
Z dniem 4 maja 2019 roku weszła w życie ustawa mająca na celu zapewnienie stosowania RODO.
Ustawa zmienia m.in. przepisy ustawy z dnia 26 czerwca 1974 r. Kodeks pracy (t.j. Dz. U. z 2019 r. poz. 1040) – dalej k.p.
Ustawa zawęża zakres danych, jakich pracodawca może żądać od kandydata na pracownika i od pracownika. Pracodawca od kandydata na pracownika nadal może żądać danych kontaktowych, ale już nie może żądać wskazania adresu zamieszkania czy imion rodziców. Zgodnie z nowo brzmiącą treścią art. 22(1) k.p. pracodawca żąda od osoby ubiegającej się o zatrudnienie podania danych osobowych obejmujących:
1) imię (imiona) i nazwisko;
2) datę urodzenia;
3) dane kontaktowe wskazane przez taką osobę;
4) wykształcenie;
5) kwalifikacje zawodowe;
6) przebieg dotychczasowego zatrudnienia.
Przy czym danych osobowych, o których mowa w pkt. 4-6, pracodawca żąda, gdy jest to niezbędne do wykonywania pracy określonego rodzaju lub na określonym stanowisku. Zaś samo udostępnienie tych danych następuje przez oświadczenie osoby kandydata na pracownika.
Gdy jest to niezbędne do zrealizowania uprawnienia lub spełnienia obowiązku wynikającego z przepisu prawa, pracodawca żąda od kandydata na pracownika lub pracownika informacji o niekaralności (i może te informacje przetwarzać w procesach rekrutacyjnych), np. w odniesieniu do osób ubiegających się o zatrudnienie lub zatrudnionych na niektórych stanowiskach w podmiotach sektora
finansowego.
Z kolei dane szczególnej kategorii (ujawniające pochodzenie rasowe lub etniczne, poglądy polityczne, przekonania religijne lub światopoglądowe, przynależność do związków zawodowych, dane genetyczne, dane biometryczne pozwalające jednoznacznie zidentyfikować osobę fizyczną, lub dane dotyczące zdrowia, seksualności lub orientacji seksualnej tej osoby) mogą być przetwarzane wyłącznie w przypadku, gdy przekazanie tych danych osobowych następuje z inicjatywy osoby ubiegającej się o zatrudnienie lub pracownika, lecz pracodawca nie może wnioskować o udostępnienie tych danych.
Jeżeli jest to niezbędne do zapewnienia bezpieczeństwa pracowników lub ochrony mienia lub kontroli produkcji lub zachowania w tajemnicy informacji, których ujawnienie mogłoby narazić pracodawcę na szkodę, pracodawca może wprowadzić szczególny nadzór nad terenem zakładu pracy lub terenem wokół zakładu pracy w postaci środków technicznych umożliwiających rejestrację obrazu (monitoring), lecz monitoring nie może już obejmować pomieszczeń udostępnianych zakładowej organizacji związkowej. Pracodawca, który w dniu wejścia w życie omawianych przepisów stosował monitoring pomieszczeń udostępnianych zakładowej organizacji związkowej, w terminie 14 dni od dnia wejścia w życie ustawy zobowiązany został do zaprzestania stosowania monitoringu takich pomieszczeń, o czym niezwłocznie informuje zakładową organizację związkową.
Podobnie w przypadku monitoringu pomieszczeń sanitarnych wprowadzone zostały dodatkowe obostrzenia. Monitoring pomieszczeń sanitarnych wymaga uzyskania uprzedniej zgody zakładowej organizacji związkowej, a jeżeli u pracodawcy nie działa zakładowa organizacja związkowa – uprzedniej zgody przedstawicieli pracowników wybranych w trybie przyjętym u danego pracodawcy. Pracodawca, który w dniu wejścia w życie omawianych przepisów stosował monitoring pomieszczeń sanitarnych, został zobowiązany do uzyskania zgody na dalsze stosowanie monitoringu zakładowej organizacji związkowej, a jeżeli u pracodawcy nie działa zakładowa organizacja związkowa – zgody przedstawicieli pracowników wybranych w trybie przyjętym u danego pracodawcy, nie później niż w terminie 30 dni od dnia wejścia w życie ustawy. W terminie 3 dni od dnia odmowy udzielenia zgody albo od dnia upływu 30-dniowego terminu na jej udzielenie, pracodawca winien zaprzestać stosowania monitoringu takich pomieszczeń, o czym niezwłocznie informuje zakładową organizację związkową albo przedstawicieli pracowników.
