobie coś wymyślimy i to od razu realizujemy. To musi być miejsce, to muszą być pieniądze, to muszą być oczekiwania klientów. Wreszcie to muszą być narzędzia, które damy pracownikom, i wiedza technologiczna, którą będziemy od pracowników egzekwować.
Pewnie kolejne lata przyniosą wiele zmian. Cieszę się, że są ze mną moje dzieci – córki Anna i Aleksandra oraz zięć Daniel. To oni teraz muszą rozwijać dalej firmę, wdrażać kolejne nowości. Jestem dumny, że przejęli moje zasady związane z podejściem do pracowników, uczciwością rozliczeń i zdrowym podejściu do biznesu.
Moja rola, jako nestora firmy, zaczyna się ograniczać do doglądania ogólnego kierunku, w jakim zmierza firma. To, co my wypracowaliśmy, oni już zaczęli udoskonalać dopasowując do obecnej rzeczywistości. I to jest zupełnie naturalne. Bo ludzie z mojego pokolenia wchodzą już w strefę komfortu i nie dążą tak mocno do rozwoju.
Mam swoje lata i wiem, że łatwo w tym wieku „skapcieć”. Jakbym nic nie robił, to pewnie by tak było. Ale ja muszę też jakoś się realizować, muszę ciągle coś robić. Lubię projektować nowe rzeczy, chcę wszystkiego doglądać. Młodzi namawiali mnie, żebym trochę zwolnił, więcej czasu poświęcał na odpoczynek i dał szanse rozwijać się firmie pod ich skrzydłami. W końcu znaleźliśmy złoty środek – kupiłem kampera, który stał się moim mobilnym biurem. Przekonałem się, że podróże nim dają oderwanie od codzienności, a z drugiej strony świat poszedł tak do przodu, że nawet będąc daleko, mogę być na bieżąco. W kamperze mam podgląd wizyjny na firmę, na każde stanowisko. Wiem, co się w firmie dzieje. Młodzi są na miejscu – kiedy trzeba, to rozmawiamy przez telefon. Nadal czuję się ważnym elementem firmy.
W zeszłym roku firmie stuknęło 40 lat. Z perspektywy tego czasu mogę powiedzieć, że doświadczenie jest ważne, ale w życiu trzeba mieć też odrobinę szczęścia.

Do realizacji wielu planów i marzeń często potrzebna jest spora gotówka – na tyle spora, że nieosiągalna
w stosunku do naszych możliwości. Dlatego co jakiś czas chcemy dać sobie szansę i wchodzimy do punktu,
w którym za drobną opłatą z takiej szansy można skorzystać i wygrać jakąś okrągłą sumkę.
Niby wszyscy zdają sobie sprawę, że wygrana jest bardzo mało prawdopodobna. Według rachunku prawdopodobieństwa „szóstka” w Lotto ma szansę 1 na 13 983 816, a wygrana w Eurojackpot – 1 do 95 344 200. Ale i tak nabywamy kupon licząc na szczęśliwy los lub swoje „magiczne” liczby.
Kiedyś przeczytałem niezły wywód na temat wielkich liczb jednego ze znanych filozofów. Wynikało z niego, że mamy spory problem z ogarnięciem umysłem i uświadomieniem sobie wielkich liczb.
Jak to? Przecież każdy wie, co to za liczba 14 milionów. Tak? To sprawdźmy, pobudzając nieco wyobraźnię. Powierzchnia klasycznego pudełka zawierającego 10 jaj zajmuje powierzchnię 0,032 m2. Z tego wynika, że układając na ziemi 14 milionów jaj w pudełkach potrzebujemy 4,3 hektara. To mniej więcej 58 boisk piłkarskich. Teraz wyobraźmy sobie, że wśród tych jaj jest tylko jedno dobre, reszta zepsuta – a my mamy ochotę na pyszne jajko na miękko.
No to wybierajmy!