Powyżej omówione zmiany to zmiany istotne, wprowadzone do Kodeksu pracy, mające na celu zapewnienie stosowania RODO w polskim prawie pracy. Zatem, dla uniknięcia zarzutu naruszenia przepisów dotyczących ochrony danych osobowych, pracodawcy ponownie muszą dostosować swoje procedury i obowiązujące normy do wprowadzonych zmian.

W jednym z zeszłorocznych numerów Kuriera poruszyliśmy temat skrótu „śp.” i jego poprawnej pisowni, która sprawia sporo problemów. W tym numerze przyjrzymy się kolejnemu z pozoru kłopotliwemu wyrażeniu: „Jezu, ufam Tobie”. Podobnie jak „śp.”, ten zwrot bardzo często pojawia się jako napis na nagrobkach, dlatego warto zwrócić uwagę na jego poprawny zapis.
Z interpunkcyjnego punktu widzenia jest to przypadek bardzo prosty i nie pozostawiający wiele wątpliwości. Zasady mówią jasno, iż po wołaczu należy postawić przecinek, a zatem po słowie Jezu jak najbardziej powinien się on pojawić. Mimo to, często (jeśli nie w większości przypadków) można zobaczyć zapis „Jezu ufam Tobie”, a więc bez przecinka. Skąd to wynika? Jedną z przyczyn jest na pewno nieznajomość reguł, ale w tym przypadku geneza błędu może sięgać nieco głębiej, co w pewnym stopniu usprawiedliwia jego powszechność.
Zacznijmy od początku, czyli od historii obrazu, na którym ten napis został umieszczony. W roku 1934 malarz Eugeniusz Kazimirowski namalował znany na całym świecie Obraz Jezusa Miłosiernego według wskazówek świętej Faustyny Kowalskiej. Widnieje na nim Jezus odziany w białą szatę, a z jego serca wychodzą dwa promienie: jasny i czerwony, które symbolizują wodę oraz krew. Zgodnie z wizją siostry Faustyny, obraz miał być opatrzony napisem „Jezu, ufam Tobie”, który został wykonany na dodatkowej płycie i umieszczony na ramie obrazu. W 1986 roku obraz trafił do kościoła pw. Świętego Ducha w Wilnie, gdzie dokonano jego restauracji. Dodano wtedy czerwony napis „JEZU, UFAM TOBIE!” (tak, z przecinkiem) w dolnej części obrazu. Został on potem usunięty podczas kolejnej renowacji i obecnie znów widnieje na mosiężnej tabliczce przymocowanej do ramy w dolnej części obrazu, który można zobaczyć w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Wilnie.
Obraz Kazimirowskiego nie jest jedynym, który przedstawia wizerunek Jezusa Miłosiernego. W 1944 r. Adolf Hyła namalował inną wersję obrazu, która znajduje się w Krakowie. W dolnej części obrazu artysta umieścił złotą wstęgę, na której widnieje dobrze nam już znana sentencja, jednak tym razem bez przecinka. Wynika to prawdopodobnie z tego, że wstęga będąca tłem dla napisu zagina się w taki sposób, aby wizualnie wyodrębnić każde ze słów, przez co przecinek mógł się wydać malarzowi zbędny. Jakkolwiek było, obraz wkrótce stał się rozpoznawalny na całym świecie, co doprowadziło do powstania wielu kopii w różnych wersjach językowych. Prawdopodobnie to właśnie popularność wersji Hyły przyczyniła się w jakimś stopniu do rozpowszechnienia się niepoprawnego zapisu sentencji w postaci „Jezu ufam Tobie”, która znajduje się nie tylko na kopiach samego obrazu, ale także na innego rodzaju dewocjonaliach oraz nagrobkach.
Podsumowując, prawidłowy zapis wygląda następująco: „Jezu, ufam Tobie”. Wersja z pominięciem przecinka jest niepoprawna, choć dość powszechna. Jeśli chodzi o kropkę na końcu w kontekście inskrypcji nagrobnych, jest ona całkowicie zbędna, wręcz niepożądana. Zgodnie z zaleceniami Rady Języka Polskiego nie należy stawiać kropki po jednozdaniowych inskrypcjach znajdujących się na gmachach lub pomnikach. Jeśli chcemy, aby sentencja miała bardziej emocjonalny wydźwięk, można ją zwieńczyć wykrzyknikiem – tak jak na obrazie Kazimirowskiego w wersji z czerwonym napisem.


Zetknąłem się ostatnio z zaskakującym zdarzeniem. W sytuacji spornej klient firmy kamieniarskiej oddał do badania próby kamienia w formie kostek brukowych. Z protokołem z badań udał się do dostawcy w celu wyjaśnienia niezgodności. Dostawca odesłał go z kwitkiem mówiąc, że próby do badań można pobierać tylko i wyłącznie z kamieniołomu. Badania na innych próbkach są nieważne. Czyli nie wolno pobierać prób do badań z wyrobu gotowego. #lbkik
Przypuśćmy na chwilę, że powyższy tok rozumowania jest prawidłowy. Jaką tworzy to sytuację? Nie możemy porównać deklarowanych właściwości użytkowych wyrobu z rzeczywistą dostawą, jaka dotarła do odbiorcy. Dla sprzedawcy jest to oczywiście bardzo korzystna sytuacja – sprzedaje wyroby, posiłkując się badaniami przedstawionymi przez kamieniołom, i jest bezkarny, bo konkretna partia wyrobów w praktyce jest niesprawdzalna. Nie ma możliwości weryfikacji cech dostarczonego wyrobu.
Producent kamienia, badając swój materiał, wybiera do badań próby specjalnie wyselekcjonowane, z odpowiednio ułożonymi płaszczyznami anizotropii, bez myszek, żyłek itd. Wyniki badań wychodzą wtedy najkorzystniej. I choć są prawdziwe, ukazują nieco wyidealizowany obraz materiału. Potem następuje proces produkcji wyrobu, który może mieć wpływ na jego cechy. Na przykład płomieniowanie granitu w niektórych przypadkach obniża wytrzymałość na zginanie wyrobu gotowego. Zgodnie z przytoczoną na wstępie interpretacją nie mamy więc możliwości sprawdzenia faktycznych cech i właściwości wyrobu po procesie produkcji. Widać zatem niedociągnięcia takiego toku rozumowania.
O pobieraniu prób mówią normy i odpowiednie do nich załączniki:
EN 1341, załącznik B „Guidance on sampling” ,
EN 1342, załącznik A „Guidance on sampling”,
EN 1343, załącznik B „Guidance on sampling”,
EN 1469, rozdział 5 „Testing, assessment and sampling methods”,
EN 12058, rozdział 5 „Testing, assessment and sampling methods”,
EN 12057, rozdział 5 „Testing, assessment and sampling methods”,
EN 771-6, załącznik A „Sampling for initial type testing and for independent testing for consignments”

Pomimo delikatnych różnic pomiędzy dokumentami, możemy wyznaczyć trzy podstawowe miejsca pobrania prób: pobranie z kamieniołomu (surowa skała), pobranie z zakładu (półprodukt lub wyrób gotowy), pobranie z miejsca przeznaczenia (skład, budowa i oczywiście elementy zdemontowane z budowy, lub miejsca użytkowania). Pierwotne stanowisko kamieniarza stało się w świetle przywołanych norm mocno chwiejne, żeby nie powiedzieć naciągane.
W zasadzie powinniśmy odpowiedzieć sobie na jedno ważne pytanie: po co my to badamy? Badamy, żeby przewidzieć, czy wyrób gotowy – tu budowlany – możemy zastosować w danym miejscu. Interesuje nas zatem produkt, a nie surowiec jako taki. Nie mamy tu do czynienia z akademickimi badaniami – rozważamy wyrób w kontekście użytkowym, inżynierskim. W tym celu bierzemy pod uwagę nie tylko same cechy surowca pozyskanego z kamieniołomu, powinniśmy również sprawdzić, czy sama produkcja nie wpływa na zmianę – a zwłaszcza na obniżenie – właściwości wyrobu.

W poprzednim numerze Kuriera Kamieniarskiego opisywałem, jak poradzić sobie z popularnym pytaniem: „jaka to czcionka?”, wykorzystując narzędzia dostępne on-line w internecie. Metoda nie jest skomplikowana: zrobić dobre i ostre zdjęcie istniejących napisów, poprawić kontrast zdjęcia i wysłać na jedną z podanych stron – na podstawie zdjęcia strona wyświetla nazwy fontów, spośród których można wybrać najbardziej odpowiedni.