Nieustannie zadziwiają mnie decyzje inwestycyjne w naszych zakładach kamieniarskich. Tych mniejszych, działających lokalnie, na małym i niezbyt bogatym terenie. Zwłaszcza niestarających się o znaczne poszerzenie swojego rynku. W hali stoi gotowa do pracy wielolinka, szybka polerka i boczkarka oraz wieloosiowe CNC. Nasuwa się pytanie: ciekawe, ilu mieszkańców powiatu zamówi produkty wymagające zaawansowanej obróbki?
Powiat to zwykle kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców, z których potrzeby inwestycyjne statystycznie ma około 10 procent. Zakładając powiat, w którym mieszka 100 tysięcy ludzi, to inwestycje indywidualne dotyczą 10 tysięcy mieszkańców. Kamień, jako materiał w inwestycjach ma udział nieprzekraczający 1%. Zatem w takim powiecie kamień może być interesujący dla 100 inwestorów. I to są dane optymistyczne. Zwykle mamy konkurencję. Więc nawet, jeśli mamy w powiecie mocną pozycję, to można przyjąć, że w naszym zakładzie w ciągu roku pojawi się 30 zleceń. Część z tego to będą drobne roboty.
A nagrobki? Sytuacja też nie jest rewelacyjna. Umieralność w Polsce to według danych statystycznych 0,38%. Więc w naszym przykładowym powiecie umiera 380 osób rocznie. W tym segmencie jednak zwykle jest spora konkurencja.
Gdzie zatem znaleźć zajęcie dla naszego CNC, szybkiej polerki i boczkarki? Jedyna droga to inwestowanie w rozwój marketingu i rozszerzanie terytorialne działalności. I to zanim dokonamy zakupu nowych maszyn.
Bez przygotowania systemu sprzedaży i odpowiedniej wielkości rynku, na którym działamy, kupno wydajnych maszyn to trochę jak zakup kuponu lotto. W obu przypadkach szansa na wygraną jest podobna.Tyle, że kupno maszyn to nie wydatek kilku złotych.Prawdopodobieństwo sukcesu wzrasta, gdy jesteśmy świadomi możliwości, jakie oferuje rynek, na którym działamy, a rozwój firmy planujemy wraz z rozwojem zasięgu działania.
Zanim kupicie nowe wysokowydajne maszyny, wyobraźcie sobie obrazek – ponad 4 hektary zepsutych jaj i tylko jedno dobre.
Smacznego!.
Minęły tysiąclecia, od kiedy jeden człowiek zapłacił drugiemu za to, że ten zrobił mu coś z kamienia. Od tego czasu znajomość właściwości skał, technologii obróbki, doboru narzędzi, metod montażu zaczęła się rozwijać i kształtować dość elitarną grupę zawodową kamieniarzy. Grupa ta szybko uznała, że wiedza i umiejętności są unikatowe i pożądane, dlatego wiedzę trzeba podnosić i chronić, a umiejętności ćwiczyć i rozwijać. Na straży pilnowania tego porządku stawali najstarsi, najbardziej doświadczeni Mistrzowie. Z czasem wykształciły się Rady Starszych, a w końcu (istniejące do dzisiaj) Cechy.
Choć koniec XX wieku przyniósł uwolnienie wielu zawodów i marginalizację znaczenia organizacji cechowych, to do listy odwiecznych zadań, którymi się zajmowały, zaczęły dochodzić kolejne. O ile wcześniej Cechy pilnowały głównie, by pretendenci do zawodu przeszli odpowiednią ścieżkę szkoleniową, a do prowadzenia działalności dopuszczano tylko tych, którzy wykażą się umiejętnościami i doświadczeniem, to w ostatnich dziesięcioleciach zaczęło to działać zupełnie inaczej. Przemyślany i wszechstronny system kształcenia zastąpiło samokształcenie, a kwestia profesjonalizmu zakładających działalność kamieniarską miała być regulowana przez rynek.