Wspomniałem również, że sprawa komplikuje się, gdy istniejący napis jest z czasów przedkomputerowych lub został wykonany bez wsparcia komputerowego. Takie wymyślone przez liternika czcionki zwykle nie mają odpowiedników cyfrowych i dopasowanie kroju pisma dla nowej „dopiski” może być kłopotliwe. Napisówkę jednak zrobić trzeba, i wypada postarać się, aby nowy napis był przynajmniej podobny i nie raził w zestawieniu z istniejącymi inskrypcjami.
W takim wypadku można posłużyć się stroną internetową www.identifont.com, na której poszukiwana czcionka wybierana jest na podstawie cech charakterystycznych. Strona prowadzi przez ten proces, wystarczy odpowiadać na kolejne pytania ze strony. Choć strona jest w języku angielskim, to każde pytanie dotyczące cech kroju pisma jest zawsze zilustrowane. Można też korzystać z automatycznego tłumacza Google – wystarczy go zainstalować w swojej przeglądarce.

Krok po kroku
Na początek fotografujemy istniejące napisy. Przypomnę, że zdjęcie powinno być ostre, w jak najwyższej rozdzielczości i być wykonane prostopadle do płaszczyzny napisów. Warto w kadrze ująć jak najwięcej tekstu, by analiza porównawcza wykonywana przez stronę mogła się odbywać na jak największej liczbie liter. Mając takie zdjęcie wchodzimy na stronę www.identifont.com.
Strona wygląda nieco archaicznie, ale ma spore możliwości. Jest tu również funkcja odnajdywania czcionek na podstawie obrazu opisywana w poprzednim artykule. Tym razem zajmiemy się jednak szukaniem kroju pisma na podstawie cech kroju. Na stronie jest to pierwsza zakładka „Fonts by Appearance”, czyli „Font według wyglądu”.
Już tu odpowiadamy na pierwsze pytanie – czy czcionka jest szeryfowa czy bezszeryfowa. Szeryfy to poziome lub ukośne zakończenia głównych kresek w literze (tekst, który właśnie czytacie, jest wydrukowany krojem bezszeryfowym). Każde kolejne pytanie ma kilka możliwości odpowiedzi zilustrowanych obrazkami. Jest też możliwość wybrania „Not Sure”, kiedy nie jesteśmy pewni odpowiedzi lub na podstawie zdjęcia naszego napisu nie mamy możliwości stwierdzenia, która odpowiedź jest poprawna. Pytania dotyczą szczegółów pojedynczych liter, dlatego przydaje się zdjęcie z dużą liczbą znaków. Im większym zestawem liter i cyfr dysponujemy, tym większa jest szansa na znalezienie jak najbardziej podobnego kroju pisma. Nie należy rezygnować, gdy na wiele pytań nie będziemy mieli możliwości udzielenia odpowiedzi. Warto dojść do końca i zobaczyć rezultaty.
Dla przykładu spróbowałem odnaleźć czcionkę, o którą na Facebooku w grupie Kamieniarstwo pytał jeden z jej członków. Na początek tradycyjnie przetworzyłem przesłane zdjęcie tak, aby uzyskać jak najwyraźniejszy obraz liter.
Potem odpowiadałem na pytania nie przejmując się tymi, na które nie potrafiłem odpowiedzieć, mając tak niewielki zestaw znaków. Na koniec pytań otrzymałem wykaz fontów o zbliżonym charakterze do poszukiwanego napisu.
Strona wyświetla dwie listy. Po lewej wykaz krojów zgodnych z udzielonymi odpowiedziami, a po prawej wykaz fontów podobnych. Wykaz fontów podobnych zmienia się w zależności od wyboru kroju pisma na liście po lewej.
W przypadku napisów z czasów przedkomputerowych niestety może się okazać, że nie znajdziemy kroju, który w pełni odpowiada wyglądowi starych inskrypcji. W tym przypadku starajmy się dobrać font jak najbardziej podobny, a przynajmniej pasujący do istniejącego napisu.

Ps. Po publikacji pierwszej części „Jaka to czcionka?” na www.facebook.com/KurierKamieniarski jeden z naszych czytelników, Rollo Lothbrok, podpowiedział jeszcze jedną metodę. Otóż znany z poprzedniego artykułu WhatTheFont występuje również w postaci aplikacji na smartfony. Po uruchomieniu aplikacja włącza aparat w komórce i jest gotowa do pstryknięcia zdjęcia.