Braki i wady takiego liberalnego systemu dość szybko zostały dostrzeżone i były jedną z przyczyn powołania Związku Pracodawców Branży Kamieniarskiej, który właśnie obchodzi swoje XX-lecie. Choć przez dwa dziesięciolecia działalności organizacji tej nie udało się nabrać pełnego rozpędu, to tym, którzy ją przez ten czas, wbrew wielu przeszkodom tworzyli, należy się ogromny szacunek.
Było ich naprawdę wielu, ale wymienię w tym momencie tylko dwie osoby: ś.p. Panią Bożenę Modlińską, która pioniersko kierowała pracą Zarządu w pierwszych latach istnienia Związku oraz Honorowego Prezesa Pana Stanisław Sitarza, który wybrany był na funkcję Prezesa Zarządu ZPBK w roku 2008. Wymieniam byłych Prezesów, ale pamiętać trzeba o dziesiątkach, a nawet setkach innych osób, które poświęcały (i często robią to nadal) swój czas i kapitał, by tworzyć naszą organizację. Zaczynając od Założycieli, wszystkich Członków Zwyczajnych, Wspierających i Honorowych, wśród których co cztery lata pojawiali się Ci, którzy brali na siebie ciężar i odpowiedzialność funkcji wynikających z udziału we Władzach Związku (oprócz Zarządu są to Komisja Rewizyjna i Arbitraż Koleżeński), a kończąc na życzliwie nas wspierających przedstawicielach władz, uczelni technicznych, organizatorów targów, prasy oraz pokrewnych stowarzyszeń i organizacji z Polski i Europy.
2020 to rok wielu zmian w naszej organizacji. Niedawno uprawomocniła się zmiana statutu, a przy tej okazji zmiana nazwy na Polski Związek Kamieniarstwa. Wraz z nową nazwą w tym roku pojawi się również, od dawna przez wielu oczekiwany, nowy logotyp. Luzowanie zakazów związanych z pandemią koronawirusa pozwala mieć nadzieję, że po wakacjach będzie mógł się odbyć zjazd, podczas którego wybrany zostanie nowy Zarząd na kadencję 2020-2024. W tym miejscu zachęcam wszystkich Członków PZK do aktywnego udziału w wyborach – to znaczy zarówno do zgłaszania kandydatów, jak i głosowania na nich.
A czym będzie się zajmował Polski Związek Kamieniarstwa w trzeciej dekadzie działalności? W dużej mierze tym, co dotychczas, ale nie zabraknie na pewno nowych wyzwań. Tak pokrótce:
- integracja branży kamieniarskiej,
- wzajemna pomoc w rozwiązywaniu problemów,
- szkolnictwo i szkolenia (wsparcie merytoryczne i organizacyjne dla szkół, uczelni i ośrodków szkoleniowych; organizacja szkoleń),
- egzaminy czeladnicze i mistrzowskie,
- promocja kamienia i kamieniarstwa,
- tworzenie grup interesów,
- reprezentacja Członków Związku w Polsce i za granicą (kontakty z innymi organizacjami, władzami, uczelniami itp.),
- normalizacja,
- wsparcie w zakresie prawa (w tym prawa autorskie, prawo pracy).
Z bardziej szczegółowych tematów bieżących to lobbing w sprawie odroczenia terminu wprowadzenia podwyższonych norm dotyczących izolacyjności budynków (elewacje kamienne bardzo na wprowadzeniu tych norm ucierpią), wypracowanie sposobu reagowania na nieprawdziwe informacje handlowe dotyczące zrównywania substytutów z materiałami naturalnymi (nazewnictwo, pochodzenie itp.) czy kontynuacja prac ze stroną rządową w kontekście perspektyw wsparcia rozwoju branży.
Tradycyjnie zachęcam wszystkich, którzy dotychczas z boku przyglądają się działaniom PZK, by dołączali do nas. Im liczniejsi będziemy, tym będziemy skuteczniejsi.

Mapa członków Polskiego Związku Kamieniarstwa
źródło: www.zpbk.pl
Krzysztof Skolak