Na zdjęciu zaznacza się tekst i aplikacja odczytuje litery z zaznaczenia. Jeśli odczytanie jest niedokładne, to treść można poprawić przy użyciu klawiatury smartfonu. Po tych zabiegach otrzymujemy listę fontów o kształcie podobnym do widocznych na zdjęciu. Autorowi komentarza dziękuję.
Demontaż nagrobka to obszerny temat. Każdy ma swoją technikę montażu – o tym już było wielokrotnie w Kurierze Kamieniarskim. Pozostaje jednak kwestia demontażu nagrobków. Niejeden kamieniarz-montażysta tylko z tego żyje. O ile w nagrobkach typu grobowcowego jest to stosunkowo proste, to w pomnikach stawianych na grobach typu ziemnego sprawa nie wygląda już tak trywialnie.
Grobowce z reguły projektuje się tak, żeby do kolejnego pochówku można było zdjąć tylko górne wieko (płytę główną kryjącą). Taka forma i budowa nagrobka pozwala na to, by bez demontażu całości pomnika trumna – bądź urna – mogła być pochowana do wnętrza wymurowanej piwnicy. Na koniec ceremonii należy tylko płytę nakrywową nasunąć z powrotem i dodać na tablicy kolejną inskrypcję.
W przypadku grobów ziemnych sytuacja jest zgoła odmienna. Każdy montażysta montuje nagrobek według własnego sposobu wypracowanego na własnym doświadczeniu. Jedni do tego używają klejów „cementowych”, drudzy klejów epoksydowych, inni sylikonów, jeszcze inni klamer i wtedy montaż odbywa się metodą tzw. „montażu suchego”. Tego ostatniego, w przypadku grobów ziemnych, raczej się nie używa z powodów czysto praktycznych – za dużo możliwości powstawania roszczeń reklamacyjnych. Dominują montaże mokre na różnego rodzaju klejach i zaprawach.
Wiedząc, że w danym miejscu nie będzie kolejnych pogrzebów, nagrobek należy zmontować tak trwale, na ile pozwala technologia i warunki. Gdy jednak zamawiający nagrobek poinformuje nas, że grób będzie jeszcze wykorzystywany do dochówku, to montażysta powinien wziąć ten fakt pod uwagę przy stawiania pomnika.
Nie jest to oczywiście stosowane przez wszystkich kamieniarzy-montażystów. Używanie klejów epoksydowych lub sylikonów naraża potencjalnego wykonawcę demontażu na nerwy i straty. Niejednokrotnie można zauważyć, jak podczas takiego demontażu pękają elementy granitowe pomnika. Są to sytuacje frustrujące i generujące niepotrzebne straty dla wykonawcy lub zleceniodawcy. A wystarczyłoby nie używać klejów, które są „na zawsze”, bo jedynym sposobem demontażu jest wtedy ciężki młot.
Kilkukrotnie spotkałem się też z podejściem, że „nie rozbieram nie swoich nagrobków”. Wykonawcy zaczynają bronić się przed demontażem nagrobków, których sami nie stawiali, bo nie wiadomo na co natkną się podczas demontażu. Klienci często uważają, że usługa demontażu jest i tak za droga, nie zdając sobie sprawy, ilu ludzi przy tym uczestniczy i ile pracy jest do wykonania. Dlatego mając na uwadze fakt, że taka operacja może przynieść jeszcze dodatkowo straty – związane choćby z odtworzeniem pękniętego elementu – wykonawcy nie chcą pracować na nie swoich produkcjach.
Koledzy kamieniarze! Nie róbmy sobie na złość. Gramy do jednej bramki. Nawet jeśli jesteśmy przekonani, że na którymś cmentarzu stawiamy tylko jeden nagrobek, raz do roku – i na pewno nie będziemy go demontować – to zmontujmy go tak, by kolega po fachu mógł sobie poradzić z rozbiórką w miarę szybko, bez użycia ciężkiego sprzętu. Jeśli każdy montaż potraktujemy na zasadzie „robię jak dla siebie, bo za kilka miesięcy lub lat będę musiał go rozebrać”, to na pewno wszyscy wyjdziemy na tym dobrze. Bez zbędnych nakładów pracy i nerwówki w kontaktach z klientem.